Bezpłatne warsztaty „Niepłodność i co dalej?”

Dostąpiłam zaszczytu zaproszenia Was na warsztaty w imieniu Ani z Niepłodność w Krakowie  i Olgi82 :)

Warsztaty są kierowane do osób doświadczających niepłodności w różnych sferach życia. Podczas spotkania uczestnicy będą mieli okazję spojrzeć na niepłodność tu i teraz, poznać możliwości leczenia i adopcji jako drogi do rodzicielstwa.

Najważniejsze, aby odkryć w sobie odpowiedź na pytanie „Co dalej?”

A teraz najmilsza część:

Organizatorką jest Ania  z Niepłodność w Krakowie. A całość poprowadzi głównie nasza Olga:

Olga Jurasz-Halaczek, psycholog, terapeuta, coach, pracownik Beskidzkiego Centrum Zdrowia Psychicznego, poprowadzi warsztaty na których uczestnicy będą mieli możliwość przyjrzeć się doświadczanym w związku z niepłodnością emocjom, jeśli poczują potrzebę spojrzeć w przyszłość.

Termin: 18.03.2017, godz. 10.00
Adres: Hotel Ibis, ul. Pawia 15, Kraków

Ilość miejsc ograniczona. Osoby zainteresowane uczestnictwem prosimy o zgłoszenie udziału na mail: warsztaty@artvimed.pl lub telefonicznie: +48 12 661 30 30

warsztaty1 warsztaty2

***

PS. Dostałam dla Was jeszcze trzy kalendarze z Naszego Bociana. Bardzo chcę Wam je podarować, bo już marzec! Kto chętny, proszę info w komentarzu i adres do wysyłki na priv :)

EDIT: Po ptokach. Kalendarze rozdane.

Opublikowano Iza | Otagowano , , | 140 komentarzy

Dwa ogłoszenia: upominki oraz ankieta

Dziś technicznie, ale pożytecznie.

1.

Nasz Bocian podarował dla Was 5 autorskich kalendarzy ściennych. Tegoroczna edycja dotyczy relacji dzieci z in vitro z dziadkami.

Wszyscy bohaterowie zdjęć to prawdziwie postacie. Nic nie jest udawane. Kalendarz jest po prostu wzruszający.

kalendarz

Pierwsze 5 osób, które napisze w komentarzu, że chce kalendarz i prześle do mnie maila z adresem do wysyłki, dostanie bocianowy upominek pocztą. Koszty żadne, przyjemność na cały prawie rok, czyli pozostałe 10,5 miesiąca  :)

EDIT. NIEAKTUALNE. KALENDARZE JUŻ ROZDANE.

2.

Zwróciła się do nas z prośbą pani Natalia, która wraz z grupą projektową prowadzi badania opinii pacjentów oraz poziomu ich komfortu w trakcie leczenia niepłodności. Poniżej zamieszczam całą wiadomość od niej. Nie muszę chyba dodawać, że ja już odesłałam odpowiedzi na pytania :) Jeśli macie chwilę czasu, podzielcie się doświadczeniami. W końcu kto wie więcej od nas…

Szanowne Panie, od jakiegoś czasu czytamy tu o Waszych sprawach, emocjach, problemach. To bardzo poruszająca lektura. Robimy to nie tylko z ciekawości, ale głównie dlatego, że jako grupa studencka na SWPS opracowujemy projekt związany z potrzebami pacjentek i pacjentów w trakcie leczenia niepłodności. Mamy wiele pytań, ale będziemy zachowywać umiar. Prosimy: podzielcie się swoimi doświadczeniami – informacje zbieramy do końca lutego 2017 r. Mogą one pomóc kolejnym parom przechodzącym przez proces leczenia niepłodności. Piszcie na adres natalia.derylo@gmail.com. Natalia Deryło

Lista pytań:

  1. Dlaczego zdecydowałaś się na klinikę, w której się leczysz/leczyłaś?

  2. Jak wyglądał proces komunikacji z kliniką i czego Ci w nim zabrakło?

  3. Co było dla Ciebie największym problem w trakcie korzystania z usług kliniki?

  4. Co sobie szczególnie ceniłaś w usługach kliniki, w trakcie leczenia?

  5. Co Twoim zdaniem może zrobić klinika żeby poprawiać komfort leczenia Pacjentów?

  6. Z którą z osób z personelu medycznego miałaś najlepszy kontakt? Dlaczego?

  7. Jakie zachowania personelu były pomocne w całym proces leczenia?

  8. Co robiłaś, aby poradzić sobie z emocjami?

  9. Z jakiego rodzaju  wsparcia korzystałaś w trakcie leczenia? (np. porady specjalistów, spotkania, styl życia)

Opublikowano Iza | 332 komentarzy

Ja. Mąż Izy. Kiedyś może tata

Dużo trzeba przejść. Trzeba patrzeć na niemożliwe. Podjąć się nierealnych rzeczy. Ważne, aby nie wiedzieć, że są nierealne, że są dla nas niemożliwe. Wspierać się.

Szybko do mnie dotarło, że niepłodność to nasza wspólna droga. Pomimo, że u nas problem był po stronie Izy. Problem, a nie wina. W niepłodności nie ma niczyjej winy.

Zawsze we mnie było mało wiary. W Boga. Jakiegokolwiek. Szkiełko i oko. Nauka. To do mnie przemawiało. Może w to wierzyłem. Może to był mój bóg.

Jednak nam nie pomógł. Wiem, że nie będę tatą. Krew z krwi. Ale przez chwilę poczułem, jak to jest. Jak to jest czekać na dziecko. Być w ciąży w kobietą, która jest dla Ciebie całym życiem.

To Iza zawsze bardziej nalegała na dziecko. Chociaż najpierw chciała poukładać świat. Nasz własny. Śmieszne to. Wydaje się nam, że mamy na coś wpływ, że zaplanujemy sobie, co się wydarzy. Nam wydarzyło się wszystko na opak. Ale po tym wszystkim wiem, że wynieśliśmy z tego cudną naukę.

I wiedzieliśmy, kiedy powiedzieć dość. Wiedzieliśmy, że to już nie jest droga dla nas. Ja pewnie poddałbym się wcześniej. I zresztą chciałem, to zrobić. Po Izy laparotomii. Po wydeptanych cholernych kilometrach na korytarzu w szpitalu, kiedy zależało mi tylko na tym, aby Iza przeżyła. Abym jeszcze zobaczył moją żonę. Miłość Mojego Życia.

Przesuwaliśmy granicę. Za każdym razem o kawałek dalej. O te kolejne dni. Stymulacje, transfery… Nawet, jak została podjęta decyzja, że to już koniec. Koniec zawsze można odsunąć w czasie.

Iza widzi więcej niż ja. I wiem, że dla niej to była o niebo trudniejsza decyzja niż dla mnie.

- Chciałabym, abyś miał dziecko. Swoje. Nie potrafię się z tym pogodzić – tak mi mówiła wielokrotnie.

Pokazała mi inną drogę. Wskazała palcem odpowiednie drzwi. Nie wiedziałem, że tak mnie to wciągnie.

- Może pójdziemy do Ośrodka Adopcyjnego? Tak zobaczyć. Mają drzwi otwarte. Umówię nas  – i Iza nas umówiła. Oczywiście, że się zgodziłem. Chociaż było to nasze drugie podejście do adopcji. Po pierwszym powiedziałem, że już nigdy więcej nie pojawię się w Ośrodku Adopcyjnym. Zgodziłem się po to, aby odpędzić jej demony. Chociaż na chwilę.

Co prawda już wiedzieliśmy trochę więcej o adopcji. Mamy przyjaciół, którzy mają dzieci adopcyjne. Właściwie stawaliśmy się przyjaciółmi w czasie naszego szkolenia. A i M zrobili kawał roboty. Cholernie dobrej roboty. Aby nam wszystko w głowach poukładać.

Zaciekawienie. Drzwi otwarte. Trochę ogólnych opowieści. Spotkanie z mamą adopcyjną. Trochę gadania o formalnościach. I decyzja, że zaczynamy. Bo tu nic szybko się nie dzieje.

