Wasze historie

To jest miejsce dla Was. Na Wasze historie, Twoją historię. Jeśli tylko chcesz, możesz napisać coś o sobie, o swojej historii leczenia, walki, życia. Mam nadzieję, że to się uda i pomoże Wam lepiej się odnaleźć na blogu.

Ta strona jest z gumy  - jest miejsce dla wszystkich. Proszę dziewczyny, które chcą napisać coś o sobie: albo napisanie mi swojej historii w dowolnym komentarzu (wszytsko czytam!), albo wysłanie tej historii w mailu krotki.blog@op.pl . Umieszczę Twoją historię na tej stronie, jeśli tylko wspomnisz półsłówiem, że tego chcesz.

Wasze, nasze historie są ruchome jak brzegi Islandii, zmieniają się. Możecie aktualizować je w komentarzach. Możecie pisać posty dodając link do Waszych historii. Dzięki temu będzie nam łatwiej zapamiętać i zrozumieć siebie nawzajem :)

Wasze historie:

Wężon

Jagoda

Juti

R. 

Kasia

Iza

Kas

s-mother

Mojra

Casja

Ania

Ruda

Misia

Magda

Ewelka

Izabela

Karolina

Ewelina ”ja-vs-endo.blog.pl”

Andzia

Martyna

Marta

Kami

Anikola

Oczekująca

Pegi

Wiktoria

Majowazonka

bilbao

Anitt

sweetie

Marta D.

O.

Ewka

Małgosia

Margom 

Malgorzalka1984

Marta P.

akuk

Hania

Eska

Olaola

IzabelaUK

Beata

Martucha

Tuptuś 

Aga M

Sza

K.

Pati

Dziewczyna_rabina

Margaritka

anomalia

Monisiunia

Agac 

Nataly

Ja.

48 odpowiedzi na „Wasze historie

  1. ~juti pisze:

    Wężon, czytam i nie wierzę…. :((((

  2. ~asti pisze:

    Iza, trafiłam na Twój blog przypadkiem. Przeczytałam w 2 wieczory. Cieszyłam się Twoimi radościami. I płakałam czytając o tym, co się w Twoim życiu wydarzyło.
    Trzymam kciuki za Ciebie i wszystkie dziewczyny starające się.

    Sama zaczęłam pierwszą stymulację (clo). Po 5 latach bez zabezpieczeń, stwierdzałam, że coś chyba musi być nie tak.. Na przełomie 2014 i 2015 roku zaszły w ciążę już chyba wszystkie te moje koleżanki które miały zajść, te które nie chciały…
    Wizyta u gina. I start.

    Podziwiam Was za wytrwałość, za siłę.
    Mnie podłamał „sposób” na ciążę. Cykl monitorowany. Lekarz (bardzo go lubię tak w ogóle): współżyć.. Powtórzyć… Wszystko takie…mechaniczne… Może dlatego, że pierwsza próba… Może psychicznie nie jestem ogarnięta..

    Podziwiam Was. Trzymam kciuki za wszystkie razem i każdą z osobna. Za Ciebie Iza – bardzo, bardzo. Czekam na radosne, szczęśliwe wieści.

    • krotki.blog pisze:

      Asti, dzień dobry.
      Gin powinien po pół roku bezskutecznego monitorowania cyklu odesłać Cię gdzieś dalej moim skromnym zdaniem…
      Jesteś po prostu aniołem cierpliwości, że 5 lat wytrzymałaś i waląc nerwowo w drzwi lekarza :)
      Trzyma kciuki Asti :) Proszę mi tutaj dobre wieści przynieść :)

      • krotki.blog pisze:

        Klawiatura zjadła mi literki. Miało być:
        Jesteś aniołem ciepliwości, że 5 lat wytrzymałaś nie waląc nerwowo w drzwi lekarza :)

  3. ~s-mother pisze:

    Coraz więcej nas tutaj…

  4. ~R pisze:

    Mnożymy się przez pączkowanie… Dobrze, że ta część bloga jest z gumy ;)

  5. ~Ruda pisze:

    Przynajmniej tak się możemy rozmnażać na razie ;-)

  6. ~asti pisze:

    Iza, 5 lat się nie zabezpieczaliśmy z mężem. Na początku było mi ok z tym, że nie zachodzę.. Brak własnego lokum.. Kredyt… Własny kącik…
    Wybrałam się do gina. Zaproponował 3 cykle stymulowane. Ten jest pierwszy.

    Pan doktor jest ok. Co roku robię u niego przegląd techniczny. Co roku pytał: kiedy planujesz zajść w ciążę… No i ostatni rok był taki, że zachciałam już na 10000% I nie udawało się.
    Zobaczymy tym razem.

  7. ~Agnieszka pisze:

    Pisałam dziś dwie godziny skrót swojej historii… Ale skrótowo mi nie wyszło. Zamiast tego machnęłam bardzo ekshibicjonistyczny wpis na blogu. Mam nadzieję, że żadni fanatycy tam nie zajrzą ;)

  8. ~Izabela pisze:

    wiecie, jak czytam te Wasze-nasze historie, to uderza mnie konkretny, rzeczowy i praktycznie bez emocji opis prawie każdej opowieści. Jestem socjoterapeutą. Wiem co to znaczy, a i tak mnie wali to po głowie.

