#pragnienie nie do zniesienia

Z perspektywy czasu myślę sobie, że dobrze, iż rodzicielstwo to jest coś nieznanego tak do końca, bo gdyby człowiek miał świadomość, co traci przez to, że nie może mieć dzieci, to by tego chyba nie zniósł tak po ludzku.
(„Wyjątkowe rodzicielstwo. Adopcyjne historie”, TPD, Warszawa, 2010 r.)

Na tych słowach zatrzasnęłam książkę (bardzo cichym trzaskiem, bo M. już chyba zasnął) i zgasiłam światło. Na wszelki wypadek powtórzyłam je sobie po ciemku, ale to zbędna nadgorliwość, bo samo przykleiło się do mnie jak żywica do swetra i nie chce odejść.

Doprawiam to uczucie nie do zniesienia własnymi przyprawami. I dochodzę do takich miejsc w głowie, do których wstyd się przyznać przed samą sobą. Wstyd przed swoją własną krótką historią.

Macam żywicę i zastanawiam się, czy naprawdę tak bardzo pragnę dziecka.

Kiedyś na pewno tego chciałam. Wiele lat temu. Wstawałam z łóżka ze słowem „chcę” tysiące razy.

Ile w tym dziś pragnienia, a ile… rutyny?

Może się przyzwyczaiłam do tego uczucia, stało się jak drugie imię – ani dobre, ani złe, po prostu jest.

Nie stworzyłam nawet tagu  #pragnienie albo  #marzenie.

Jestem w życiu na etapie robienia porządków. W szafie, zadaniach, myślach. Wywalam rozgoryczenie, zostawiam miejsce na pragnienia.

Wiem, że naprawdę tego chcę, ale wiem też, że nie da się żyć, zabijając się codziennie myślą o tym, co tracę – i tak latami. To dlatego to marzenie spreparowałam, ścisnęłam, żeby jak najłatwiej co wieczór połykać jego brak.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Iza i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

211 odpowiedzi na „#pragnienie nie do zniesienia

  1. ~Agac pisze:

    Iza znow prostymi zdaniami trafiasz w najgłębsze zakamarki serca. Tak wiele emocji w tych kilku słowach.
    Łączę się z Tobą w każdym z nich.

  2. ~gaja pisze:

    Mnie ten cytat zabolał…

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Gaja, mnie tez. Wstrząsnął mną.

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Hmm… A nawet poczułam cos w rodzaju złości. Że ktoś zdradza sekret, że to co czuję, jest nie do przejścia, że ktoś zdradza wielką tajemnicę uderzającą w sens tych minionych i przyszłych lat.
      To mocne słowa. Napisała to kobieta, która szczęśliwie adoptowała dziecko, jak pewnie wynika z tytułu książki…

  3. ~Aga M pisze:

    Coś w tym jest. Gdybym teraz ktoś zabrał mi dziecko (gdy już wiem jak smakuje bycie mamą) nie zniosłabym tego po ludzku na pewno.

  4. ~Mgla pisze:

    Kiedy mialam pierwsze dziecko mowilam, ze gdyby jej sie cos stalo to bym umarla.Nagle dowiedzialam sie o chorobie,kilka miesiecy potem o smierci i ciagle zylam…potem byla walka o kolejne dziecko, o sens zycia i znow zostalam mama.Znow pokochalam calym sercem, ktore jeszcze mi zostalo, mowilam ze drugi raz tego bym nie zniosla…Niestety musialam zniesc,bo znow po kilku miesiacach bycia rodzicami, nasze jedyne zyjace dziecko odeszlo…Wiem ile stracilam,trace kazdego dnia, a kiedy zaczynam o tym myslec to boli tak, ze az trudno oddychac, ale uwierz mi-nigdy nie wiesz ile jestes w stanie zniesc i sa rodzice, ktorzy wiedza czym jest rodzicielstwo i nagle w ich domu gosci cisza, bol, tesknota i nic juz nie jest jak dawniej…..

    • ~Patrycja pisze:

      Nie mam takich doświadczeń, ale bardzo do mnie przemawia to, co napisałaś, Mgla. Jesteśmy w stanie znieść tak wiele, wspaniale, jeśli życie nie testuje ile.
      A cytat z książki odebrałam, może niesłusznie, jako w pewien sposób bezduszny, jako nawoływanie do cierpienia, może też jego pieczętowanie jako obiektywnego i nieuchronnego. Osobiście nie lubię, gdy ktoś o moim życiu mówi, że jest straszne, bo bezdzietne (zdarzyło się to słyszeć). Mimo wszystko uważam, że mówiąc tak zdradza, jak niewiele o moim życiu wie.
      Całuję.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Mgła, po tym co napisałaś czuję, jak błahe są moje roztrząsania. I bardzo dobrze, że to czuję. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie przez co przeszłaś. I nie chcę nigdy musieć sobie tego wyobrażać. Wiem, że nie przyszłaś tutaj po współczucie, ale mam ogromny żal nad tym, co CI się przytrafiło…

    • ~Magdanr2 :) pisze:

      Mgła , podziwiam siłę i całym sercem współczuje , tak jak Iza nie wiem i nie chcę wiedzieć jak boli i rwie serce …

    • ~martucha pisze:

      och Mgla… dla mnie to ból i pustka nie do wyobrażenia ;-(

    • ~Mariah pisze:

      Kochana, mam córeczkę, tak chorą, że prędzej czy później od nas odejdzie. Choć jeszcze nie poczułam tej fizycznej straty bo jeszcze jest z nami, to po diagnozie przeszłam żałobę najgorszą z możliwych, gdzie w sekundę prysnęły wszelkie marzenia, wyobrażenia, plany na szczęśliwą przyszłość. I bardzo mocno dzielę się z Tobą myślami w tym przykrym doświadczeniu.
      I to prawda, nie mamy pojęcia jak silne jesteśmy, jak wiele jesteśmy w stanie znieść w tak niewyobrażanie trudnych sytuacjach, choć koszty jakie obok ponosimy są ogromne.

      • ~misscarp pisze:

        Mgla… to co napisałaś, rozwaliło mój system.. Ile trzeba mieć siły wiesz tylko Ty.. Życzę, żeby tej siły Ci nigdy nie zabrakło, jednocześnie życzę żeby Twoje życie już więcej Cię tak nie doświadczało :( Trzymaj się kobieto, wszystkie Cię tu wspieramy!

  5. ~Marta pisze:

    Te słowa są bardzo prawdziwe…ale pokazują jeszcze jedno…kiedyś Juti napisała o chęci posiadania trzeciego dziecka co niektórych zabolało (nie wnikam, nie oceniam) i wywołało dyskusję…ten cytat właśnie tłumaczy dlaczego my kobiety wtórnie niepłodne cierpimy podwójnie…z jednej strony masz już dziecko, więc zasadniczo pragnienie spełnione, ale z drugiej bardzo wiesz dlaczego chcesz mieć więcej…Walka o pierwsze dziecko jest tak jak napisała Iza – niewiadomą, pragnieniem, marzeniem walką o nieznane. Walka o kolejne dziecko to wyrywająca serce bolesne starcie!ale nie zrozumie tego ten kto dzieci nie posiada wcale…i nie chcę tu nikogo urazić bo wiem ile niektórych bólu i walki kosztuje to upragnione pierwsze dziecko, ale my matki jednego, dwójki, pragnące kolejnego jesteśmy jak narkomanki na głodzie…

    • ~Aga M pisze:

      Marta czują dokładnie to samo. Z jednej strony jakiś dziwny wstyd, no bo przecież jedno dziecko już mam. A z drugiej – nie wiem czy teraz nie jest mi trudniej.

  6. ~Magdanr2 :) pisze:

    Wtrącę swoje 3 grosze , chociaż Mama jestem krótko …
    Agata jest najlepszym co nam się w życiu przydarzyło , jest moim Promyczkiem i siłą dzięki której po 5 h przerywanego snu jeszcze funkcjonuje i wstaję rano .
    To jak patrzy ufnie na Nas , jak uspokaja się w moich czy M ramionach , warto było …
    Czy jestem Mamą bo Ją urodziłam ? Nie jestem Mamą , bo mam Dziecko , bo dostałam pod opiekę Mała , zlęknioną Istotę która jest tak ode mnie uzależniona że z jednej strony to piękne , z drugiej wykańczające .
    Bo jestem zmęczona , bo czasem rozdrażniona jak nosze , zmieniam pieluchę , karmię 20 raz w ciągu 2 h i cycków już prawie nie chowam pod bluzką bo po co się zapinać .
    Zmierzam do tego że ten cytat jest Moim zdaniem krzywdzący , Macierzyństwo to orka , piękna ale orka …. nie Każdy musi i nie każdy chcę i co najważniejsze nie Każdy powinien w to wchodzić …
    Mnie wzbogaciło , dopełniło , ale Mnie , a czy Każdy będzie to czuł , wątpię ….
    Czy chciałabym żeby Agata miała Rodzeństwo ? Bardzo , ale z Każdym dniem coraz bardziej się przekonuje że to Rodzeństwo dla Mojej Córki już może gdzieś na Świecie być i trafi do Nas niekoniecznie przez kanał rodny .
    Jak tak się stanie znowu będę Mamą , podwójną bo jak się uda dostaniemy pod opiekę Człowieka , który znowu będzie zależny tylko od Nas i to jak z tego się wywiążemy , jak sprostamy sprawi że będziemy mogli mówić że jesteśmy Rodzicami .

    Ps. To są moje i tylko moje przemyślenia , ja czuję tak , Ktoś może zupełnie inaczej , nie oceniam , chociaż cytat mi się nie do końca podoba :P

    • ~Malwa pisze:

      Magda, ja doskonale rozumiem, co chciałaś przekazać. Cóż, jesteśmy na tym samym etapie z naszymi maluchami. Piękny, niepowtarzalny czas, ale też niezła orka, której chyba nie do końca byłam świadoma. Ja się w tym spełniam i nie tęsknię za życiem bez Wojtusia, ale też inaczej zaczęłam myśleć o ludziach, którzy decydują się na bezdzietność. Posiadanie dzieci to nie jest droga dla wszystkich i niektórzy mogą być szczęśliwi i żyć pełnią życia bez potomstwa. I pod tym względem ten cytat mnie nie przekonuje i też uważam, że jest nieco krzywdzący…

  7. ~Izabela pisze:

    a moje 3 grosze będą przekorne, to pragnienie dziecka (drugiego) urosło do takich rozmiarów, że przycmiło samą ciążę , narodziny. Pragnienie karmiło się tym, że ‚nie mozna’ i puchło , puchło do granic możliwości nie zostawiając miejsca na radość. I choć kocham nad życie, nigdy bym nie oddała nikomu, to wiem, że trawa u sąsiada zawsze wydaje się zieleńsza. A pragnienia dmuchaja balon pomiedzy żebrami nie pozwalając normalnie oddychać. Wychowanie dziecka jest trudne, czasem tak trudne, że wraca się myślami do czasów ‚ bez’… Jesli nie da sie czegoś zmienić, warto to zaakceptować i spuścić powietrze z żeber. Bo trawa u mnie też jest zielona, równie zielona.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Izabela, im więcej razy czytam to, co napisałaś, tym bardziej mi się podoba. To prawda, że trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona, choć sąsiad to zadłużony narkoman, jakie to niesprawiedliwe, że tak mu rośnie…
      Kilkoma żołnierskimi zdaniami obnażasz ludzką mentalność :) Dzięki :)

  8. ~niebieska pisze:

    Napisałabym, że wyjęłaś mi to z ust, ale to nieprawda, to siedziało wrośnięte w zakamarki duszy, jak ta żywica. Poświęciłam preparowaniu tego marzenia dużo czasu, ugniatałam, formowałam, nonszalancko artykułowałam kłamstwa, żeby żyć bez łzy wiecznie czającej się pod powieką. Doszłam do takiego mistrzostwa, że sama pogubiłam się w pragnieniach i rutynach. Niedawno zrobiłam porządki, odkurzone „chcę” wróciło na swoje miejsce, choć czasami jeszcze mnie przeraża swoją jednoznacznością.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Wiedziałam, Niebieska, że poczujesz te preparowanie.
      Muszę Cię poprawić trochę. Twoje „chcę” teraz traci na znaczeniu, z każdym tygodniem, z każdą komórką ważniejsze staje się „Jestem, zaopiekuj się mną”, chcę czy nie, nie ma znaczenia…

  9. ~Monika pisze:

    Nie mam dzieci i jest duże prawdopodobieństwo, że przez moją chorobę ich mieć nie będę. Czasami boli bardzo, a czasami jest mi dobrze. Patrzę na ludzi z dziećmi i widzę, że dziecko nie jest warunkiem szczęścia. Ludzie są różni. Dzieci bardziej lub mnie poukładane. Łapię się na tym, że w tak prosty sposób tłumaczę sobie, że może wcale nie chcę dziecka… przecież ten bachor od Joli się tak drze.. Jest mi nawet głupio przed samą sobą. Ty chcesz dziecka? Raz wyjesz w poduszkę, bo straciłaś ciążę, bo nie masz tego upragnionego maluszka w swoich ramionach, po czym w tak łatwy sposób spychasz to wszystko na bok. Ten cytat jest okrutny. Ale tylko na chwilę lub kilka chwil gdy sobie o nim przypomnę. Dziękuję Bogu, że przez większość czasu nie mam pojęcia co tracę, bo nie chcę wiedzieć, że może boleć bardziej.