Otworzyłem moje drzwi. Otworzyłem moje serce. Pogodziłem się z tym, że nie będę miał własnego dziecka. Iza też. Każde z nas musiało z tym pogodzić się na swój sposób. Czy mi jako osobie zdrowej było trudniej? Inaczej. Może łatwiej byłoby myśleć, że nie mogę mieć dziecka, bo fizycznie coś nie działa, bo jestem bezpłodny.

Ale nie jest to poświęcenie. To, że ja z czegoś zrezygnowałem. W pewnym momencie przestaje to mieć jakiekolwiek znaczenia. Doszliśmy do etapu, że nie liczyła się dla mnie walka o dziecko, o naszego biologicznego potomka. Liczyło się życie mojej żony. To była świadoma decyzja, że rezygnuję z własnego dziecka. I więcej nie będziemy podchodzić do IVF. Z prostej przyczyny. Chcę mieć dziecko z Izą. Dziś wiem, że to jest realne.

Mamy nasze granice. Zdobywamy taką mądrość, aby powiedzieć stop. Przestaje nas gonić świat. Przestaje nas gonić czas. Znów pojawia się uśmiech na jej ustach. Ten, w którym się zakochałem.

Nasza droga byłą po to, aby się czegoś nauczyć. Abyśmy nabrali pewności i odwagi. Mamy nasze niezawinione śmierci. Nasze dzieci pamięci. Wyryte w nas jak blizny.

Ale mamy też piękną siłę, aby wyciągnąć rękę i powiedzieć – mogę komuś dać fajne życie. Wiem, nie krew z krwi. Ale z wspólnej drogi. Naszej. A dla nas jest to wybór, którego jesteśmy pewni.

Czekamy na tę historię, którą usłyszymy o naszym dziecku. Czekamy na historię, którą z nim stworzymy. Czy nie boimy się, że go nie pokochamy? Nie. Nie boimy się. Bo już w każdym z nas jest kolec miłości. W naszym dziecku też. Kolec, bo taka jest droga naszego dziecka do nas. Taka była nasza droga do niego.

Ja. Mąż Izy. Kiedyś tata. Dziś to wiem. Dziś mam tą pewność…

Opublikowano Iza | Otagowano , , | 270 komentarzy

nowe nadeszło gwałtownie

Dziś po raz pierwszy od dawna nie śniła mi się praca. We śnie wędrowałam z mężem w ciemnościach. Trzymał mnie mocno za rękę. W końcu znaleźliśmy drogę do domu.

Wczoraj w 5 minut straciłam pracę, na którą tak narzekałam. Zlikwidowali cały mój dział. Wzywali osobę za osobą i podczas kilkuminutowej rozmowy wręczali umowy natychmiast rozwiązujące stosunek pracy. Kilkoro z nas wyszło bez tych pożegnalnych umów. Ja też, ale do swojego biurka już nie wróciłam. Znaleźli dla nas inne miejsce w firmie, będziemy w innej strukturze.

Podczas wielkiej rzezi dostałam się nagle do nowej pracy, nie biorąc nawet udziału w rekrutacji. Wszystko zacznę od nowa.  Nie wiem jeszcze, co dokładnie będę robić, nie wiem, jakie stanowisko na mnie czeka, nic nie wiem, ale ocalałam. I jestem podekscytowana tym, co się wydarzy!

Najśmieszniejsze jest to, że skórę uratował mi osobiście mój szef sadysta. To on mnie rekomendował i opowiedział NOWYM, jak wiele rzeczy potrafię. Usłyszałam od niego wczoraj publicznie kilka komplementów na temat moich kompetencji. Dr Jekyll i Mr Hyde. Piekło zamarzło.

Kiedy to piszę, mąż wraca z rozmowy w WYMARZONEJ firmie. Dzwonił przed chwilą. Właśnie dostał w niej pracę.