    • ~Wężon pisze:

      Wpisów z emocjami łzy by nam nie dały dokończyć…
      Długo by trwało spisanie takiej historii.

      • ~Agnieszka pisze:

        Ja próbowałam opisać, to wyszło mi mega długie :/, więc wstawiłam u siebie, bo tutaj wyszłoby za obszernie. Ja osobiście lubię właśnie rzeczowość opisu bo dzięki temu szybko się czyta i zapamiętuje co się stało u każdej. Rzecz w tym, że sama się przybrać nie mogę ;)

        • ~Wężon pisze:

          Agnieszka, wcale Twoja historia nie jest za długa. Wstaw ją tutaj, a powyżej spis treści, to samo w paru punktach.
          Punkty dają ogólny obraz, możemy sobie szybko przypomnieć, co się której przydarzyło, a opis pozwala poznać bliżej całość historii.

    • krotki.blog pisze:

      Masz rację, Izabela nie uświadamiałam sobie tego, póki nie napisałaś, ale bardzo dystansujemy się do siebie. Moim zdaniem to dobrze. Chronimy się, żeby nie zwariować. Czy powinno być inaczej?

      • ~Kami pisze:

        Po drugim poronieniu działałam na zasadzie automatu. Jak na jakimś znieczuleniu na życie. To pozwoliło mi przetrwać. Teraz mogę o tym opowiadać, śmiać się do kogoś więcej niż tylko do Laury.
        Wyrzucić z siebie emocje też jest dobrze, ale zależy do kogo. Bo odpowiedzi typu „będzie dobrze”, „urodzisz sobie następne” nie działają jak balsam na duszę.

  9. ~Ruda pisze:

    Bo cierpiętnictwo nic mi nie da, nie zajdę przez to łatwiej w ciążę. Żyję tu i teteraznie mogę wiecznie czekać, żyć mrzonkami, bo tak może mi upłynąć całe życie. Pewnie, emocje są, były i będą, to naturalne – ale unikam rozdrapywania ran, pławienia się w smutku. Jak zresztą chyba wszystkie tutaj :-)

    • krotki.blog pisze:

      Zastanawiam się Ruda na ile unikamy rozdrapywania ran a na ile po prostu robimy to w całkowitej samotności, nawet tutaj, anonimowo, nie chcemy się biczować…

      • ~Ruda pisze:

        Iza, są takie dni, jak ten, w którym napisałam mój komentarz – kiedy mam zamiar żyć normalnie: szukać nowej pracy, jechać na wakacje, planować życie na „za pół roku” i mam w D**** co się będzie działo. I są takie dni jak wczoraj, kiedy boję się podjąć jakąkolwiek decyzję, kiedy nie chce mi się nawet z kanapy wstać, kiedy czekam na @ i boje się pójść na jogę, kiedy boję się kupić bilety lotnicze na czerwiec (bo co będzie, jakby jednak tak?), boję się że jeśli będę podchodzić do IVF i powiem lekarzowi że planuję np. wyjazd to mnie wyśmieje, bo jestem niepoważna i mam źle poustawiane priorytety – czysto hipotetyczna sytuacja, którą przeżywam tysiąckroć na kanapie w takie dni jak wczoraj…

        • krotki.blog pisze:

          Ruda, w złym momencie to napisałam, jak słoń w składzie porcelany…
          Wróć kilkanaście linijek wyżej, przeczytaj siebie uśmiechniętą jeszcze raz, napisz innymi słowami jeszcze raz, przecież to Ty, nikt inny, to napisałaś…! Pojedź w czerwcu tam gdzie planujesz, wróć i znowu napisz coś takiego co zmobilizuje inne, aby odważyły się zaplanować urlop!
          Złaź z tej kanapy :)

          • ~Ruda pisze:

            no coś Ty! to co mnie dręczy tkwi we mnie – w żaden sposób mi tego nie aktywowałaś ;-)
            chodzi mi tylko o to, że można być optymistą czy realistą, robić dobrą minę do złe gry, albo ją po prostu mieć – ale i tak każdy z nas ma swoje gorsze dni, sztuką jest nie pozwalać im się ekstrapolować na całe życie
            ale na kanapie to bym poleżała… tak czy inaczej… z książeczką (wyznaję zasadę: „time you enjoy wasting is not wasted”)

  10. ~Ona-_nowa pisze:

    Hej dziewczyny,wiele razy chcialam napisac ,ale zawsze cos mnie powstrzymywalo az do dzisiaj…Otoz okazalo sie ze moj mąż niestety ma tylko 1% ruchliwych plemnikow i tych owych ma 2 mln.Jak pewnie wiecie to nie duzo.nawet na inseminacje sie nie załapuje.Od grudnia do kwietnia bral leki no i fakt jest progres bo z 200 tys zrobilo sie 2 mln ale co z tego jak te glupie plemniki sa takie oporne i sie w ogole nie ruszaja :( dzis lekarz w klinice N. powiedzial ze musimy sie zastanowic nad in vitro…odrazu poplynely mi krokodyle łzy i szczerze to nawet teraz płacze…zawsze myslalam ze bedziemy miec dzidziusia od tak o,bo kovham dzieci mam siostry duuuuuzo mlodsze wiec mam „wprawe”,ale okazalo sie inaczej… Ja mam wszystkie badania dobre,hormony,owulacja,hsg,cukier,tarczyca…tylko moj mąz niestety nie…i z tej bezradnosci dzis w samochodzie powiedzialam zdanie ktorego teraz zaluje czyli ” zawsze myslalam ze bedziemy miec naruralne dziecko a nie z probowki”nie myslalam nad tym co mowie poprostu to powiedzialam .I jak wrocilismy do domu to maz powiedzial ze nie chce in vitro…I szczezrze nie wiem co dalej…Narazie jeszcze przez 3 miesiace znow bedzie bral leki,ale nie wierze juz w to ze sie cos poprawi…Jestem zrezygnowana,zrozpaczona,załamana i jak tylko widze dzieci to chce mi sie plakac,i co dalej? wiem wiem musze byc silna,ale ja juz w zyciu tyle przezyłam ze myslalam ze Bog przynajmniej dzidziusia da mi bez zadnych”komplikacji”zaczynam watpic we wszystko…:( wybaczcie ze tak sie tu uzalam ale mam pewna nadzieje ze jak to wyrzuce z siebie to choc troche bedzie mi lżej…Pozdrawiam G

    • krotki.blog pisze:

      Cześć!
      Kochana, jesteście oboje w bardzo trudnym momencie w życiu. Dowiadujecie się, że to, co dla innych jest naturalne, dla Was będzie dużo trudniejsze. Że, aby zrealizować jeden z podstawowych ludzkich instynktów, będziecie musieli zawalczyć. Strasznie mi przykro, wyobrażam sobie, jak się czujecie. Leczenie plemniczków to zupełnie coś innego niż diagnoza, że lepiej zrobić in vitro i człowiek nigdy nie jest gotowy na takie słowa.

      Nie możesz się obwiniać, że jednym zdaniem o dziecku z probówki przekresliłaś decyzję o in vitro u męża. On się pewnie teraz czuje okropnie. Przypuszamm że obwinia się, czuje, że nie sprawdził się jako mężczyzna, że Ciebie zawiódł. I na pewno, podobnie jak Ty, bardzo wystraszył się perspektywy in vitro.

      Zapewniam Cię, że Wasz strach nie jest nienormalny. Wiele par po takich słowach u lekarza nie chce sie z tym pogodzić. Ja jak usłyszałam o in vitro, wyszłam z gabinetu i wróciłam tam dopiero po… 1,5 roku. Teraz tego żałuję, ale może tak miało być – człowiek musi się z tym pogodzić i nie robić niczego wbrew sobie. Może mi te 1,5 roku było właśnie potrzebne…

      Na pewno dużo ze sobą rozmawiacie – tak jak małżeństwa cierpiące na bezpłodność. To Wasza wspólna choroba. Jeśli czujecie opór przez zabiegiem, nie możecie go robić na siłę. Dajcie sobie czas.

      Droga Ona, to blog, bardzo mało osób zagląda do starych postów. Jeśli chciałabyś porozmawiać z kimś więcej niż tylko ze mną – mam skromną radę, skopiuj swoją historię pod najnowszy post. Sama wiesz, jak wiele osób jest tutaj z problemami podobnymi do Twoich, może ktoś powie Ci coś krzepiącego…

      Trzymaj się. Jesteś w strasznie trudnym czasie – trzymaj się, wytrzymaj, rozmawiaj albo płacz, rób to, co podpowiada Ci instynkt.

    • ~dziewczyna_rabina pisze:

      Ona, musicie ochłonąć, porozmawiać na spokojnie. Wiem, że teraz wydaje Wam się to końcem świata, ale tak naprawdę macie szczęście – IVF (a właściwie ICSI) w sytuacji, kiedy problemem jest czynnik męski, daje świetne rezultaty. Oni tam naprawdę potrafią wyłapać te pojedyncze nawet plemniki i umieścić, gdzie trzeba ;) A dziecko będziecie mieć z miłości, nie „z próbówki”!

  11. ~O. pisze:

    Odezwałam się zaledwie kilka razy, ale może postanowiłam się ujawnić. Nie wiem czy powinnam wpisać się pod którymś z postów czy tu..
    Ja: rocznik 83, mąż: 79.
    Kiedy miałam 19 lat, na jednej z pierwszych wizyt u ginekologa usłyszałam: ma pani PCO, no w zasadzie nie mogłaby pani teraz zajść w ciążę. Nie żeby mi na tym w tamtym okresie jakoś zależało ;) Niemniej jednak, te słowa na zawsze wbiły mi się w głowę i podświadomie czułam, że w tej materii będzie pod górkę. Mniej więcej w 2010 roku z moim konkubentem, dziś już mężem, stwierdziliśmy, że nie będziemy się zabezpieczać, bez ciśnienia, jak się coś trafi to będzie. Przypadkowa pani ginekolog zachwycała się moim śluzem, maciczką i jajniczkami. W 2011 pomyśleliśmy, że może warto byłoby zbadać nasienie. Wyniki wyszły prawidłowe. Kolejna pani ginekolog stwierdziła, że owuluję i jest ok. Tak nadszedł rok 2012, w którym to trafiłam do kolejnego lekarza, ta nie stwierdziła PCO i zaczęliśmy monitoring cyklu. Po kilku cyklach, bezowocnych rzecz jasna, moja lekarka stwierdziła, że powinnam zgłosić się do jej kolegi, który zajmuje się leczeniem niepłodności. I tak, pod koniec 2012 roku trafiłam do wielkiej sławy, która pierwsze co to kazała mi zrobić HSG. Na skierowaniu miałam wpisane: niepłodność idiopatyczna. Wtedy pierwszy raz poczułam, że naprawdę mamy jakiś problem. Po wizycie wyłam w samochodzie godzinę, że ja nie chce, że dlaczego itd.. no histeria. Jak już się oswoiłam z myślą, że jednak muszę zrobić to badanie, nadszedł rok 2013. HSG okazało się banalnym badaniem, rano przyszłam, w południe wyszłam, poznałam fajne dziewczyny. Pomijając ból podczas wpuszczania kontrastu, było całkiem spoko. Jajowody drożne, a ja w nagrodę kupiłam sobie zegarek ;) Powoli dorastaliśmy do tego, że musimy się zgłosić do jakiejś kliniki leczenia niepłodności. Trwało to kilka miesięcy, wybraliśmy tę, do której był łatwy dojazd (dość idiotyczne, ale bardzo praktyczne kryterium). Wreszcie na jesieni trafiliśmy do niemiłego lekarza. Po pierwszej wizycie zlecił dodatkowe badanie nasienia połączone z fragmentacji DNA plemnika. Podstawowe parametry znowu wyszły bardzo dobre, ale fragmentacja fatalna. Na drugiej wizycie lekarz wyburczał, że on już tu nic nie może zrobić i że mamy iść do androloga. Mój mąż zaliczył emocjonalny zjazd, jak pewnie każdy facet, który słyszy, że coś jest z jego nasieniem nie tak. Tak nadszedł rok 2014, kolejny lekarz ginekolog i androlog w jednym (hybryda taka ) stwierdził, że fragmentacją nie ma się co sugerować, ona się zmienia, jednym z czynników jest chociażby przebiegająca infekcja. Przedstawił mi ścieżkę postępowania, stymulacja, stymulacja + IUI, in vitro. Przeglądając moje wyniki badań powiedział: ale pani ma niedoczynność tarczycy, zanim cokolwiek zaczniemy proszę iść do endokrynologa. Okazało się, że mam lekką niedoczynność tarczycy, na szczęście bez Hashimoto i przeciwciał. Tarczyca szybko się uregulowała, poranny euthyrox stał się czymś tak oczywistym jak oddychanie, po kilku miesiącach trafiłam znowu do lekarza-hybrydy. W wynikach naszych badań w zasadzie nie było się do czego przyczepić, wyniki męża bardzo dobre, fragmentacja zmniejszyła się do wartości idealnych, u mnie w sumie wszystko też wyglądało ok, AMH wysokie koło 8, ale tym nie kazał się przejmować. Zdrowi ludzie, tyle że niepłodni :/ Zaczęliśmy monitoring, stymulację clo i pregnyl. Po dwóch nieudanych cyklach, lekarz-hybryda stwierdził, że może nie ma co tracić czasu i proponuje letrozol i IUI. I tak, pod koniec listopada 2014 miałam pierwszą IUI. Ku naszemu zaskoczeniu bHCG 14 dpo wyniosła 156. Fruwałam pod sufitem, ale na wszelki wypadek nie mówiliśmy prawie nikomu. Po Nowym Roku (w 7 tygodniu) ustały mi wszystkie objawy, dostałam takiego zastrzyku energii. Po prawie 3 tygodniach życia w stresie poszłam na USG do przypadkowego gabinetu. I tak jak się spodziewałam usłyszałam: niestety ta ciąża nie rozwija się prawidłowo. Następnego dnia szpital, w którym zupełnie nie mieli ochoty zatrzymywać mnie na oddziale. Dostałam słynny arthrotec i wróciłam do domu. Przyjeżdżałam kilka razy do szpitala tylko po kolejne tabletki i kontrolę USG. Łącznie zjadłam ich 24, ale udało się bez łyżeczkowania. bHCG wracało do normy 2 miesiące. Zrobiłam milion badań, żeby zminimalizować ewentualne ryzyko w następnej ciąży. Zbadałam układ krzepnięcia, mutacje. Wszystko w zasadzie na własną rękę. W tym roku oddawałam krew chyba ze 20 razy. Wiosną wróciliśmy do lekarza-hybrydy. Kwiecień – druga IUI (nieudana). Maj – trzecia, na wyjątkowo (jak na mnie) słabym endometrium, na jednym tylko pęcherzyku (pomimo letrozolu). Po 10 dniach od IUI zaczęłam czuć dziwny, metaliczny smak w ustach (podobno jeden z objawów wczesnej ciąży), ale ponieważ czułam się pełna sił i energii, nie dawałam sobie żadnych nadziei. Mentalnie przygotowywaliśmy się już do in vitro. W 14 dniu po IUI bHCG 100. Tym razem, nauczeni poprzednimi doświadczeniami, nie mówiliśmy nikomu. W zasadzie przez przypadek dowiedziały się dwie bliskie nam osoby, ale one też, żeby nie zapeszać czekały na dalszy rozwój sytuacji. Do 12 tygodnia żyłam w paranoicznym lęku, że znowu coś się stanie, biegałam do lekarza co 2-3 tygodnie. Każde USG zaczynałam od pytania: żyje? Myślałam, że po ukończeniu I trymestru spłynie na mnie fala radości, wszystkie lęki znikną, a ja zacznę z dumą obnosić się z rosnącym brzuchem. Yyyy.. no nie do końca. Aktualnie zaczynam 19 tydzień i nie wszyscy nasi bliscy wiedzą o ciąży. I to zarówno osoby z rodziny jak i znajomi. Każde „ogłoszenie” odchorowuję, bo mam wrażenie, że jak już powiedziałam to coś się stanie. Wiem, że to bez sensu, ale nie potrafię tego zwalczyć. Od kilku tygodni czuję delikatne ruchy żaby z kończynami (ma być rodzaju męskiego), która rośnie w środku. Z jednej strony to super sprawa, przynajmniej wiem że dziecko żyje. Z drugiej, po kilku godzinach ciszy siwieję ze strachu, rzucam się na kanapę i pukam w brzuch, żeby poczuć jakieś ruchy. Nie uspokoję się chyba dopóki nie urodzę :/
    Moja (nasza) historia nie jest nawet w 1/10 tak dramatyczna jak inne opisywane tu w komentarzach czy w zakładce „wasze historie”, ale postanowiłam się nią podzielić. Może jest tu ktoś kto się nie odzywa, czyta po cichu i zastanawia się nad sensem wykonywania IUI. Jestem przykładem, że IUI czasami daje ciążę.