  10. ~Martyna pisze:

    Ciężki cytat i powoduje w mnie złość, że jak to nie wiem?
    Pierwsza myśl jaka się pojawia, że wiem, bo rozmawiam, obserwuję i uczestniczę w wychowaniu nieswoich dzieci, dzieci przyjaciół i najbliższej rodziny. Widzę spełnienie rodziców, ogromną więź i miłość i wtedy jeszcze bardziej zazdroszczę, pragnę i czuję pustkę i żal nie wiadomo do kogo.
    Wiesz Izo, myślałam ostatnio o Tobie, jak poradziłaś sobie z trudnościami, czy i w jaki sposób pogodziłaś się z tym co Cię spotkało.
    Jest przecież w nas tyle uczuć i pytań bez odpowiedzi, to takie trudne i tak boli. Z jednej strony chce się uciec od tego wszystkiego a z drugiej coś w środku każe dalej walczyć…

    • ~iza krotki blog pisze:

      Martyna, coś w tym jest, gdy piszesz, że poczułaś złość, że Ty to niby nie wiesz. Też mi przemknęła przez głowę taka myśl.
      Dla mnie te słowa są mocne, też przez to, ze są wielowymiarowe. Budza różne uczucia, prowokują do rozmowy i nazwania własnych myśli. Już przez samo to są bardzo wazne, nawet, jeśli budzą złość.

      Zastanawiam się, co Ci odpowiedzieć na pytanie, czy i jak poradziłam sobie z trudnościami.

      Wiem co się stalo, ale nie wiem, czy umiem to wytłumaczyć.
      Braki, krzywdy, straty zostają z nami na całe życie. Można się z nimi bić każdego dnia. Albo nauczyć się – i to jest słowo klucz – OBJĄĆ swoją traumę.
      Otworzyć ramiona i objąć świadomie to, co jest w Tobie kłujące. Nie udawać, ze tego nie ma, ale też umieć patrzeć przez to dalej, na wskroś.
      Są takie historie w życiu, których nie da się wymazać. To też trochę jak to pragnienie dziecka – formuję to w kształt, który da się przełknąć. I idę na rolki, bo dlaczego mam płakać cały dzień? :)

  11. ~asti pisze:

    Nawet nie wiesz, jak bardzo trafiłaś w moje myśli.
    A może wiesz, bo już kiedyś o tym wspominałam :)

    Moje uczucia od złości, gdy przychodzi okres, po bezradność gdy przychodzi kolejny.. w euforię, kiedy to postanawiam sobie, że przecież kiedyś musi się udać i być może to ten cykl… przez nadzieję, rozterkę, radość i obojętność…

    W swym oczekiwaniu przeszłam już chyba przez wszystkie te uczucia włącznie z rezygnacją.
    Niejednokrotnie mówiłam/pisałam, że koniec ze staraniami. Koniec.
    Sprzedać dom, kupić/postawić coś mniejszego.
    Zacząć żyć tym co tu i teraz.
    Bo wiem, że rzeczywiście jestem jak ten narkoman, jak ten alkoholik. Szukam, czekam, a może znajdę. Może to już teraz. Te objawy…
    Wszystko aż buczy i huczy w głowie.
    I mam dość i chciałabym…
    I wkoło kolejne ciąże, kolejne dzieci…
    W tym roku chyba już cała rodzina się domyśliła, że kolorowo nie jest i już nawet na Boże Narodzenie nikt nam kolejnego potomka nie życzył.

    Miesiąc temu podjęliśmy decyzję, że może na szybko uda nam się podejść do inseminacji.
    Pani dr poszła nam na rękę. Pozwoliła zrobić usg w 2,3dc u miejscowego gina, żeby nie generować dodatkowych kosztów.
    Odebrałam wyniku posiewów i…. zonk. duuuuupa.
    Nawet jeśli coś bym chciała to jest pod górę. Źle i niedobrze.
    Wyszły bakterie. Więc się leczę.
    Jak się uda – spróbujemy w kolejnym cyklu.
    Zakładam max 2,3 próby. Jeśli w ogóle wystartujemy.

    Tak jakby rozśmieszyłam tylko Pana Boga moimi chceniami…

    • ~iza krotki blog pisze:

      Asti, Ty tak długo tutaj jesteś, tak długo walczysz, że sama powinnaś prowadzić chyba jakieś zajęcia z psychologii, jak nazywać swoje uczucia i co z nimi robić.
      Tak jak napisałaś, musiałaś przejść już wszystkie emocje.
      I dalej – rozwinę wieczne „rzucanie” leczenia. Jak rzucanie innych nałogów.
      To jest hazard.
      Oczywiście, że to wciągający, narkotyczny hazard. Z bardzo dużą szansą na wygraną. Więc wciągający tym bardziej.

      Do do inseminacji – jestem dobrej myśli, teraz są takie leki, że jedna tabletka potrafi wybuć kolonię bakterii. Przerabiałam podczas IVF.

  12. ~gaja pisze:

    Ten cytat mnie wczoraj wieczór dobił. Po nieudanym dniu, nieudanej wizycie. Wściekła na cały świat, na niesprawiedliwość (oj, dobrze to znacie), a tu jeszcze ktoś podkreśla jak bardzo coś cudownego tracę. Coś najważniejszego w życiu. Jeśli tego nie masz, nie masz nic.
    Czyli co? Jestem nikim/niczym, skoro nie mogę być matką? Tak odebrałam to zdanie.
    Może nie trafiło w dobry czas.

    Wczorajsza wizyta u immunologa (na którą czekałam 2 miesiące) wytrąciła mnie z równowagi. Komórki czekają, nasienie wróciło do normy, czas działać!
    Tymczasem zlecono kolejne badania, tak wymyślne, że robią je tylko w Krakowie i Łodzi. I trzeba na nie czekać 2 miesiące, po czym zapewne kolejne 2 na wizytę.
    A miała to być tylko „konsultacja” przed transferem, bo może Pan doktor coś dodatkowego zaordynuje…
    Wiem, że może mieć rację, że gdzieś jakiś problem jest, choć na 90% jestem przekonana, że wyniki będą OK, szczególnie, że trochę tej immunologii się już narobiłam. Wydam kolejne 2000-3000 zł, minie kolejne pół roku, skończę 40., już całkiem przestanę miesiączkować… I będę tam, gdzie stoję teraz.

    Chwilowo mam dość.

    • ~paradise pisze:

      A u kogo byłaś Gaja? Ja mam 6 kwietnia dr Paśnika. Zobaczmy co mi powie

    • ~wężon pisze:

      Gaju a nie możesz podejść bez tych badań?
      Czy się boisz, że jednak coś jest na rzeczy?
      Łączę się w bólu. Wiesz, że jak mało kto wiem, co to znaczy ciągłe czekanie i nowe przeszkody.

      • ~gaja pisze:

        Pewnie, że się nad tym zastanawiam. Zrobię w poniedziałek w moim mieście w oddziale synevo to co jest tu dostępne i chyba na tym poprzestanę.
        Tyle, że jak coś nie wyjdzie, to nadal nie będę wiedzieć czemu.

        • ~Wężon pisze:

          Badania też Ci mogą nie dać odpowiedzi. Wykluczą kolejną część wątpliwości, ale zawsze zostaje – nie wiadomo dlaczego.

  13. ~Ewelka pisze:

    Dziewczyny to jak tak z czarnym humorem troche. Moj maly tak mi dał dzisiaj w kość ze powiedziałam mojemu M, ze musimy go komuś oddać ;) 10 miesięcy to trudny wiek dziecka, a macierzyństwo oprócz tego, ze jest piękne jest bardzo trudne i stresujące. Wiem, po 3 nieudanych transferach, które miałam, nie pomyślałbym, ze kiedykolwiek napisze, ze rodzicielstwo moze byc trudne.

  14. ~Mariah pisze:

    Może nie zaglądam tu bardzo regularnie i nie ogarniam wszystkich waszych historii, bo tak dużo tego! Ale jak już zajrzę to cieszy mnie każda dobra beta i przykro mi gdy się nie udaję… Poprzednie 4 razy nie pisałam tu kiedy mam transfer. Czas zmienić strategię! :) Jutro transfer, w końcu próba na cyklu naturalnym, hormonki idealne, nastawienie dobre, słońce ma mi świecić cały weekend. Skromnie proszę o dobre myśli, fluidy i takie tam…

    • ~paradise pisze:

      To powodzenia ode mnie Mariah :) kciuki trzymam :)

    • ~Mgla pisze:

      Trzymam kciuki!My tez staramy sie o ciaze z pgd.Niestety pierwszy transfer nieudany…Mamy jeszcze 1 probe z 2 zarodkami niedlugo a jesli sie nie uda to wszystko od nowa.Podczytuje Was od jakiegos czasu i kibicuje kazdej z osobna. Iza masz prawdziwy dar do pisania.

      • ~Iza krotki blog pisze:

        Mgła, dziękuje za te słowa. Ty masz dar, masz sile przetrwania. Dla mnie jesteś bohaterką. Jestem zaszczycona, że tutaj piszesz.
        Dobry czas na próby :) te wiosenne transfery zawsze wydają mi się jakieś bardziej energetyczne.
        Trzymam kciuki!

        • ~Mgla pisze:

          Iza nie jestem bohaterka.Jestem po prostu bardzo doswiadczona przez los, ale walcze,walczymy razem z mezem o nasze dalsze zycie i zyjace dziecko bo bez niego nigdy nie zaznamy szczescia.Przez te lata strachu,bolu i cierpienia nauczylam sie ze nie ma czegos takiego jak limit nieszczesc wyczerpany,ale tez nie ma nic bardziej pewnego niz zmiana…Nic nie trwa wiecznie i wierze,ze kiedys bedziemy miec powod do radosci choc teraz wydaje sie to takie nierealne….Trzeba o to walczyc

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Mariah! Zdążę jeszcze przed TYM dniem. Życzę Waszemu zarodkowi, aby znalazł swoje miejsce wlasnie tam, jutro. Wracajcie do nas razem. Wspaniały czas na transfer :)

    • ~wężon pisze:

      Mariah przesyłam słoneczne myśli.
      Piękna data na transfer.