Kurtyna :)

Opublikowano Iza | Otagowano | 321 komentarzy

Wymagania OA wobec rodziców adopcyjnych. Zarobki i praca

Każdy ośrodek rządzi się własnymi prawami, więc to nie jest uniwersalny poradnik. Ale może stanowić jakiś punkt odniesienia.

Ośrodki Adopcyjne spotykają się z przyszłymi rodzicami przez bardzo długi czas – rok, czasem dłużej. Poznają te pary, prowadzące osoby wyrabiają sobie osobiste zdanie na ich temat. Na pewno mimo całego profesjonalizmu trudno ustrzec się przed osobistymi sympatiamii i uprzedzeniami. Ale to są sprawy niezmierzalne. Na taką ocenę OA nie mam żadnej rady, poza tą, by być otwartym i szczerym. Ciągnie banałem, jak wszystkie dobre rady, ale to prawda.

Zarobki

Wielokrotnie zastanawialiśmy się, czy istnieje próg finansowy, od którego można… Wiem, że to naiwnie brzmi, ale czasem się człowiek zastanawia, czy jest w stanie dać dziecku wszystko, co potrzebne. O ten próg pytaliśmy kilka razy w ośrodku. Nasz ośrodek nie ustanowił czegoś takiego. Owszem, wpisali nasze prace w dokumenty i poprosili o zaświadczenie o zarobkach, ale nie odnieśli się do tego. Na nasze pytanie, ile powinniśmy zarabiać, odpowiali „tyle, żeby utrzymać dziecko”. Nikt nie powiedział, że musi to być 3 tys. na gospodarstwo domowe albo 8 tys. Ostatecznie o możliwościach rodziny i tak decyduje sąd. Ważniejsze jest dobro dziecka w skromnym domu adopcyjnym niż w wypasionym domu dziecka. To dotyk, czułość, bliskość są bezcenne.

Etat, firma, a może całe dnie wolne?

I to znowu – nasz ośrodek nie ma sztywnych wymogów. Nie żądał od nas obojga, żebyśmy mieli etaty. Jedyne, o co prosił, to żebym przewidziała, że będę musiała zostać na początku z dzieckiem. Pół roku to absolutne minimum. Rok to w sumie też mało, ale wiadomo, że czasem dłużej nie można. Rozumieją. Żeby jednak nie było za słodko, spotkałam się też z sytuacją, gdzie oczekiwano etatu od obojga rodziców. Trudno mi powiedzieć, z czego to wynika. Prawdopodobnie osoba prowadząca parę decyduje raczej na podstawie „wydaje mi się” – a każdy (prowadzący) jest inny.

Opinia

Jest jeszcze jedna kwestia związana z pracą i oczekiwaniem Ośrodka Adopcyjnego. Nie wiem jak inne OA, ale nasz bezwarunkowo wymagał pisemnej opini o nas od pracodawców (a jeśli prowadzisz jednoosobową działalność gospodarczą, np. od klienta). Ja niestety nie mogę powiedzieć pracodawcy o moich planach, więc nie mogę poprosić o opinię. Ale jakimś cudem przewidziałam to wcześniej. Ze starej pracy odeszłam z taką opinią w teczce. Podałam ją w naszym OA. Ma datę o wiele za starą, ale wyjaśniłam, dlaczego nowszej nie będzie. Rozumieją. Przyjęli. Uprzedzili, że co najwyżej sąd decydując o dziecku, poprosi o nową.

Zasiłek macierzyński

Należy się po adopcji tak samo, jak po urodzeniu dziecka. Dniem, od którego przysługuje zasiłek macierzyński, jest orzeczenie sądu o powierzeniu dziecka.

Opublikowano Iza | Otagowano | 673 komentarzy

nie chciałam narzekać, więc nie pisałam wcale

Mamy z mężem silne charaktery. Uśmiechamy się. Przytulamy, spacerujemy, rozmawiamy, kochamy. Czasem posprzeczamy, ale dzięki mężowi to się szybko staje wczorajszym głupstwem. Więc przetrwamy.

Ale czas nie  jest dobry.

EDIT: treść zmieniona ze względu na konieczność zachowania anonimowości.