  12. ~Marta pisze:

    Droga Izo!
    Na Twojego bloga trafiłam po wysłuchaniu któregoś sierpniowego poranka rozmowy z Tobą w tok fm. Ja już wtedy zastanawiałam się czy pójść już do lekarza czy jeszcze jest za wcześnie. Staramy się o Maluszka od ponad roku. Wszystkie Twoje wpisy przeczytałam w ciągu kilku dni, nie raz się bardzo wzruszyłam i niezmiennie trzymam za Was kciuki!!! Twoja historia przekonała mnie, że nie ma no co czekać i trzeba się przebadać. Długo szukałam dobrego lekarza i klinki, tu należą Ci się ogromne podziękowania, bo dzięki Tobie trafiłam na raport Naszego Bociana. Tak więc dziękuje :) Właśnie jesteśmy w trakcie badań, w najbliższy czwartek czeka mnie zwykłe usg i wtedy też będę się umawiać na sono HSG. Trochę tym tempem i wszystkim innym jestem przerażona, ale jak widzę jak Ty sobie radzisz to jakoś tak łatwiej jest….

    • ~iza krotki blog pisze:

      Marta! Przepraszam, że tak późno odpisuję. Jakoś umknął mi Twój wpis…
      Oczywiście, jesli jest problem, nie ma na co czekać! Czas to nie jest nasz przyjaciel… :)
      Jak Ci idzie? Jak poszły badania?

      • ~Marta pisze:

        Badania to hmm u męża wyśmienicie, u mnie to usłyszałam że mam trochę za małą rezerwę jajnikową, ale tragedii nie ma. Generalnie moje wyniki raczej odpowiadają kobiecie po 30,a mi jeszcze trzy lata brakują do 3 z przodu. Próbowaliśmy jeden cykl z lekami na pękniecie pęcherzyka, a potem Lutinus. Nic oprócz mdłości po lekach z tego nie wyszło. W najbliższy piątek czeka mnie sonoHSG i co tu ukrywać tyle się o tym badaniu naczytałam, że przerażona okropnie jestem.
        Na bieżąco śledzę co tam u Ciebie/u Was… Nawet nie wiem co powinnam napisać… Trzymam za Was kciuki i bardzo wierzę, że jak nie w ten to w inny sposób zostaniecie cudownymi rodzicami!

  13. ~Anulek pisze:

    Zawsze czytam bloga na telefonie i dopiero dziś na komputerze odkryłam zakładkę o historiach dziewczyn. Aż mi się zimno zrobiło i pojawiły się ciarki z nerwów. Dotarłam do historii Mojry i tak się spłakałam, że nie dam rady czytać dziś dalej.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Anulku, mam nadzieję, ze dziewczyny dopiszą zakończenia, od których zrobi Ci się ciepło… Mojra ma porażającą historię, ale wiem, że idzie szczęśliwe zakończenie – tylko teraz ma mniej czasu, zeby to napisać :)

  14. ~Beata pisze:

    Witam, czytam bloga Izy już od jakiegoś czasu, postanowiłam zatem napisać swoją/naszą historię.
    Nasza pierwsza wizyta w klinice leczenia niepłodności- wybraliśmy klinikę Gameta Rzgów, miała miejsce na początku 2013r. Najpierw podstawowe badania moje i męża- wszystko raczej ok w normach, monitoring cyklu itp. I nagle latem samoczynnie pękła mi torbiel na lewym jajniku, od razu szpital i operacja- laparotomia i jeszcze diagnoza- endometrioza 4 stopnia. Przerwa w staraniach na kilka miesięcy.
    W kolejnym 2014r. w lutym polip endometrialny- histeroskopia i usunięcie.
    W maju 2014r. – znów torbiel jajnika lewego, zrosty wewnątrzotrzewnowe, endometrioza 4 stopnia. Laparoskopia, usunięcie zrostów i torbieli.
    W lipcu 2014r. zostaliśmy zapisani do programu in vitro. Od sierpnia zaczęłam 1 stymulację: brałam Gonapeptyl i Menopur. Pierwsza punkcja-pobrano 18 pęcherzyków, otrzymano 2 zarodki, odbyły się 2 transfery, oba nieudane.
    Styczeń 2015r.- 2 stymulacja, również Gonapeptyl i Menopur. W dwa tygodnie po przyjmowaniu zastrzyków pojawiły się 2 torbiele, ale po konsultacji okazało się że nie można ich skłuć, i mają one jednak niewielki wpływ na tworzenie się pęcherzyków, więc dalej się stymulujemy. Punkcja- pobrano 6 pecherzyków, otrzymano 5 zarodków. Transfer 1 blastocysty- reszta zarodków nie przetrwała.
    Maj 2015r.- kolejna stymulacja: te same leki. Punkcja. Transfer 1 blastocysty, 2 pozostały zamrożone. Transfer po raz kolejny nieudany. Zalecana histeroskopia.
    Lipiec 2015r.- transfer ( nr. 5) mrozaczka, zastosowano Embryo Glue. Niestety i tym razem się nie udało.
    Wrzesień 2015r.- robimy badania genetyczne, badania kariotypów i badanie nasienia. Wyniki kariotypów-ok, genetyka- też ok, w badaniu nasienia- zaburzenia chromatyny w plemnikach, i to może- ale nie musi- być przyczyną niezagnieżdżania się zarodka w macicy ( no i do tego jeszcze moja endometrioza). Zalecona kuracja witaminami i powtórzenie badania za około 3 miesiące. Mąż zrobił jeszcze usg u urologa- wyszły żylaki moszny.
    Mamy podejść do transferu ostatniego naszego mrozaczka. Dostaliśmy specjalne zalecenia od profesora: TSH- przed transferem poniżej 2,5, Encorton- już na 3 tygodnie przed planowanym transferem, i w dniu transferu Neupogen- 1 zastrzyk podskórnie ( jest to lek stosowany w onkologii w chemioterapii).
    Po transferze dalej Encorton, Fraxiparyna (zastrzyki do 8-10 tc), + Duphaston lub Luteina.
    Do ostatniego transferu podchodzimy w styczniu 2016r. Przygotowałam się do niego czytając bloga i korzystając z waszych porad. Chodzi mi o suplementację i dietę: ananas, orzechy brazylijskie, morele,masło orzechowe, nabiał, warzywa i owoce,kasze, kwasy omega 3 i 6 itd.
    Po tym transferze dostałam całkowity zakaz od męża nic nierobienia w domu!!! Dosłownie- kochany mąż przejął wszelkie obowiązki, łącznie z gotowaniem. Ja tylko leżałam i czytałam książki i bloga ::)) Przy wcześniejszych transferach oszczędzałam się owszem ale jednak zawsze znalazłam sobie jakieś zajęcie. I to wszystko na raz pomogło. B-hcg zrobiona w 14 dpt wyniosła 1017,28, szok i niedowierzanie. Chyba do tej pory troszkę jeszcze nie wierzę.
    Dzisiaj jest 17 tc, wszystko jest dobrze i oby tak było do końca- musi być.
    Znajdując kiedyś tego bloga i czytając wasze historie płakałam i śmiałam się jednocześnie. Bardzo mi pomogła świadomość że nie jestem sama w tej jakże trudnej walce z niepłodnością.
    Pozdrawiam was wszystkie i trzymam kciuki za szczęśliwe zakończenia.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Beata, publikuję Twoją historię na liście i uśmiecham się jak to czytam :)

    • ~LILOĄ pisze:

      Beata,
      historia zakończona happy endem. Gratuluję !
      Oby takich tutaj więcej , są one nasza nadzieją , nadzieją na cud , którego każda z nas tak bardzo pragnie, pragną nasze rodziny. Historie jak Twoja dodają otuchy i dają ogromną wiarę w to , że trzeba WALCZYĆ !!!

  15. ~dziewczyna_rabina pisze:

    Kiedyś wydawało mi się, że hsg czy IUI to już zaawansowane starania, a IVF jak lot w kosmos. Dziś, po 3 pełnych stymulacjach i przed 4 transferem wiem, że to wszystko pikuś, że bywa dużo trudniej i że moja historia nie jest niczym nadzwyczajnym.

    O dziecku zaczęliśmy myśleć po 30, po roku bez efektu pierwsze wizyty lekarskie, pierwsze stymulacje, trochę badań (hsg i histeroskopia, nic poważnego, wyniki prawidłowe), jakaś IUI po drodze.