    • ~martucha pisze:

      Mariah – kciuki trzymam jak najmocniej się da, a mały wiercipięta z mojego brzucha chyba też dołączył ze swoimi paluszkami ;-) jest noc ale to już ta data, ten Wasz dzień :)

    • ~Lidka pisze:

      Mariah, kciuki zaciskamy razem z naszą invitrową maluszką w brzuszku! :-)

    • ~Mariah pisze:

      Dziękuję Wam za kibicowanie :) Już po wszystkim. Odezwę się za 9 długich dni… ;)

    • ~niebieska pisze:

      Mariah, mój transfer pierwszego był szczęsliwy, życzę Ci tego samego! Obyście mieli radosną Wielkanoc i jeszcze piękniejsze święta w grudniu :)

  15. ~paradise pisze:

    Czytając Twój wpis Iza miałam wrażenie jakbym czytała swoje własne słowa…
    Nawet niedawno napisałam nowy felieton do gazety właśnie na podobny temat (będzie w nowym numerze Chbr). Mam podobne myśli i dylematy. Czy ja tak naprawdę chcę dziecka, czy to tylko pragnienie którego nie mogę spełnić… Sama już nie wiem. Te nieudane próby nauczyły mnie smaku porażki… ciężko uwierzyć w to, że mogłoby się kiedyś udać… i jakoś trzeba z tą myślą żyć i codziennie zasypiać :(

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Paradise, nigdy Ci tego chyba nie napisałam, ale Ty jesteś dla mnie bratnia dusza… Pytania, ktore zadałaś sobie, to jakbyś czytała mimo myślach. Ile lat tak mozna wytrzymać na pełnej parze? Chętnie przeczytam to, co napisałaś do Chbr…

  16. ~załamana pisze:

    czytam was od dawna… jestem w ciąży… dzieki asieniu dawcy… i nie mogę się z tym pogodzić… mielismy 3 próby ISCI nieudane… z nasieniem M… stwierdziliśmy że ta 4 ostatnia próba będzie z nasieniem dawcy… udało sie… a ja jestem załamana… to trwa od 5 miesięcy… mam takie wyrzuty sumienia… moze ta ostatania 4 próba by się udała z M… mam wrażenie, że skrzywdziłam swoje dziecko… jak ja mogłam zrobić takie świństwo dziecku… nie będzie wiedzieć kto jest ojcem… jak sobie pomyślę, jak ktoś obcy sie nachyli nad kołyska i powie do kogo jest podobne?… nie wyobrażam sobie… ciągle prześladują mnie te myśli, truję się dzień w dzień… czuje kopniaki i tak bardzo mi tego dziecka żal… jak ja mogłam mu to zrobić… jak… dawstwo nie jest dla wszystkich…. teraz to wiem… nie wiem co ze sobą zrobić, chodzę po domu patrzę w sufit, nie mam gdzie się podziać… dziewczyny… nie róbcie tego… nie za wszelką cenę trzeba mieć dziecko… a na pewno nie kosztem dziecka i jego tożsamości….

    • ~Patrycja pisze:

      Droga Załamana, nie rozpaczaj, proszę. Nie będę Ci pisać, że nie masz powodu, bo to zależy od Twojej i tylko Twojej oceny. Chcę napisać co innego: cokolwiek zrobiłaś, jakiegokolwiek we własnym przekonaniu nie popełniłaś straszliwego błędu, teraz jesteś przy nadziei – spodziewasz się dziecka. Tego nie zmienisz, nie odwrócisz biegu wypadków. A wobec dziecka masz obowiązki, masz je też wobec swojego męża. I na tych powinnościach się skoncentruj, a nie na swoich rozterkach. Myśl, jak uszczęśliwić swoje dziecko.
      Ono będzie Twoje i Twego M. Pomyśl o wszystkich dzieciach adoptowanych – czy nie stają się dziećmi swoich rodziców? Twoje dziecko będzie miało ojca, to Twój mąż.
      Przepraszam, jeśli brzmi to szorstko. Ściskam.

    • ~Uczuciowa pisze:

      Załamana, przychylę się do tego co napisała Patrycja. Twoje dziecko będzie miało ojca. Co on na Twoje wątpliwości? Zakładam, że podjęliście decyzję wspólnie, rozmawiacie o Twoich rozterkach?
      Możesz się skupiać na krzywdzie, ale możesz też na tym, że powołaliście Wasze dziecko do życia. To jest DAR! Nie tylko dla Was, ale też dla Niego. Rzadko tak jednoznacznie to rekomenduję, ale jeśli od 5 miesięcy tak się szarpiesz to szoruj do kompetentnego psychoterapeuty. Im szybciej tym lepiej. Krzywdę robisz teraz przede wszystkim sobie, pozbawiając się radości, jaką ten wyjątkowy czas w którym jesteś miał Ci przynieść. Zawalcz przy wsparciu profesjonalisty o to by nie zjadło Cię poczucie winy. Dla dziecka to zrób, dla męża i przede wszystkim dla siebie. To czego teraz nie uporządkujesz, nie przepracujesz, będzie się ciągnęło za całą Waszą trójką. W moim przekonaniu warto się zwrócić o pomoc do specjalisty. W klinikach zwykle mogą polecić osoby doświadczone w temacie, które mogą pomóc.

      • ~Zalamana pisze:

        Dziekuje Patrycja… Ja juz nie mam sil… Mam takie leki, ze nie moge sobie juz z nimi poradzic…

      • ~Załamana pisze:

        M nie ma wątpliwości, wspiera mnie, to ja się rozwaliłam na milion kawałków… taka cieżka droga 4 in vitra… a ja teraz nie potrafię sie cieszyć. Mi się chce tylko walić głową w ścianę… nic na siłę dziewczyny… ja robiłam na siłę… każdym kosztem… nie warto… naprawdę nie warto………. to ziszczone pragnienie… dla mnie to teraz tragedia mojego dziecka…

    • ~Agnieszka pisze:

      Załamana, obawiam się, że najwięcej krzywdy zrobisz dziecku swoim nastawieniem. Dziecko będzie miało mamę i tatę, i tożsamość. I powinno mieć też kochający dom. Zgadzam się z Uczuciową – masz jeszcze kilka miesięcy, warto skorzystać z pomocy psychoterapeuty, żebyś była w stanie mu ten kochający dom zapewnić.

      • ~Zalamana pisze:

        Ja chyba nie mam innego wyjscia bo sie rozsypie na milion kawalkow… Najgorzej jak kopie…. Co ze mnie za matka jak zrobilam dziecku takie cos..

        • ~Agnieszka pisze:

          Uważam, że zrobisz dla niego najwspanialszą rzecz – dasz mu życie. Gdyby nie Ty i Twoja determinacja, i wiara w to, że się uda, w ogóle nie mogłoby kopać.

          • ~Załamana pisze:

            przeczytałam w jednym z artykułów o dawstwie, że nie wolno powoływać życia w ten sposób, ze to niemoralne, że te dzieci często później mówią, że nie chciały znaleźć się na świecie w ten sposób, nikt się nie pytał o ich zdanie… i było po mnie… jakby ktoś dał mi w twarz… jak ja mogłam o tym zdecydować… jak… jak mogę krzywdzić własne dziecko… to co czuję to piekło…

            • ~ob pisze:

              Nie no, przecież nikt nie pyta plemnika czy komórki jajowej czy chce się stać człowiekiem.
              Ja od jednej powalonej rodzinnej usłyszałam, że moje dziecko będzie miało kompleks ocaleńca! Większej bzdury dawno nie słyszałam. Nie wiem jak ludziom może coś takiego przyjść do głowy.
              Weź się w garść dla swojego i dziecka dobra :)

            • ~Wężon pisze:

              Załamana, a czy ktoś się pyta dzieci ze slumsów, czy umierające potem z głodu w Afryce, czy chciały się urodzić?
              Tych co miały szczęście dobrze trafić też nikt nie pytał.
              Tak jak napisała ob, nikt nie pytał nikogo, czy chciał się począć.
              To naciągane granie na emocjach.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Załamana, od wczoraj zastanawiam się, co mam CI napisać. Zastanawiam się na głos, przy moim M. W końcu M. powiedział jedno proste zdanie – i to Ci chcę napisać. Od nas.
      To jest TWOJE dziecko.
      Koniec, kropka.

      • ~bea33ta pisze:

        Załamana. Straszne jest to co piszesz, dziś znowu czytam o Waszej drodze i myślę że masz obawy nad tym kim był facet który dał nasienie.Nie miej obaw na pewno dobrym człowiekiem właśnie takim który chciał pomóc parom w urodzeniu dziecka. Nie myśl ile będzie mieć po tacie biol. Pomysł ono jest częścią Ciebie , ty miłością męża a dziecko będzie miłością wasza do siebie.To jakie ono będzie jest zależne od Was. Od Ciebie jego mamy i od Taty – Twojego męża.

        • ~Załamana pisze:

          dobrze wyczułaś… ja mam wrażenie , że do naszego domu wszedł dawca… nie wiem czy dobrze zrobiłam… czy straciłam szansę na biologiczne dziecko… nikt ze mną nie rozmawiał, żaden psycholog kazał podpisać dokumenty lekarz, ze byliśmy na tym się skończyło… ja już nie mam siły na nic… szukam psychoterapeuty…

      • ~Załamana pisze:

        Dzięki Iza… ja chce chyba żeby mi ktoś powiedział, ze dobrze zrobiłam, ze nie skrzywdziłam dziecka… chodź tak strasznie to czuję… że wyrządziłam mu ogromną krzywdę i wszsytko to jest moją winą…

    • ~mała Ania pisze:

      Załamana zmrozil mnie Twój wpis. Ja być może stanę za jakiś czas przed decyzją o oddaniu zarodków do adopcji, do tej pory miałam w głowie, że oddaje je osobom, które będą je kochać tak jak ja, które podobnie jak ja,czy my przechodziły trudny czas nie mogąc mieć swoich dzieci i że to będzie pewnego rodzaju dar dla tych osób, który sprawi, że będą szczęśliwi. Od dwóch dni brzecza mi Twoje słowa w głowie i bardzo Ci współczuję takiego ciężkiego okresu, przychylam się do pomysłu z psychoterapia i prosze- nie rób sobie i dziecku tego dalej, to szczęście, że je masz/macie, będzie Wasze wspólne. Chyba by mi pękło serce gdybym wiedziała, że osoba która zaadoptowala moja komórkę, czy zarodek przeżywa takie piekło, bo dziecko to czuje. To strasznie trudne tematy, mam nadzieję że nikogo nie urazilam, ale po przeczytaniu tego co napisałaś, jest mi jeszcze trudniej gdy myślę o oddaniu moich zarodków do adopcji.

      • ~Załamana pisze:

        przepraszam mała aniu… ja już nie wiem co mam ze sobą zrobić… dlatego tu napisałam… nie chce żebyś przeze mnie rezygnowała… takiej chyba tutaj nie było… u mnie jest jeszcze ten aspekt, że nie moge sobie darować, że ten ostatni raz nie wykorzystaliśmy nasienia M… bo może… przeraszam mała aniu… to co chcesz zrobić to DAR… uszczęśliwisz kogoś… ale pomoc psychologa dla pary, któa pryzjmie twoje zarodki powinna być obowiązkowa… nam kazali podpisać papier że byliśmy… i teraz mam… wyrzuty sumienia… obawy o dziecko… nie wiedziałam z czym to się je… w całym tym kołowrotku stymulacji, transferów… ja tego nie przemyślałam jak powinnam… tylko zeby to dziecko było… tylko, żeby je nosic w brzuchu… nikt z nami nie rozmawiał… nie mam z kim pogadać, bo to tajemnica, tkwie w jakiejś matni… ale widzisz chyba jestem przypadkiem jednym na milion… nie spotkałam sie z taką reakcją w na forach…

        • ~mała Ania pisze:

          Dobrze, że tu napisałaś, to miejsce potocznie jest. Ale spróbuj znaleźć dla siebie pomoc, spróbuj popatrzeć na tą sytuację jako na dar właśnie. Kilka darów… masz wspaniałego męża, który z miłości do Ciebie i z potrzeby serca zgodził się na dawstwo, nie robi problemów z tym, że dziecko biologicznie nie jest jego- to dar, nie jeden facet ma.problem ze zrobieniem badania nasienia, a co dopiero z taką sytuacją… to naprawdę dar. Darem jest to, że komórka mogła być Twoja, że nie miałaś kłopotu, by ją uzyskać i by była dobrej jakości, darem jest to, że jesteś w ciąży, rośnie w Tobie nowe życie, wasze życie, czuje to co Ty przezywasz. Nie katuj siebie/Was.