Ja… nie pisałam całej prawdy o swojej pracy. Jestem ofiarą mobbingu psychicznego. Szef ma przyjemność z publicznego upokarzania mnie. Nie tylko mnie, ale jestem wśród jego ulubieńców. Na podorędziu, jak chłopiec do bicia. Posadził mnie najbliżej, jak się dało, metr od siebie. Zaczyna tuż po 6 rano. Ma o wszystko pretensje, wczoraj o czarne, dzisiaj o białe. Niekonstruktywnie krytykuje – zbyt nieobliczalnie, by się uchronić. Wyzywa – ad personam. Potrafi krzyknąć. Wrócić do awantury sprzed miesiąca. Raz rzucił we mnie tym, co miał pod ręką (nie trafił).

Na początku się stawiałam. Dyskutowałam. Broniłam. Merytorycznie albo żartobliwie. Zawsze kończyło się jeszcze gorzej, głośniej, trzęsącymi się rękoma, płaczem (w tajemnicy, rzecz jasna). Potem próbowałam to nagrywać. Do tej pory nie udało mi się odpalić dyskretnie dyktafonu. Teraz mam taktykę obojętnego potakiwania. Odpowiadania na wszystko: tak/nie/nie wiem. Za wszelką cenę staram się nie okazać, jak paraliżuje mnie stres. Raz, dwa razy w miesiącu nie wytrzymuję i też podnoszę głos. Kupiłam tabletki na uspokojenie. Nie zwolnił mnie, bo jestem dobra, ale robi tak, żebym sama chciała odjeść. Chcę.

Poszłam z tym do kadr, wysłuchali, przyznali mu rację w kilku punktach, co do reszty powiedzieli, że coś zrobią, porozmawiają z nim. To było jeszcze latem. Wygląda na to, że mu poskarżyli, nie wiem, pogorszyło się tylko.

Rozmawiam z ludźmi w pracy. Z tymi, którzy wszystko słyszą. Biorę pod uwagę każdy scenariusz, także taki, że to się skończy w sądzie. Dbam o świadków. Wciąż jeszcze nie dałam się do końca zdeptać.

Do tego dochodzi rodzinny dom. Mama czuje się bardzo dobrze, pomijając, że wzywałam do niej karetkę przed wigilią (nie zabrali jej, opanowaliśmy sytuację na miejscu). Od początku stycznia jest w sanatorium. Jest tam szczęśliwa. Dawno nie wychodziła z domu, a teraz łatwo odnajduje się wśród ludzi, ma świetne zabiegi, prawie spa.

Tata, od kiedy za mamą zamknęły się drzwi, nie trzeźwieje.

Radziliśmy sobie zawsze ze wszystkim. Poradzimy i teraz.

Opublikowano Iza | 479 komentarzy

Wigilijnie

Wedle moich obliczeń siedem chudych lat powinno się właśnie zaraz, teraz skończyć. Matematyka święta rzecz, od dawna daje mi ten sam wynik.

Pal licho te tłuste szczęście, niech się wysmaża gdzie indziej. Łatwo przeoczyć, kiedy ktoś robi coś dla ciebie, a ty rozglądasz się akurat za nie wiadomo czym. Tymczasem Aga zrobiła mi boskie paznokcie (pierwsze moje w życiu!), a Swietlana podarowała olbrzymie indycze jajo (łyżeczką nie ogarniesz).

Niespodzianka – dostałam od jednej z Was książkę. Powiem tylko, że nie zasłużyłam, ale nie oddam, bo strasznie mnie to wzruszyło.  Dziękuję ♥

prezenty2

 

 

 

Niech te święta będą dla Was dobre. Niech będą skąpe w niechciane pytania, a zamiast tego otoczą Was życzliwymi ramionami. Niech gdzieś tam w sekrecie spadnie nieco śniegu. Niech miękko lądują życzenia na Waszych talerzach.