    W kwietniu 2013 pierwsza stymulacja, ICSI, pobrano 11 oocytów, zapłodniło się 6, do fazy blastocysty dotrwały 2. Transfer dwóch zarodków, nic nie zostało do mrożenia, niepowodzenie.

    W czerwcu 2013 druga stymulacja, ICSI, pobrano 9 oocytów, zapłodniło się 7, do fazy blastocysty dotrwały 3. Transfer dwóch zarodków, jeden mrozak, niepowodzenie.

    We wrześniu 2013 transfer mrozaka, udany :) W maju 2014 urodziłam córeczkę.

    Kolejne podejście on going ;) W sierpniu 2016 zaczęliśmy trzecią stymulację, pobrano 13 oocytów, zapłodniło się 11, do fazy blastocysty dotrwało 6. Transfer odroczony na kolejny miesiąc, za 4 dni odbieramy pierwszego z sześciu mrozaków. Gdyby był szczęśliwy, to moja druga córka (bo ma być córka!) będzie mieć urodziny tego samego dnia, co jej starsza siostra.

  16. ~sex telefon pisze:

    fajnym stylem pisane

  17. ~Ja. pisze:

    Trafiłam na Twojego bloga podczas przygotowań do pierwszego In Vitro (krótkiego…) i żałuję, że dopiero teraz. Zostanę niezależnie od rezultatu. Moja historia jest nieco inna (i może być trudna w czytaniu), ale mam nadzieję, że jeszcze się nie zakończyła.