          • ~Załamana pisze:

            dzięki Aniu… łzy lecą mi jak grochy… dziękuję za to co napisałaś…

            • ~franczeska pisze:

              Zalamana,
              Ile osób osób opinii to to to wtrace swój trzy grosze
              Po dwóch nieudanych próbach in vitro i coraz większym pragnieniu posiadania dziecka, a nieblagalnym upływie czasu, do 40tki coraz bliżej, a finanse pozwolą może tylko na jeszcze jedną próbę, to gdyby ktoś mi teraz powiedział, że nasienie i komórka dawcy dadzą mi wysoka gwarancję sukcesu, nie wahalabym się ani chwili. To byłoby moje i mojego M dziecko, tylko nasze, ukochane i upragnione. A jeśli po drodze znalazlabym jakieś wątpliwości poszukałaby pomocy specjalisty aby się ich pozbyć i po prostu cieszyć macierzynstwe, a także tym wielkim i rosnącym brzuchem.
              Moja rada, daj sobie pomóc i jeszcze jedno, nie zrazaj się do danego specjalisty, tylko znajdź takiego który ci pomoże i będziesz się czuła dobrze „w jego rekach”

      • ~EwaJa pisze:

        Załamana, bardzo Ci współczuję! I wiesz, rozumiem te Twoje rozsterki.. Może nie powinnam tego pisać.. Nie chcę nikogo obrazić.. Napiszę swoje zdanie na temat adopcji prenatalnej i podkreślam to jest tylko i wyłącznie moje zdanie i rozumiem, że ktoś inny może czuć zupełnie inaczej.. Kilka lat temu sama stanęłam przed takim dylematem – in vitro z nasieniem dawcy. Im więcej czytałam na ten temat i zastanawiałan się, tym bardziej byłam na nie. I strasznie wkurzało mnie, że większość nie widzi w tym rozwiązaniu problemu. Urodzę dziecko. Będzie moje. Przecież nikomu nic nie trzeba mówić.. Nawet lekarze potrafią powiedziec, by lepiej dziecku nie mówić prawdy. Po co mu zycie komplikować.. Tylko, że ci lekarze pytają potem o choroby w rodzinie. I co wtedy? Tez nie mowić prawdy? Nie krytykuję korzystanie z nasienia dawcy, tylko uważam, ze należy dokładnie przemyśleć ten krok. Czy powiemy dziecku prawdę? (Ja nie wyobrazałam sobie, czy uczyć dziecka mowienia prawdy i jednoczesnie go okłamywac w tak ważnej sprawie). W przypadku adopcji spolecznej tyle mowi się o prawie do poznania własnych korzeni. Dziecko ukończywszy 18 lat ma prawo do wglądu do wcześniejszego aktu urodzenia. Może poznać dane rodziców biologicznych. Czy w przypadku adopcji prenatalnej to samo dziecko nie potrzebuje już poznania swojej tożsamości? Według polskiego prawa – nie! Nie umiałam sobie poradzić jeszcze z jedną kwestią. Co tak naprawdę czułby moj mąż patrząc na to dziecko? I co ciekawsze- to ja miałam więcej wątpliwości niż moj mąż. Jak napisała Załamana..Nie za wszelką cenę..

        • ~mała Ania pisze:

          W Polsce póki co dziecko z zaadoptowanego zarodka może poznać datę i miejsce urodzenia rodziców biologicznych i ma wgląd w dokumenty o stanie ich zdrowia.

        • ~Wężon pisze:

          EwaJa, bardzo dobrze, że to przemyślałaś i nie podjęłaś takiej decyzji. Tak jak adopcja urodzonego dziecka nie jest dla wszystkich, tak i prenatalna.
          Ja bym nie miała z tym problemu. Wolałabym dziecko jednego z nas, niż zupełnie niebiologiczne. Przy adopcji zarodka miałabym więcej dylematów.
          I nie wiem, czy bym powiedziała. Myślę, że teraz wpadliśmy w szał szczerości i czasem bywa to pułapką. Rośnie wielka wydmuszka i powoduje takie dylematy, jak Załamanej.
          Naturalnie kobiety przez wieki zachodziły i zachodzą czasem w ciążę nie wiadomo z kim. Jakaś przelotna znajomość, wakacyjny seks, zdrada w delegacji. Miliony dzieci nie zna swoich ojców i chorób w rodzinie i jakoś żyją. A jak ojciec będzie z „okna życia” i też nic nie będzie wiedział o swoich rodzicach?
          W ilu przypadkach taka wiedza Ci się przyda?

          Jak tworzono genetykę, to twórca myślał, że to jednak nie działa, bo badał w gronie znajomych i wyszło, że 20% dzieci nie jest dziećmi społecznych ojców.

          Kiedyś adopcję się ukrywało. Myślę, że jeszcze 30 lat temu wiele osób robiło wszystko, żeby to ukryć. Łącznie ze zmianą całego życia, żeby nikt znajomy się nie wygadał. I jakbyś była takim dzieckiem, to co wiesz o obciążeniach w rodzinie?

          Jakoś się ludzkość rozwijała bez tego wywnętrzania.

          Uważam, że lepiej mówić, ale nie za wszelką cenę. Przyznawanie się do jednorazowej zdrady często przynosi więcej szkody, niż pożytku. Czasem lepiej milczeć.

          My niepłodne za bardzo to wszystko analizujemy. Ciężkie przeżycia odzywają się w nieoczekiwanych sytuacjach.

          Ciekawa jestem, czy te samotne matki, z dziećmi z ojców NN też tak to przeżywają. Niektóre świadomie robią to co Ty, tylko naturalnie. Idą do łóżka by zajść w ciążę i nigdy tego faceta więcej nie zobaczyć.

          • ~Wendy pisze:

            Wężon ujęłaś w punkt to o czym myślałam od kilku dni ale nie chciałam pisać tak wprost.Podobno co czwarte dziecko w Polsce jest innego ojca niż ten który myśli że jest. Jeśli tak jest to znaczy że dookoła nas byłyby same dramaty a tymczasem jakoś nie widzę tego. Myślę że nam leczonym na niepłodność czasem po prostu za dużo mózg podsuwa myśli i za dużo rozkminiamy. Począwszy od tego ile zarodkow zapładniać, co z nimi potem będzie, aż po takie sprawy jak ta. Nie widze powodu żeby jak pisze Asia wybaczać mężowi że nie powstrzymał. Ludzie ten człowiek kocha kobietę i chce dla niej jak najlepiej a my tymczasem brniemy w konieczność pokutowania… A co byłoby gdyby adoptować dziecko i zmienić zdanie bo jednak człowiek nie czuje miłości- wtedy też wybaczać mężowi i ludziom że nas nie uprzedzili? A co z matkami które rodzą własne biologiczne dzieci i ich nie kochają? Przecież też takie są…
            Jestem w ciąży z własnym mężem ale czy to oznacza że będę lepszą matką od Załamanej? Wątpię. Naprawdę. Życie nie jest takie zerojedynkowe.

            • ~Asia pisze:

              Wendy, przed adopcją rodzice z reguły są uświadamiani z czym wiąże się adopcja na kursach i szkoleniach – czasami nawet są za bardzo zniechęcani żeby zostali tylko Ci którzy są naprawdę na to zdecydowani. Niestety oddawanie dzieci i tak się zdarza. Ale nie rozmawiamy tutaj o matach które nie kochają swoich biologicznych dzieci czy o rodzinach patologicznych bo takie porównywanie jest bez sensu. Wszyscy tutaj u Izy chyba chcą największego możliwego szczęścia dla dzieci. Często tutaj pada stwierdzenie, że adopcja nie jest dla wszystkich i dlatego trzeba to przemyśleć na wszystkie możliwe strony. Właśnie dlatego, że życie nie jest zerojedynkowe każdy inaczej przeżywa różne sytuacje a Załamana wydaje się, że nie była jednak przygotowana psychicznie na taką sytuację w jakiej się znalazła, wydaje mi się że pomimo podpisania papierów została bardzo zaskoczona. O przebaczeniu mężowi (nie pokucie) napisałam dlatego, że często w człowieku robi się taki zupełnie niesłuszny żal do drugiej osoby pomimo, że on nieba by uchylił żonie gdyby mógł. Z tym może nie trafiłam ale piszę tylko i wyłącznie z własnego podwórka, znając swoje słabości i w takiej sytuacji u mnie mogłoby się niestety pojawić uczucie żalu. Przepraszam jeżeli Cię uraziłam swoim wpisem, ale napisałam go bo od kilku dni nie mogę przestać myśleć o Załamanej bo ja miałabym chyba bardzo podobne odczucia do Niej. Co do bycia mamą to absolutnie nie uważam, że będziesz lepszą matką od Załamanej. Myślę, że w niej rodzi się teraz poprzez to cierpienie bezinteresowna, najpiękniejsza, nie szukająca swego miłość do tego Maluszka.

          • ~Załamana pisze:

            Wężon, Wendy dzięki za wasze opinie… mają one dla mnie duże znaczenie…

          • ~EwaJa pisze:

            Tak, ja dobrze się czuję ze swoją decyzją i nie wyobrażam sobie by córeczka mogłaby w inny sposób pojawić się w naszym życiu.
            Wężon, oczywiście, ze różnie się działo w dziejach ludzkości. Fakt, adopcja w Polsce przez wiele lat była ukrywana. Teraz stawia się na otwartość i mówienie prawdy.. Czyli, tamten system jednak się nie sprawdził..??? To, że kobiety decydują się na samotne macierzyństwo (nie chcą, by ich dzieci poznały swojego ojca) wcale nie gwarantuje tym dzieciom szczęśliwego życia.. Bo zazwyczaj gdzieś w tej małej główce kołacze się myśl, dlaczego nie mam taty.. Myślę, że w naszych rozważaniach ciągle mówimy o ślicznym różowym bobasku, który wielu rzeczy nie jest świadomy. Ale każde dziecko dorasta i moim zdaniem na prawo do prawdy.
            Okna życia – hmm.. Nie do końca zgadzam się z ich ideą. Tylko, ze to do końca nie jest tak, że dzięki oknu życia rodzice biologiczni pozostają anonimowi. Tak naprawdę zostaje wszczęta cała procedura, by ich odnaleźć i pozbawić praw rodzicielskich. Co jednak nie zawsze się udaje.
            W każdym razie ile ludzi, tyle podejść do życia. Każdy jest inny i czuje inaczej.

            Tak sobie myślę, że dla par, które decydują się na dawcę lub dawczynie oraz adopcję zarodka, kliniki powinny przeprowadzać obowiązkowe szkolenia (tak, jak to jest w przypadku adopcji społecznej). Po to, by te pary mogły oswoić się z tematem, na spokojnie wszystko przeanalizować, zadać sobie pytania, o których nawet nie pomyśleli i odnaleźć na nie dobre odpowiedzi.
            Może wtedy osoby takie jak Załamana mogłyby wcześniej sobie wszystko poukładać i umiałyby potem cieszyć się ciążą i dzieckiem.

            • ~Wężon pisze:

              Ewa masz rację. Powinno być więcej czasu do namysłu. Żeby zminimalizować ryzyko żalu po fakcie.
              Nie wiem, czy tamten system się nie sprawdził. Zmiana „mody” tak jak ze sposobami wychowywania i karania dzieci.
              Nieprawdopodobne, jakie wolty wykonaliśmy przez sto lat.
              Też jeszcze nie wiesz, czy prawdomówność się sprawdzi.
              Oczywiście, że brak ojca nie gwarantuje szczęścia, ale i nieszczęścia też nie.
              Jedno jest pewne, że to bardzo trudne sprawy. I dotykające wszystkich, każdy ma jakieś zdanie.
              Były też przecież historie, że ludzie porzucali, oddawali, czy zaniedbywali adoptowane dzieci, bo jednak udało się naturalnie.
              Niektórzy nigdy się nie pogodzą z brakiem więzów biologicznych, chociaż one niczego nie gwarantują.