Opublikowano Iza | 521 komentarzy

Tej jesieni już dwa razy naszkicowałam wpisy o moich nowych pracach

Pierwszą z nich zdobywałam podobnie, jak zdobywa się świadectwo maturalne. Najpierw zdałam pisemny test. Potem miałam spotkanie – burzę mózgu, po kolei z pięcioma osobami, każda z nich torpedowała mnie własnymi pytaniami przez pół godziny. Poszłam w koszuli w niebieską kratę, którą sama uszyłam, lubię ją. Poszłam na obcasach, których nienawidzę (mam tylko jedne, nie używam), ale nie dałam tego po sobie poznać. Mniej lub bardziej śpiewnie odpowiadałam na pytania z wiedzy ogólnej i szczegółowej, kompetencji miękkich i twardych, dowodziłam, że w stresie działam racjonalnie, dociskana, szukałam odpowiedzi na suficie. Ale się udało.

Zaprosili na spotkanie ofertowe.  I tam to oni nie zdali egzaminu. Zaproponowali mniej kasy niż się umawialiśmy. Z uroczystym nadęciem zaoferowali umowę śmieciową. Na ułamek sekundy zamknęłam oczy. Spłonęły marzenia. – Dziękuję, mam trzydzieści kilka lat i duże doświadczenie, a to jest oferta dla studenta. Do widzenia.

Wyszłam, było bardzo gorąco, jak na jesień. Usiadłam na schodach, zdjęłam buty. Mój czarny koń okazał się farbowanym lisem.

Drugi wpis o pracy przygotowałam teraz, w grudniu. Gdy jechałam na pierwszą rozmowę, przed moim domem był remont, rozkopali drogę. Myślałam, że zaczną później. Nie wiem w sumie, co myślałam. Wyszłam ten-teges zrobiona, przed autem metrowa kupa ziemi i radosna koparka.

- Bierz taksówkę – woła mąż.

O nie, ja to załatwię.

- Panowie! Nie wiem, gdzie ja miałam głowę. Tak to jest z babami. Mam rozmowę o pracę. Wypuścicie?

- Wypuścimy!

I jak w filmie – pan w koparce rozjeździł górę ziemi sprzed samochodu, ubił drogę do bramy, sam się wycofał, żeby zrobić miejsce.

Zaczęło się śmiesznie i dalej też było nienajgorzej, rozmowa z przyszłym szefem konstruktywna, zabłysnęłam, potem druga z większym gronem, dalej jeszcze parę poranków i wieczorów poświęconych na rozpisanie zadań. I co? I kilka dni później firma odgórnie robi rewolucję. Likwiduje stanowiska, na które miałam pójść. Zwalnia ludzi. Dobrze, że nie zdążyłam.

Dwa razy zacierałam ręce, że podzielę się dobrymi wieściami. Dobre wieści są dziś takie, że jak dotąd, nie podjęłam złej decyzji.

Opublikowano Iza | Otagowano | 275 komentarzy

List od matki

Tamte zajęcia zapamiętam do końca życia. Jako osobną historię, jako coś odrębnego, niż tylko spotkanie z psychologiem w ośrodku adopcyjnym.

Rozmawialiśmy wtedy o rodzinach, które decydowały się oddawać dzieci do adopcji.

Piszę „decydowały się”, ale to gładkie słowo nie pokazuje niczego. To często były rozpaczliwe, pełne łez wybory podyktowane dobrem dziecka. Wcale nie zero-jedynkowe. Wcale nie dające ulgi, że dobrze się stało. Wracające w snach do końca życia.

Mam pełną świadomość, że po drugiej stronie mojego przyszłego szczęścia może stać dramat. Szklane oczy matki, która nie poradziła sobie w życiu – albo inaczej – która miała mniej szczęścia, bo zaradność nie zawsze gwarantuje powodzenie.

Piszę o matkach. Nie chcę powielać stereotypów, ale to zwykle one pakują parę śpioszków na pamiątkę i piszą pożegnalny list.

Na tamtym spotkaniu prowadząca pokazała nam kilka listów, które napisały matki do swoich dzieci.

Nie dało się ich czytać. Każde słowo rwało.