    Z problemem niepłodności zmagam(y) się od ponad 4 lat (zaczęliśmy aktywne starania o dziecku w czerwcu 2013 roku). To miał być moment – od 2009 monitoruję swoje cykle (zamiast termometru wybrałam technologię, Lady Comp), moja kolekcja w tym momencie liczy 113, oficjalnie wszystkie z owulacją, prawidłową długością fazy lutealnej i bez jakichkolwiek widocznych nieprawidłowości. Kiedy po pół roku starań nadal „nie było człowieka” (cytat z pani gin), zaczęliśmy diagnostykę – nie używam słowa leczenie, bo leczyć nie ma czego. Jesteśmy zdrowi, ale nie mamy dzieci i nie wiadomo dlaczego. Lekarz bez planu chce obserwować czy jest owulacja, porzucamy pierwszą klinikę.
    Kryzys małżeński po drodze powoduje, że ostatnie o czym myślimy to dziecko, ale zostajemy razem. Zmieniamy klinikę i drążymy dalej. Kolejne badania. Jajowody drożne. W dokumentach już oficjalnie niepłodność idiopatyczna. Jest plan na 3 inseminacje i in vitro, jeśli to nie zadziała. Lubię konkretne plany. Uparcie nawracająca infekcja blokuje zabiegi, ale wreszcie zaczynamy – jest grudzień 2016. Za pierwszym razem liczę dni do testu, plamienie zapowiadające okres przychodzi na 35 urodzinach kolegi (jesteśmy rówieśnikami), już wiem, że w tym roku nie będę mamą.
    Do drugiej inseminacji podchodzimy na luzie i trochę na wariata, po urlopie – ot, niezobowiazujaco łykam Clostilbegyt, uzupełniam przeterminowane badania, wpadam na wizytę kontrolną 10 dnia cyklu i niespodzianka, wyhodowałam dwa wielkie pęcherzyki, mogę podchodzić do zabiegu już następnego dnia. 24 dzień cyklu, Walentynki, robię test – pierwszy raz pozytywny. Mężowi mówię przy kolacji, jest jak w jakiejś obciachowej komedii romantycznej. Zaczynają się najlepsze, a potem najgorsze miesiące mojego życia. Ciażę znoszę dobrze poza lekka anemią i sennością. Na fali sukcesów dostaję nowa, fajna pracę, ktora chce mnie nawet w ciąży, bo chce pracować ze mną. Z ostrożnym optymizmem chodzę na kolejne usg (w 6 TC jest 3 mm kropka i serce, potem coraz wyraźniejszy kształt, trochę jeszcze bardziej krewetka niż człowiek, i tak też pieszczotliwie mówimy na niego/ją, w 10 TC słyszę serce po raz pierwszy i rozklejam się na leżance). Liczę dni do 12 tygodnia, liczę się też z poronieniem. W najwcześniejszym możliwym terminie pobieram krew na badania genetyczne, wiek nie jest już po mojej stronie. Wielkanoc. Decydujemy się nie mówić rodzinie o ciąży przed pierwszym poważnym usg w 13 tygodniu.
    Idziemy nastawiając się na obrazki z filmów i koleżanek na Facebooku – trójwymiarowy bobasek, rączki, nóżki, głowa. W zamian widzimy coś co nie przypomina niczego i słyszymy, że nieprawidłowości, ale lepszy sprzęt potwierdzi lub wykluczy. Lekarz podejrzewa przypadłość wyleczalną po urodzeniu, dlatego jeszcze nie panikujemy i ustalamy, że damy radę. Idziemy na dobrą kolację. Następnego dnia w szpitalu położniczym lekarz ściąga kolegę – eksperta od usg. Jeszcze liczymy na pomyłkę. Słyszymy „Dziwnie to wygląda, nie? Tak, ale ZARAZ TEGO NIE BĘDZIE”. Pierwszy raz słyszymy, że poza innymi rzeczami nie ma ciągłości kręgosłupa, próbujemy nie dopuszczać do siebie że nie wyrośnie, nie da się zoperować i nie da się z tym żyć. Lekarze jeszcze boją się mówić wprost co znaczy taka diagnoza (być moze nadal czują cień Chazana), słyszymy tylko, że to bardzo poważne rozpoznanie i kierują nas do specjalistycznego ośrodka, który lepiej nami się „zajmie” (jeszcze nie dopuszczamy do siebie co to dokładnie znaczy). Czteroliterowy skrót określający rozpoznanie nie daje żadnej nadziei – rokowanie bez wyjątku źle, wada zawsze letalna. Nasze dziecko jeszcze się nie urodziło a już zaczynamy je opłakiwać.
    Kolejne tygodnie pamiętam jak przez mgłę. W jednym momencie wychodzę z pracy i nie wracam do niej kolejne 4 tygodnie. Piszę maila do szefa, bo nie jestem w stanie rozmawiać przez telefon, że nie wiem kiedy wrócę, że zła diagnoza i przepraszam. Dostaję dużo wsparcia i zapewnienie, że praca poczeka tyle ile będę potrzebować (mocny jasny punkt w tym bardzo czarnym okresie, drugim jest wsparcie męża – przeżywanie razem tragedii bardzo nas zbliża). Kolejny szpital potwierdza diagnozę i wreszcie mówi wprost co ona oznacza – 100% wskazań do zakończenia ciąży zanim wady nabiorą jeszcze bardziej drastycznego charakteru. Co za okrutny żart – jako osoba najbardziej na świecie pragnąca być w ciąży zaczynam bliskie spotkanie z polskim kompromisem aborcyjnym….
    Proces jest zdehumanizowany, biurokratyczny, ale skuteczny, uniemożliwia decyzje pod wpływem emocji. Płacząc piszę podanie o zgodę na zakończenie mojej ciąży, rozmawiam z genetykiem, psychologiem, ordynatorem, który wyraźnie daje mi do zrozumienia, że jestem kukułczym jajem ze szpitala na M, ale przyjmuje. Dostaję termin zgłoszenia do szpitala po weekendzie majowym, prawie 3 tygodnie od pierwotnej diagnozy. Termin zabiegu, a w zasadzie porodu w 4 miesiącu ciąży, o czym dowiaduje się dopiero wtedy – w Polsce i według ustawy terminacja ciąży oznacza podanie środków wywołujących poród (tak, billboardy pro life pod szpitalami kłamią). W międzyczasie wegetuję i opłakuję człowieka, którym nigdy nie będzie mój syn – bo 2 dni po diagnozie odbieramy badania genetyczne, które potwierdzają że mielibyśmy zdrowego chłopca, gdyby nie przegrana z wadą rozwojową występującą w 1:14000 przypadkow. Nadal nie mamy wątpliwości co do decyzji od chwili gdy wiemy, że nadziei nie ma- większość dzieci nie przeżywa ciąży lub żyje maksymalnie godzinę po porodzie- a raczej czujemy, że ten wybor został dokonany za nas, bez nas.
    W szpitalu jestem 6 dni, organizm w 15 tygodniu nie jest gotowy na poród i stawia opór. 10 h porodu redukującego mnie do poziomu zwierzęcia, które czuje tylko ból i oddałoby wszystko, żeby już się skonczył. 2 tygodnie zwolnienia i ciężka anemia po stracie krwi. Mimo, że ciężko mi samej w to uwierzyć, wychodzę z tego w miarę w jednym kawałku psychicznie (czy wyszłabym z całej ciąży i porodu martwego dziecka pół roku później? Wątpię). Wracam do pracy. Nawet potrafię się uśmiechać. Wiem, że chcę walczyć dalej, ale organizm potrzebuje przynajmniej 3 miesięcy na regenerację. Kolejna inseminacja nieudana, plan wykonany, zaczynamy in vitro. CDN.

    • krotki.blog pisze:

      Ja. Jesteś bardzo silna, a życie bardzo niesprawiedliwe. Przejmujące. Nie znam słów, nie wiem, co powiedzieć, ale cieszę się, że wyszłaś z tej straty w jednym kawałku, że nasz siłę, że się nie poddajesz. Pozwolisz, że dodam Twoją historię pod osobnym linkiem, tak jak inne dziewczyny, żebyś mogła swobodnie dopisywać lepszy dalszy ciąg?

      • ~Ja. pisze:

        Jasne. Wczoraj pisalam to w wannie i płakałam, bo czasem jeszcze do mnie dociera, że to faktycznie ja to przeżyłam, ale to było bardzo oczyszczające tak to z siebie wyrzucić. Proszę o dużo pozytywnych myśli i wracam wysiadywać jajka (dziś 6 dzień 1 stymulacji, w pn chwila prawdy na USG i decyzje). Dzięki, że robisz to co robisz, tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>