            • ~Patrycja pisze:

              Wężon, nie po raz pierwszy się z Tobą zgadzam. Nie można zakładać, że dla dziecko konkretna rzecz na pewno będzie problemem (albo, z drugiej strony, na pewno nim nie będzie, oczywiście).
              Mam w bliskim otoczeniu osobę, która pół życia mieszkała na jednym osiedlu z biologicznym ojcem, z którym mama rozwiodła się, gdy osoba ta miała 2 czy 3 lata. Wychowywana przez ojczyma, nigdy nie przejawiała żadnej chęci poznania ojca biologicznego. Dziwne? Nie wiem, niekoniecznie, kto to może ocenić i według jakiego standardu?
              Ale jedno jest pewne: kliniki nie powinny traktować tej sprawy lekko, tylko rzetelnie badać nastawienie pary, skłaniać do głębokiego namysłu, do wewnętrznego przepracowania tej opcji przed podjęciem decyzji. Nie jest to jedyna rzecz, którą robić powinny, a nie robią.

          • ~gaja pisze:

            Wężon, w pełni się zgadzam z Twoją wypowiedzią.
            Ja mam dawczynię. Nie wiem, czy się w końcu uda, nie wiem, czy przyjdą do mnie takie wątpliwości.
            Na razie ich nie mam.
            I wcale nie jestem pewna, czy powinno się dziecku o tym mówić. To jest jednak inna sytuacja, gdy oddaje się do adopcji 1-2 letnie dziecko, niż komórkę jajową czy plemnik. A o chorobach dawcy i tak się nie wie.
            Co dziecku da ta wiedza?
            Zgadzam się, że temat jest „olewany” przez kliniki. U mnie, w obu, nikt się nawet o psychologu nie zająknął. A wizyta powinna być, bo jak widać, nie wszyscy sobie z tym radzą.

            • ~ob pisze:

              A my przed kwalifikacją do procedury musieliśmy mieć konsultacje psychologiczne :)

              • ~gaja pisze:

                Ja sobie czasem myślę, że dawstwo, szczególnie komórek, to jest bardzo dobry biznes. W szczególności, kiedy polega na komórkach „nadliczbowych”, które kobiety oddają za darmo, a klinika kasuje nawet kilkanaście tys.

                • ~EwaJa pisze:

                  Gaja, ogólnie leczenie niepłodności jest bardzo dochodowym interesem. Niech ktoś spróbuje się leczyć na NFZ.. To niewykonalne!

                • ~Załamana pisze:

                  Kliniki mają nas w dupie. Dla nich liczą się przede wszystkim zostawiane tam nasze pieniądze… Gaja nie wszyscy reagują tak jak ja… zreszta ja się nie spotkałam z taką osobą na forach… 2 prcedury miałam z MZ 2 płatne… ładne pieniądze zostawione…

              • ~Załamana pisze:

                ob, czy ty miałaś też dawcę? czy ogólnie przed procedurą miałaś konsultację?

          • ~Załamana pisze:

            Wężon ty nie chciałabyś zostać moim psychologiem? …

        • ~Aga M pisze:

          Ewa zgadzam sie Toba. Mezowie sie godza seby nam coś wynagrodzic i tak na prawde to my musimy decydować.

    • ~Asia pisze:

      Załamana, to co napisałaś jest bardzo prawdziwe i bolesne. Dziękuję Ci za to, że przestrzegasz innych….mam nadzieję, że ten Twój krzyk – nie za wszelką cenę! uchroni kogoś przed tym przez co Ty przechodzisz. Bardzo Ci współczuję. Bardzo mądrze radzą Ci tu dziewczyny psychoterapię, to pomaga….
      Nie wiem czy jesteś wierząca czy niewierząca, czy masz wstręt i odrazę do instytucji kościoła czy nie. Nie wiem…..ale jeżeli gdzieś tam w głębi jest u Ciebie nadzieja, że Bóg jest to ta sama nadzieja mówi, że chce wziąć to wszystko od Ciebie a dać Ci w zamian pokój w sercu!!! Serio. Warto spróbować- Sakrament Pokuty- najwyżej nic z tego nie wyniknie a może pomóc. Ja z moich ostatnich doświadczeń wiem, że w ciężkiej psychicznej sytuacji psychoterapia pomaga (ja znalazłam wręcz dobrego psychiatrę gdyby były potrzebne leki…, spotykam się też koleżeńsko z psychoterapeutką) ale mi psychoterapia nie wystarczyła i w pewnym momencie uratowała mnie spowiedź. Dlatego Ci o tym piszę- jeżeli nie jesteś wierząca to przepraszam, zignoruj ten wpis!

      Załamana, ja jestem pewna, że Bóg ukochał to dzieciątko które nosisz, jeszcze przed stworzeniem świata. Jego poczęcie pomimo całej ludzkiej pychy i działania za wszelką cenę, przekraczania granic jest Cudem, Darem. Jesteśmy wolni i robimy co chcemy. Ale Bóg jeśli tylko się na to zgodzisz sprawi, że wszystko przemieni dla objawienia większej chwały i miłości. Im bardziej dzieje się zło i krzywda tym więcej daje On swojej łaski i miłości.

      Teraz Twoim zadaniem jest przygotowanie się do opieki i wychowywania tego Maluszka który będzie Ciebie potrzebował najbardziej na świecie! Będzie potrzebował miłości i opieki Was obojga jego rodziców! Tak naprawdę dzieci są nam dane na jakiś czas, nie są naszą własnością pomimo, że na początku całkowicie są zdane na naszą pomoc. Nie napiszę Ci, że jak już urodzisz i zobaczysz niewinność i bezbronność w oczach tego małego człowieczka i razem z mężem pokochacie go najbardziej na świecie to wtedy nie będzie już nigdy bolało tak jak teraz. Pewnie jeszcze to zaboli Was wszystkich w różnych sytuacjach, dorastaniu, chorobach.

      Najważniejsze wydaje mi się na ten moment żebyś zaczęła od przebaczenia sobie, przebaczenia mężowi, że Cię nie powstrzymał, przebaczenia tym którzy Cię nie poinformowali o tym co możesz przeżywać. Nie wiem czy to będzie dla Ciebie pocieszenie, ale chociażby nie wiem jakbyśmy się starali to nie jesteśmy w stanie uchronić nasze dzieci przed wszystkimi cierpieniami. Teraz to co możesz zrobić to kochaj swojego Męża, aby Wasze dziecko wzrastało w tej miłości – to chyba najpiękniejsza rzecz jaką możecie mu razem dać.
      Może też poproś o przebaczenie tego małego w brzuchu – może na razie w sposób taki, że jak Cię kopnie to mów Mu, że go kochasz. Ile kopniaków – tyle kocham :-) Wierzę, że te kopniaki będą dla Ciebie z dnia na dzień radośniejsze.
      Załamana, życzę Ci najbardziej pokoju w sercu!!!! Szukaj go ze wszystkich sił a znajdziesz! Nie bój się.

      • ~mała Ania pisze:

        Asia, czy spowiadajac się z in vitro i z ivf z nasienia dawcy można dostać rozgrzeszenie? pytam z ciekawości, ale też troszkę z lękiem o Załamana, bo jak trafi na księdza o typowych poglądach, to może ja tylko taka spowiedź pogrążyć i dodać jeszcze większych poczuć winy i wyrzutów sumienia :/

        • ~Załamana pisze:

          Żalu do siebie mam dosyć… wątpię, że ksiądz by mi pomógł, raczej by mnie pogrążył… a ja już jestem na dnie… nie mam żalu do męża, do lekarzy tak… to są silne emocje… duże pieniadze… duże potrzeby… i w końcu zrobisz wszystko, żeby się udało… nie patrząc na konsekwencje… ale one nas dopadną…

        • ~Asia pisze:

          No tak, absolutnie nie myślałam o takiej zwykłej spowiedzi 5 minutowej w pierwszym lepszym kościele bo to mogłoby skończyć się tragicznie – można trafić na głupiego czy niewierzącego księdza formalistę. Miałam na myśli kogoś kto spokojnie, cierpliwie i z miłością wysłucha i pomoże, poradzi ale na pewno nie pogrąży. I chodzi mi o spowiedź nie taką na szybko w konfesjonale ale na spacerze czy siedząc w pokoju. Myślałam o jakimś księdzu czy zakonniku który naprawdę ma bliski kontakt z Bogiem i tym żyje, a przy tym jest dobrym psychologiem. Znam takich kilku.

    • ~Oczekująca pisze:

      Kochana załamana nie jestem jeszcze doświadczonym psychologiem i psychoterapeutą (zostało mi jeszcze rok psychologii i 3 lata psychoterapii) ale chciałabym Ci coś napisać przede wszystkim jako człowiek, także doświadczony przez los niepłodnością… To są moje osobiste przemyślenia wyciągniesz ile chcesz…Też uważam, że powinnaś skorzystać z pomocy psychoterapeuty…
      Przede wszystkim uważam, że jest duże prawdopodobieństwo,że będąc w ciąży z nasieniem męża również przeżywałabyś podobne uczucia, tylko inaczej, znalazłabyś inną przyczynę swojego stanu psychicznego aby nie przyznałabyś się przed Sobą że się boisz ciąży i macierzyństwa. Chodzi mi o to, że my starające się często nie myślimy o tym jak to już będzie jak zajdziemy, co będziemy czuć, jakie zmiany niesie macierzyństwo…Nie bagatelizuje twoich uczuć, ale część tych emocji (negatywnych) nie jest tylko spowodowana tym, że nosisz pod sercem maleństwo biologicznie innego mężczyzny, ale że wogóle nosisz, wszystkie wątpliwości, obawy wylały się na Ciebie z podwójną siłą, do tego hormony i cały wachlarz zmian w organizmie. Nie twierdzę, że to jest łatwe pogodzić się z tym, że skorzystałaś z takiej formy zapłodnienia bo to dodatkowe obciążenie psychiczne, ale daj sobie przyzwolenie na obawy, wątpliwości i wszystkie negatywne emocje które towarzyszą KAŻDEJ KOBIECIE W CIĄŻY. Każda kobieta korzystająca z in vitro ma poczucie winy, tylko duża część z nas chowa to głęboko to podświadomości.
      Ja też czekałam na ciąże 5 lat a kiedy już to się zdarzyło nie umiałam sobie poradzić z pewnymi emocjami. Teraz z perspektywy czasu i przerobienia „SIEBIE” wiem, że podświadomie byłam zablokowana na dziecko. Wiem, że to brzmi dziwnie… straciłam je w 3 miesiącu ale paradoksalnie odzyskałam Siebie, jestem teraz nową, bardzo szczęśliwą osobą, która zachwyca się życiem i piszę to bardzo szczerze. Wiem, że byłam zablokowana na dziecko, ciąże, przeszłam obowiązkową psychoterapie i wiem skąd się to wzięło, znalazłam przyczynę psychiczna mojej blokady i nie chodziło o niedrożne jajowody ( są znowu drożne od paru miesięcy i to jest dziwne że zadziało to się w tym samym czasie).
      A TERAZ NAJWAŻNIEJSZE CO CHCE NAPISAĆ:
      To, że dzieciątko jest poczęte z nasienia dawcy, nie ma już żadnego znaczenia. Każda kobieta poddająca się in vitro mogłaby myśleć, że jak się udało za 6 razem in vitro to przecież mogłoby się udać i naturalnie…Nie!!!
      Musisz wiedzieć, że wszystko jest zapisane na górze (w gwiazdach, we wszechświecie, na tablicy Boga-wybierz to w co wierzysz) i twoje dzieciątko właśnie takie miało przeznaczenie Ciebie za matkę biologiczną i jakiegoś mężczyznę który być może był chemikiem, a twoje dziecko zostało powołane aby stworzyć cudowny lek na niepłodność (-: w tym żarcie staram Ci się powiedzieć, że właśnie twoje dziecko i TWOJEGO MĘŻA miało mieć taką, a nie inną genetykę, to jest przeznaczenie i tak miało zostać powołane do życia, a nie inaczej !!! Każdy rodzic jest tylko człowiekiem, nadrobicie to miłością jaką możecie dać temu maleństwu, skupcie się na tym co możecie dać, a nie to co zabraliście. PAMIĘTAJ TO WY BUDUJECIE TOŻSAMOŚĆ TEGO MAŁEGO CZŁOWIEKA, genetyka jest przereklamowana posłuchaj wykładów Bruce Lipton, potwierdza on że 2 takie same genetycznie istoty, oddane do 2 różnych środowisk, przejmują cechy środowiska, łącznie z chorobami. Poczucie winy, które cie zalało od środka musisz wyrzucić i zamknąć głęboko, będziesz wspaniałą matką, a twój mąż ojcem, a wasze dziecko jest szczęściarzem/szczęściarą że was ma, każdy kopniak ma ci przypominać o tym jaka jesteś silna ile wycierpiałaś dla tej małej istotki, żeby mogła kopać i szaleć w brzuszku (-: to jest jej/jego przeznaczenie i sposób powołania do życia, inaczej by nie powstało, uwierz w sprawstwo świata i natury… zaufaj życiu kochana i nie oceniaj się… jesteś wspaniała matką i sądzę że jesteście wspaniałym małżeństwem, nie strać tego co masz… POWODZENIA