Bo co można napisać na jednej kartce na całe życie? Jak wyposażyć żegnane dziecko w miłość na kolejne kilkadziesiąt lat, czując pustkę, rozczarowanie, żal, rozpacz, kiedy w głowie kołacze się tylko „mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz”, „jesteś piękny”, „musiałam”.

Wpadały mi do głowy te słowa kawałkami, okrągłe litery pisane niewprawioną ręką, wielkie kropy nad „i”, nieporadnie, mocno naciskanym długopisem.

Najpiękniejszy i najtrudniejszy był koniec jednego z listów.

list

Płakałam, czytając te listy, płaczę, kiedy o nich dziś piszę. Wracają do mnie te wszystkie uczucia.

To nie tylko wzruszenie i żal nad rodzinnym dramatem, o nie,  nie jestem wystarczająco szlachetna.

Muszę się przyznać do jeszcze czegoś.

Czułam wtedy żal także nad sobą. Egoistyczny, wstrętny, rozpychający się żal, a nawet zazdrość o to jedno słowo.

Bałam się wtedy, że ja sama nigdy nie podpiszę się nigdzie „Mama”. Trochę się nadal boję.

Opublikowano Iza | Otagowano , , | 817 komentarzy

Strachy przed adopcją

Wątpliwości jest milion. Czy pokochamy dziecko z adopcji, czy zaakceptuje je rodzina, czy z czasem nie okaże się chore na jakąś chorobę genetyczną („nasze byłoby zdrowe”), nie przerzucimy na nie własnych frustracji, czy nie będzie miało FAS, czy po latach czekania będziemy jeszcze czuli się na siłach…

Przymierzaliśmy się do sprawy już raz, cztery lata temu. Trochę zestresowani, ale uroczyście przejęci decyzją, trafiliśmy wówczas do ośrodka, w którym na spotkaniu informacyjnym antypatyczna pani skutecznie robiła za firewall mający wyeliminować jednostki obarczone ryzykiem – jakimkolwiek ryzykiem. Zdiagnozowała nas w sześć minut – w jej opinii chcieliśmy adoptować dziecko, żeby ratować własne małżeństwo. No i musimy być przygotowani, że na pewno będzie chore, a adopcja i tak nie pomoże naszemu rozsypującemu się związkowi.

Wyszliśmy stamtąd wtedy zdruzgotani zniechęcającym działaniem ośrodka adopcyjnego. To był – może to przypadek – katolicki ośrodek. Tak wyszło, bo blisko z pracy… Nigdy więcej tam nie wróciliśmy.

Po trzech latach (obyło się bez rozwodu) wybraliśmy inny ośrodek. Tym razem poszliśmy tam bardziej zdystansowani. Atmosfera była jednak zupełnie inna. Za pierwszym razem to były drzwi otwarte dla par zainteresowanych adopcją. Mogłam zadać kilka pytań. Wtedy najbardziej interesowało mnie, czy już mogę zacząć proces adopcyjny.

Zapytałam więc o konieczność zakończenia leczenia. Jednogłośnie usłyszałam, że jest to warunek konieczny, bez marginesu na negocjacje.

Zapytałam o to, czy są jakieś limity dochodów, poniżej których ośrodek adopcyjny odmawia przyznania dziecka (wolałabym się martwić o górne limity, czy przypadkiem nie zarabiamy za dużo :) ).  OA nie ma sztywnych widełek, ale globalnie ocenia sytuację rodziny, czy ma ona warunki do zapewnienia dziecku bytu.

A jak z pracą? Optymalnym wyjściem jest, żeby choć jedna osoba miała etat. Jednocześnie matka powinna zaplanować dłuższy urlop wychowawczy.

***

W książce, o której już pisałam, „Nadzieja na nowe życie. Poradnik dla marzących o dziecku” (Joanna Kwaśniewska, Justyna Kuczmierowska, Agnieszka Doboszyńska, Wydawnicto Znak), strachy przed adopcją są porównane do robaków na kwiatach. Robaki są obrzydliwe, ale kiedy już ich dotkniemy, zdejmiemy je, widać tylko piękny kwiat…

Opublikowano Iza | Otagowano | 684 komentarzy