  17. ~Samosiejka86 pisze:

    Ja  po kolejnych nieudanych próbach miałam świadomość tego co tracę…tak mi się przynajmniej wtedy wydawało….Teraz z perspektywy czasu i jako mama 7 miesięcznego bobasa mogę stwierdzić, że nie wiedziałam za wiele……i może lepiej, bo i tak o mało nie otarłam się o załamanie nerwowe. A dla mnie osobiście rodzicielstwo to zarówno ogromna radość ale i wielki strach. Strach szeroko pojęty. Taki mój potwór, który siedzi  tyłu głowy i szepcze do ucha: czy podołamy wychować syna na wartościowego ludzika? I ta najczarnieszja myśl,  o którą sama do siebie mam żal, że w ogóle istnieje: że jak bym straciła swoje maleństwo, to umarłabym i ja. Z resztą strach towarzyszył mi całą ciążę i mogę śmiało stwierdzić że odebrał mi radość z bycia przy nadziei. Niepłodność odcisnela piętno na moim życiu..i choć nam się udało…jesteśmy po tej „drugiej” stronie to do końca dni potwór w mojej glowie będzie przypominał o swoim istnieniu.

    • ~Aga M pisze:

      Samosiejko rozumiem o co chodzi z tym strachem. Ja prze 6 dlugich lat walczyłam o dziecko. I niedawno w rozmowie ktos zapytał czy jest cos co by spowodowało że mogłabym śteierdzic że lepiej byc bezdzietnym. Tak brzmiało pytanie. I zastanowiłam siw mocno i powiwdziałam, ze nie lepiej ale jwdyna rzeczą która mi.mocno doskwiera jesy strach. Strach jakiego nigdy nie znałam

  18. ~Uczuciowa pisze:

    Przeczytałam ten cytat i mam mieszane uczucia… Z jednej strony poruszył we mnie wrażliwą strunę. Ktoś generalizując przywołał tak żywe we mnie (nadal) poczucie izolacji. Dokonał podziału na tych wtajemniczonych i wykluczonych. „Nie jestem matką, więc co ja tam wiem”. A w ogóle powinnam się cieszyć, że nie wiem, bo z tym brakiem świadomości na pewno jest mi o wiele lżej…
    Z drugiej… to jest czyjaś osobista opinia. Czyjś indywidualny sposób postrzegania własnej drogi, mierzenia się z doświadczeniami, których nikt przecież nie chce sam z siebie doświadczać. Wszystkie borykające się z niepłodnością szukamy sposobów, żeby tę swoją krętą drogę oswoić. Sposobów tych jest tyle ile nas, choć niektóre bardzo do siebie podobne. Grunt, żeby znaleźć takie wyjaśnienie, które da nam spokój serca.
    Do mnie ten cytat nie przemawia, ale rozumiem dlaczego dla kogoś może być bardzo bliski.

  19. ~Renata pisze:

    Dziewczyny, poważna dyskusja pod tym wpisem, jakich zresztą wiele na blogu. Ja nie mam siły żeby się wypowiedzieć. Tak, nie mam siły, jestem już po tej drugiej stronie, gdzie pragnienie stało się rzeczywistością!
    24.03 przyszła na świat nasza najdroższa córeczka :-) . Drogą cesarskiego cięcia, maluszek już nie zdołał wrócić do pozycji główkowej, tak więc życie rozwiązało moje wszelkie dylematy dotyczące porodu.
    Oprócz tego że Lenka jest najpiękniejsza, najsłodsza i w ogóle naj ( wybaczcie ;-) ) to jest ciężko. Męczy ją żółtaczka, prawdopodobnie dlatego dużo śpi, słabo ssie i sporo straciła na wadze. Były już chwile załamania ale czy chciałabym żeby jej nie było? Odpowiedź jest oczywista…

    • ~martucha pisze:

      Witaj Lenko na świecie :-) gratulacje Renata!
      Mnie kazali córkę regularnie wybudzac na karmienia bo właśnie nawet po wyjściu do domu miała jeszcze zoltaczke i spała i spała…. razem z odejsciem żółtego koloru cała senność minęła.

    • ~Samosiejka86 pisze:

      Renato nie martw sie* chociaż wiem jak to brzmi. Gratulacje dla Was. Malutka wróci do normy. Ja rodziłam w sierpniu i mi lekarz po wypisie do domku kazał małego rozbierać do Pampersa i na chwilkę przystawiać do okna żeby go troszkę słonko smagalo. Miał zoltaczke fizjologiczna i zeszło po tygodniu. Pozdrawiam

    • ~Wendy pisze:

      Buziaki dla Lenki! Niech rośnie zdrowo i niech żółtaczka znika szybko. Renata gratulacje! Pamietam jak dopiero co czytałam o Twojej becie pozytywnej a tu już Księżniczka Lena jest na świecie. Ale ten czas zasuwa.

    • ~Magdanr2 :) pisze:

      Reanta gratuluje !!!
      Szkoda że te Nasze Dziewuchy takie uparte , ale najważniejsze że Księżniczka już z Wami .
      Wiesz co mojej Siostry Syn miał dosyć mocną żółtaczkę po wyjściu ze szpitala i Oni jakieś łóżeczko z lampami wypożyczyli i go naświetlali w domu i pomogło .

      Powodzenia :)

    • ~iza krotki blog pisze:

      Renata, Mama Lenki. Już za same imiona Was uwielbiam, ślicznie pasujecie do siebie!!!! Trzymajcie się dziewczyny!

    • ~Izabela pisze:

      Mój młody tez miał długo żółtaczkę, ponad miesiąc. Położna kazała dokarmiać sztucznym mlekiem – 2 lub 3 karmienia zamiast piersi. Opinie na ten temat są podzielone, ale pomogło. A bilirubina była naprawdę wysoka i bardzo powoli malała – do szpitala na lampy przyjmuja powyżej 180

    • ~Wężon pisze:

      Renata, gratulacje.
      Też mi się wydaje, że dopiero przed chwilą zachodziłaś w ciążę, a to już. :)

    • ~niebieska pisze:

      Renata, gratulacje! Podchodziłyśmy razem do transferu, tak niedawno, a Ty już tulisz Lenkę w ramionach. Cudnego życia razem!

    • ~Anulek pisze:

      Nie wiem dlaczego cały czas mi się wydawało, że masz termin po mnie, ale rozumiem, że przy cc coś musieli przyspieszyć.
      Gratulacje :-)
      Ps. My nadal czekamy, choć od kilku dni jest fatalnie, ledwo się ruszam.

    • ~Patka pisze:

      Gratulacje Renato!!! Wszystkiego dobrego dla Ciebie i Lenki :)

    • ~Renata pisze:

      Dziękuję za gratulacje i wszystkie rady.
      Martucha ja też miałam wybudzać na karmienie ale żeby Lenka otworzyła oczy, graniczyło z cudem.

      Samosiejka słyszałam o tej metodzie, stosuję :-) .

      Wendy oj minęło, minęło a tak narzekałam że czas powoli płynie. Ty już też niedługo się doczekasz na maluszka. No właśnie, kiedy?

      Iza,ja Ciebie uwielbiam za te słowa :-D

      Magda nr 2, no nie da się ukryć, indywidualistki z tych naszych dziewczynek:-) . Łóżeczko też przyszło mi do głowy, no ale lekarze twierdzą że niepotrzebne.

      Izabela, puszka mleka kupiona, użyte kilka razy. Karmię swoim pokarmem, choć niestety odciągniętym, piersią mała zainteresowana nie była. U nas poziom bilirubiny to aż 250, a jednak pediatra twierdzi że dziecko sobie poradzi. Oby.

      Wężon powtorzę raz jeszcze, minęło bardzo szybko, a wydawało mi się że ciąża trwa wieki ;-)

      Niebieska nie udało nam się razem, ale jeszcze chwila i też utulisz maleństwo :-)

      Anulek w zasadzie masz rację. Transfer dwa dni po Tobie, Lenka miała być kwietniowa, ale że położenie miednicowe, dziecko dość duże (waga 3620) i niby wszystko w porządku, ale lekarz zadecydował o troszkę wcześniejszym rozwiązaniu ciąży. Teraz czekamy na Ciebie :-) . Dużo zdrowia dla mamy!

      Patka co u Ciebie? Odzywasz się czasem ale o sobie nie piszesz nic…

      A ja karmię i odciągam, karmię i odciągam… Muszę pomyśleć o mrożeniu pokarmu bo mała tego nie przejada, ale i tak wydaje mi się że lepiej je i momentów aktywności ma więcej, a czasem da taki koncert że słyszy pół osiedla ;-) .

      • ~En pisze:

        Gratulacje! Sztuczne mleko absolutnie nie pomaga, fantastycznie ze karmisz swoim, brawo! Może doradca laktacyjny pomoże w przystawieniu? U nas żółtaczka była bardzo duża i okazało się, że mały miał infekcje układu moczowego, warto więc zrobić badanie moczu i posiew. Powodzenia!

  20. ~pati pisze:

    Witam, wracam do was po urlopie u Malibu :) i na wstępie po raz setny Iza dziekuje ci za tego bloga i za możliwość poznania świetnych ludzi, pewne jest jedno wszystkich nas łączy to samo walka o upragnione dziecko, wszystkie na swoj sposob jesteśmy do siebie bardzo podobne. Mimo obaw mojego M. czy nas nie zakopia na pustyni jak będą mieli nas dość, żyjemy :) Odpoczeliśmy zregenerowalismy akumulatorki i co ? ehh dostałam bana z Novum na 3-4 cykle i mam czekać do wizyty u genetyka…. szczerze mowiac wale lekarzy z Ł. niech sie pali wali bede tylko sluchala pani dr. wiec sobie czekam grzecznie na kolejny okres o ile nadejdzie.

    Gaja odniose sie do twoich badań, wiem że kasy idzie jak nie wiem co ale o ile trafilas na dobrego lekarza to ja bym zacisła zęby i czekala na badania, tak jak sama napisalas podejdziesz i jesli sie nie uda znow nie bedziesz wiedziala nic wiecej.

    • ~martucha pisze:

      Pati u Malibuuu :-) wow ale niesamowita integracja!

      • ~pati pisze:

        Integracje z moją trojca wspaniałą to jeszcze zrobimy :) ja to juz z Malibuu majowke planuje i o czym Mała Ania nie wie ale to napisze tu ze wpadamy do niej w odwiedziny jak moj M w delegacje pojedzie hahah bo co mam sie nudzic w domu sama to pojade do Malibuu :)

        • ~Wężon pisze:

          Pati, nic się nie chwaliłaś. Myślałam, że to wciąż w sferze mętnych planów. To dlatego się nie odzywałaś. :)
          Trzeba było tydzień poczekać, to byśmy się tam spotkały.

          Na majówkę to Malibuuu będzie już w Polsce. Można ją napaść większą bandą.

        • ~LILOĄ pisze:

          Tylko ja tak daleko. .. hmmm no nic na poród Pati przecież będziesz?

          • ~pati pisze:

            LILOĄ jak ustalicie wkoncu grafik ktora ktorego rodzi to wszystkie babasy ciocia Pati wycałuje :) zrobie sobie turne po porodowkach w PL :D

    • ~paradise pisze:

      Pati pisz jak było u Malibu ;) Fajnie było? :)

    • ~gaja pisze:

      Pati, ja mogę zagryzać zęby, tylko u mnie to jest walka z czasem.
      Już pal sześć tę moją 40stkę, ale ja mam menopauzę. Z miesiąca na miesiąc słabnące hormony i macicę, która już nie chce produkować endometrium.
      Więc chyba zaryzykuję transfer bez tych badań (o ile będzie endo odpowiednie…), a badania mogę robić w międzyczasie.

      • ~Wężon pisze:

        Gaja,mnie też zawsze gorzko, jak dziewczyny nawet po nieudanych transferach za 2-3 miesiące mają następny. A u mnie kolejne miesiące przepływają.

        Marzec mnie zdenerwował tym, że nie było owulacji.
        Teraz odpowiedni dzień wypada na początku urlopu (jeśli endometrium będzie OK) kwiecień pewnie też w plecy. Wredny okres tak przyszedł, że ani przed, ani po.
        Już mnie wyjazd nie cieszy.

  21. ~Azylkowo pisze:

    Weszłam po dłuższej nieobecności, po tym jak tuż przed Bożym Narodzeniem znow się nie udało, po tym jak natychmiast po tej złej wiadomości musieliśmy ruszyć dalej (po raz kolejny ze stymulacja…)..po tym jak teraz stoję w miejscu i serce mi pęka…i czytam przytoczony przez Ciebie Izo cytat i czuje jak właśnie obdarł mnie ze skóry…Brak mi słów…Oddaje sedno, za mocno.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Azylkowo, mam nadzieję, że nie zraniłam Cię w żaden sposób. Sama sie z tymi słowami rozprawiałam kilka długich dni. Chciałam sie z Wami nimi podzielić, ale nie walić w twarz…
      Serce nam tu wszystkim pęka przez większość czasu w walce. Nie ma dobrego momentu na zbyt mocne słowa :(
      Co u Ciebie, Azylkowo? Co się dzieje?

      • ~Azylkowo pisze:

        Iza, nie uraziłaś mnie, życie mnie uraża. Masz racje, nigdy nie ma dobrego czasu na trudne słowa, a właściwie inaczej – my w trudnych słowach, trudnych sprawach żyjemy dzien w dzien, niestety czasami zdarza sie (jak teraz) ze okazuje sie, ze nadal sa jakieś jeszcze niewypowiedziane, jeszcze trudniejsze. A ja: Stoję w miejscu bo moje hormony sa nieprzewidywalne, bo endometrium nie rośnie prawidłowo itd. Itp. Przegrywam, zdecydowanie przegrywam moja walkę z czasem. Zostaje mi płacz, załamanie, wkurzanie się, tupanie nogą…tylko ze na moim organizmie to nie robi zupełnie wrażenia..

    • ~Wężon pisze:

      Azylkowo, też się zastanawiałam co u Ciebie słychać.
      Dlaczego stoisz w miejscu? Coś poszło nie tak ze stymulacją, czy musiałaś przełożyć transfer?

      • ~Azylkowo pisze:

        Witaj Wężon, to miłe ze o mnie myślałaś. Dziekuje. Juz wyżej napisałam Izie, hormony niestety nie sa książkowe, endometrium nie rośnie. Nie wiem, naprawdę nie wiem co dalej bedzie. Widzę, ze Ty razem ze mną „grzejesz ławę”…przykro mi, ze tez sie z tym zmagasz. Jestes szalenie wyrwała!

  22. ~Agnieszka pisze:

    Dla mnie chęć powiększenia rodziny jest wielką zagadką. Nigdy nie byłam osobą „do dzieci” (kojarzą mi się z wrzaskiem, śliną i nieprzespanymi nocami), ale zawsze wiedziałam, że będę chciała mieć dzieci. Nie sądzę, że moje będą grzeczne, ciche i czyste, a jednak jakaś siła pcha nas w tym kierunku. Nie mamy presji otoczenia, czy rodziny. Nie obchodzi nas, czy tak wypada, czy nie. To nasze własne „chcenie”. Długie listy badań, nieprzewidziane urlopy, dopasowanie życia do wymagań cyklu i kliniki, przeżywanie każdego złego wyniku, każdego zmarnowanego cyklu, każdego niepowodzenia. Obecnie jestem w pierwszym trymestrze (druga ciąża, ale pierwszy poród), nadal zastanawiam się nad siłą tego pragnienia, bo wiem, że będzie to od nas wymagało dużych zmian. A jednocześnie przy każdym badaniu, krwawieniu, czy bólu czuję strach jakiego w życiu nie czułam. I wiem, że będzie nam towarzyszył już zawsze.

    • ~iza krotki blog pisze:

      Agnieszka, dużo dziewczyn pisze tutaj o strachu o dziecko. Nie znam go. Ale wiem, że jest. Wpisany w macierzyństwo, tacierzyństwo.
      Oby pozostał tylko złym snem i nigdy się nie zmaterializował. Życzę Ci z całego serca.

  23. ~Noni pisze:

    Witajcie. Udało się, naturalnie ;) za 5 podejściem. Jest ok i serducho jak dzwon . Pozdrowienia dla całego szacownego grona :)

  24. ~Anitt pisze:

    Noni, co za news:-)
    Gratulacje :-)
    Jak się czujesz?
    Opowiadaj

  25. ~Meliska pisze:

    Witajcie Dziewczyny, dawno mnie nie było, postaram się nadrobić zaległości, poczytać co u każdej z Was :) Mam nadzieję, że dzieje się dużo dobrego. Na razie zajrzałam tak szybko i przy okazji dwa słowa o tym co u mnie.
    W zeszłym roku zrezygnowałam z dalszych starań po 4 procedurach, po nieudanych transferach, po poronieniu. Niedawno miałam kolejne urodziny – kolejny ostatni dzwonek dający do myślenia… Przełamałam się i pojechałam na wizytę do N., dr L. nie roztoczył optymistycznych wizji, ale on tego nigdy nie robi.
    Dziś zrobiłam badania i zaniepokoiło mnie wysokie FSH 16.6 (LH 13.2). Czekam jeszcze na wynik AMH.
    Zapisałam się na histeroskopię, ale teraz nie wiem czy jest sens przy takich wynikach i z taką historią jak moja?
    Co myślicie – robić histeroskopię i piątą stymulację?
    Któraś z Was robiła histero w N.?

    • ~Wężon pisze:

      O Melisko, miło że jesteś znowu.
      Jednak ciężko przerwać te starania. Jedna po drugiej wracacie.

      Ja miałam histeroskopię wielokrotnie, już 6, czy 7 razy, ale nigdy to nie była histeroskopia diagnostyczna. Nie miałam sytuacji, że niby wyglądało OK, ale zajrzeli i coś było nie tak. Zawsze to w obrazie USG coś się lekarzowi nie podobało, albo widział, że to zrosty, polip i wtedy szłam na histeroskopię. Zobaczyć, ile tego jest i usunąć.
      Tutaj jak czytałam, to chyba u wszystkich taka histeroskopia czysto diagnostyczna nie wykazała niczego. Wynik był prawidłowy.
      Jeśli z wyglądu nikt nie ma zastrzeżeń do Twojej macicy, to pewnie wszystko będzie OK. Możesz to zrobić dla odhaczenia kolejnej rzeczy, ale mała jest szansa, że to coś wniesie.

      • ~Meliska pisze:

        Wężon, myślisz, że powinnam się poddać definitywnie?
        Sama już nie wiem co z tą histeroskopią, a koszt w N. jest ogrówny. Aczkolwiek może warto sprawdzić? No i martwi mnie to FSH: 16.6…

        • ~Meliska pisze:

          ogromny – miało być :)

        • ~gaja pisze:

          Melisko, nie pamiętam już Twojej „historii choroby”, FSH może wskazywać na obniżoną rezerwę (ale nie jest znów aż tak wysokie), ale poczekaj na wyniki AMH. Jeśli będą niskie, to musisz się śpieszyć…
          Ja przy b. niskim amh miałam ciągle FSH w normie, ale po pewnym czasie poszybowało w górę.

          • ~Meliska pisze:

            Gaja
            AMH 0.59
            2 lata temu było 2.45
            Miałam 4 stymulacje, 7 transferów, 1 ciąża biochemiczna i 1 poronienie (8/9 tydz.), pierwsza stymulacja równe 2 lata temu, a ostatnia równy rok temu

            • ~gaja pisze:

              To mamy podobny „bagaż”, z tym , że moje wyniki dużo, dużo gorsze i nie dające szans na wyprodukowanie jajeczek. Ty je na pewno jeszcze masz, ale ja bym się mocno śpieszyła. Wiem, że są jakieś specjalne typy stymulacji przy niskim amh, ale szczegółów nie znam. Histeroskopię też mi kazali powtórzyć i tak jak pisze Wężon – było Ok, ale pokazało, że na części macicy endo prawie nie ma, zanikło…

        • ~Wężon pisze:

          Nie poddać, ale nie pokładać nadziei w tym, że histeroskopia coś zmieni.

          To FSH jeszcze nie jest takie złe. Może się wahać zresztą trochę. Do 15 refundują leki, więc jeszcze nie ma co rozpaczać.

          Trzymam kciuki.

          • ~Meliska pisze:

            Wężon, histeroskopię traktuję pro forma (szkoda, że taka kosztowna i tak daleko muszę jechać), nigdy nie miałam, sugerują diagnostycznie, bo co jeszcze można zlecić… Ja obstawiam winę po stronie słabych komórek.
            Leku refundują do FSH 15 czy patrzą na AMH?
            Przy okazji zapytam – czy to prawda, że tylko 3 razy można mieć refundację ma leki?

            • ~pati pisze:

              Meliska tak 3 razy ref pod ivf i 3 razy pod normalne stymulacje. Co do tego na co patrza jak nie mialas zleconego AMH to lepiej niech go nie wpisuja w karte. Zalezy od kliniki i lekarza niestety i od tego czy mimo iz bedzie wiedzial o AMH to czy to wpisze czy zostawi dla siebie a wpisze ref na podstawie fsh.

              • ~Meliska pisze:

                AMH mam 0.59, FSH 16.6, to chyba lepiej wziąć pod uwagę AMH? W sumie 3 razy refundują ? Jeśli miałam 3 razy refundację leków będąc w programie rządowym to teraz podchodząc prywatnie już nie mogę mieć?

                • ~pati pisze:

                  Mesliska aż tak sie nie znam ale refundacja to refundacja, ale na 100 % ci nie powiem ale np na ulotce Menopuru FSH poniżej 15 mlU/ml w 2-3 dniu cyklu lub hormon antymüllerowski – AMH powyżej 0,7 ng/ml (wg II standardu)) – refundacja do 3 cykli;

                • ~wężon pisze:

                  Niestety Melisko, trzy razy w ogóle. Jeśli w programie trzy zużyłaś, to już więcej nie dostaniesz.
                  Zresztą AMH powyżej 0,7, więc i tak byś nie dostała.

                  • ~ob pisze:

                    Właśnie, Wężon, dobrze, że to piszesz, bo to nie jest tak jak PAti pisze – leki są refundowane do 3 procedur i nie ma znaczenia czy to ivf czy iui czy tylko zwykła stymulacja. I niestety, wyniki Meliska na tę refundację nie pozwalają:(

  26. ~Patrycja pisze:

    Melisko, ja robiłam histeroskopię diagnostyczną w N., zalecił mi ją dr L. Sam zabieg nie dał żadnych szczególnych wrażeń, ale i nie przyniósł żadnych rewelacji (a tani nie był, poza tym opóźnił dalsze działania). Lekarz, który go przeprowadzał, rzekł „hm, macicę ma Pani bez zarzutu”. Wydawał się lekko zdziwiony, że w ogóle sobie tę histeroskopię zrobiłam.
    Dlatego z moich doświadczeń – jeśli nie ma jakichś konkretnych podejrzeń lub wskazań, a czas płynie i działa na niekorzyść, zabieg zbędny. Ale nie znam Twojego położenia, może u Ciebie występują takie wskazania.

    • ~Meliska pisze:

      Patrycja, dziękuję za odpowiedź. A co u Ciebie?

      • ~Patrycja pisze:

        Dzięki, że pytasz :-) Jestem w 10,5 tygodniu ciąży. Jestem straszliwie zmęczona, czasem śpię w dzień, i przez 3 tygodnie miałam mdłości – ale od kilku dni z dnia na dzień jest lepiej, dzisiaj całkiem ok, no może poza porankiem. Mam nadzieję, że to zdrowy objaw, w końcu zbliżam się do ukończenia 3 miesiąca…
        Ostatnio na USG byłam 2 tygodnie temu i było ok, malutki człowiek zamajtał nawet nóżką, ale teraz chyba nie wytrzymam nerwowo i pójdę znowu (jeszcze przed genetycznym). Chcę się znowu przekonać, że nadal mam lokatora.
        Genetyczne miałam zaplanowane na przyszły czwartek, lecz dziś pani ginekolog wybrana przeze mnie do prowadzenia ciąży (bardzo pozytywne wrażenie z dzisiejszej wizyty!) doradziła, by przesunąć je o tydzień – wtedy serce będzie można poddać lepszej ocenie. Jeśli uda mi się znaleźć odpowiedni termin w N., to tak zrobię.
        Zamierzałam poddać się testowi Nifty, ale – przynajmniej na razie – zrezygnowałam. Pewnie jeśli wyjdzie mi niepokojący obraz USG, to do tematu wrócę. No i zastanawiam się, czy robić test PAPP-A – jeżeli USG będzie ok. Wydaje mi się, że jestem skazana na niedobry wynik ze względu na wiek.
        Aha, mam brzuszek. Muszę go ukrywać pod luźną odzieżą :-).

        • ~Magdanr2 :) pisze:

          Patrycja mam nadzieje że nie wprowadzę Cię w błąd , ale z tego co wiem to PAPPa ma sens robić właśnie tylko wtedy jak usg wyjdzie prawidłowo , bo uzupełnia obraz usg . Samo usg daję ok 80% pewności że z Dzidziusiem ok , po PAPP-a prawdopodobieństwo jest chyba miedzy 90-95% .
          Pisała o tym Mama Ginekolog https://mamaginekolog.pl/badania-prenatalne-w-i-trymestrze-usg-test-papp-a-nipt/
          Dbaj o Maluszka i myśl pozytywnie , z doświadczenia wiem ze badania prenatalne to stres większy niż przy Becie , ale ulga po prawidłowych też wielka :)
          Powodzenia

          • ~Patrycja pisze:

            Dzięki za ten materiał, Magda, przeczytałam z zainteresowaniem. Pewnie rzeczywiście zrobię test podwójny, zresztą nie sądzę, że lekarz łatwo odpuści… . Mam tu sobie po prostu takie wahania i różne pomysły :-).
            Ja się szalenie stresuję przy każdym USG. Przy TYM – to będzie stres straszliwy. Zgodnie ze swoją ogólną dyspozycją psychiczną przygotowuję się na zły wynik – bo w moim pejzażu wewnętrznym jest tak, że prawdopodobieństwo dziecko zdrowe/chore jest jak 1:1, tak właśnie to czuję. Nie jest to właściwe podejście, ale nad własną psychiką nie zapanuję :-D. Bardzo pomógł mi mąż, gdy powiedział, że z wszystkim sobie poradzimy, także wtedy, gdy dziecko będzie chore. Pozdrawiam!

        • ~Agnieszka pisze:

          Patrycja, nasz lekarz zlecił pappa tydzień przed usg i wynik ma być analizowany łącznie z usg i na tej podstawie wyliczać mają prawdopodobieństwo. Pappa i usg zlecają wszystkim, a nifty i harmony po 35 roku życia (ale nie wiem, czy wszystkim). Ja od początku byłam na ‚tak’ za prenatalnymi, ale teraz mam mieszane uczucia. Bo pappa nie bada naszych dzieci, tylko mówi o statystyce. Myślę, że jeśli coś wyjdzie nie tak, to będzie to bardzo stresujące, bo dalej nic nie będzie wiadomo. Idę w przyszłym tygodniu na usg i też już się stresuję. U nas stres podwójny i przeraża mnie myślenie, co zrobimy, jeśli u jednego pojawią się problemy.

          • ~Wężon pisze:

            Ja miałam 31 lat w ciąży z Laurą i nikt mi pappa nawet nie proponował.

          • ~Patrycja pisze:

            No właśnie, to niełatwe. Spokój w ciąży też się liczy, i to także dla dziecka.
            Ja ze względu na wiek mam wyjściowe ryzyko ZD 1:55. Obawiam się, że z tego poziomu trudno mi będzie zejść do małego ryzyka w oparciu o parametry biochemiczne. O tym chcę porozmawiać z lekarzem, który wykonuje to USG.
            Jesteśmy zdecydowani urodzić także chore dziecko.
            W internecie można znaleźć historie kobiet, którym w teście PAPP-A wyszło bardzo wysokie ryzyko, a amniopunkcja wykazała, że dziecko jest zdrowe. Jest oczywiście jeszcze test NIFTY…
            Dodam, że lata temu po ciąży obumarłej leżałam na sali z kobietą, która rozpaczała, bo właśnie w 19 tygodniu traciła po amniopunkcji dziecko zdrowe (sączyły jej się stale wody, lekarskie zabiegi nie pomagały). To oczywiście przypadki bardzo, bardzo rzadkie. Osobiście jednak amniopunkcję zrobiłabym tylko po negatywnym wyniku NIFTY i tylko gdybym chciała terminować (czyli jej nie zrobię).

            • ~Wężon pisze:

              No właśnie, zależy co chcesz potem z tą wiedzą zrobić.
              Jeśli nie chcesz terminować, to po co je robić? Szukać wad na siłę, jeśli USG będzie OK.
              Sąsiadce ciążę prowadziła mama, więc na pewno niczego nie zaniedbała. Wszystko badania wychodziły OK, a córka urodziła się z ciężką padaczką i nie wiadomo czym.
              Od dwóch lat badają, co jej jest.

              Autyzmu i innych chorób psychicznych też nie widać.

              • ~Agnieszka pisze:

                W tym linku podesłanym przez Magdę babka fajnie tłumaczy po co pappa. To badanie także pokazuje jak działa łożysko. I tylko do 14tc można stwierdzić, czy dziecko urodzi się z zespołem Downa. Daje to czas dla lekarzy i rodziców na przygotowanie się do porodu i życia.

                Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby się okazało, że któreś z dzieci jest chore. Wiem, że się zestresuję badaniem i będę sprawdzać i analizować liczby, które niczego nie przesądzają. Na wynik biopsji kosmówki czeka się podobno tydzień, więc tak na styk, żeby jeszcze jakieś decyzje w ogóle podejmować. Amniopunkcję robi się dopiero po 16tc, więc za późno na podejmowanie życiowych decyzji.

  27. ~Anulek pisze:

    Dziewczyny, może nie w temacie, ale proszę o trzymanie za nas jutro kciuków. Moja ukochana Mama ma jutro w trybie pilnym operację resekcji żołądka, bo wykryli u Niej nowotwór złośliwy. Mama wiedziała o tym od kilku tygodni, ale nie chciała mnie martwić, żeby nie przyspieszyć porodu. Dowiedzieliśmy się kilka dni temu…
    A ja nie dość, że ledwo chodzę to jestem przeziębiona i nawet nie mogę do Niej do szpitala jechać. Do d….

  28. ~Magdanr2 :) pisze:

    Melisko napisze tu bo komentarz u góry pewnie zginie .
    Kochana życzę Wam dużo siły , często myślałam co u Was słychać , podziwiam Cię za to że walczysz i próbujecie znowu .
    To Wy wiecie kiedy przyjdzie czas powiedzieć pas , mam nadzieję ze dla Was ten koniec będzie oznaczał upragnioną ciążę i Dziecko .
    Trzymam mocno swoje i Agatkowe kciuki za WAS !!!

  29. ~Wężon pisze:

    Magda, a Ty co, do dziecka wstałaś o takiej nieludzkiej porze?

    Izabela UK jak samopoczucia i przeczucia? Robisz test, czy czekasz na betę? W piątek sprawdzasz?

    Patka, właśnie, opowiadaj co u Ciebie. Już się do porodu pewnie szykujesz. Jeszcze ze dwa tygodnie?

    Patrycja, gdzieś mi umknęłaś. Czy to Ty miałaś nieudany transfer 9 lipca 2016? Jeśli tak, to jakoś zniknęło mi to co potem. Nie mam dalszych notatek. Proszę o dane do super rejestru. :)

    • ~Patrycja pisze:

      Wężon, jesteś niesamowita, dzięki swojemu systemowi wiesz lepiej, kiedy miałam transfer, niż ja :))). Ale 9 lipca 2016 r. brzmi bardzo prawdopodobnie, bo w sierpniu ruszyłam do dalszego działania.
      Kolejną stymulację (krótki protokół z antagonistą) miałam w styczniu br. „Po drodze”, czyli między sierpniem a styczniem, miałam trochę diagnostyki, trochę korygowania hormonów (po przyjmowaniu DHEA w dawce zaleconej przez dr L. miałam, zgodnie ze słowami endokrynologa z N., „testosteron, którego nie powstydziłby się mężczyzna”), a trochę zwłoki spowodowanej innymi życiowymi projektami, m.in. wyjazdem zagranicznym.
      A zatem – 3. stymulacja w styczniu, wynik taki sobie jak zwykle (czyli przy celowo małej stymulacji trochę komórek, ale w większości nadal złych – ja robiłam zawsze badanie ciałek kierunkowych – ostała się po badaniu jedna, która się zapłodniła… no i teraz jestem w 10,5 tc). Transfer odbył się 6 lutego br.
      Czym różni się „teraz” od „przedtem”? DHEA w okresie przygotowawczym, Fraxiparyna, Metafolin. Ale o sukcesie nie rozmawiam, póki nie urodzę, na razie to ciągle tylko i aż nadzieja – jestem przy nadziei (bardzo trafne określenie).
      Od kilku tygodni mam 42 wiosenki, niestety.

      • ~Wężon pisze:

        I wcześniej się nie chwaliłaś? Nie pisałaś o transferze, czy mam zaćmienie?

        Czyli do trzech razy sztuka i złoty strzał. Potwierdzasz, że wystarczy ta jedna dobra komórka.
        Jesteś przy nadziei i nigdy jeszcze tak daleko nie byłaś.
        Trzymam kciuki.

      • ~Wężon pisze:

        To była 3 stymulacja i 3 transfer?

        • ~Patrycja pisze:

          Tak, 3 stymulacja i 3 transfer.
          Pisałam, ale nie o transferze, a o wyniku (tj. pozytywnej becie), ale chyba wtedy, gdy robiłaś sobie przerwę. Ja tu taka zwykle utajona jestem, choć wchodzę każdego dnia po kilka razy :-)

      • ~gaja pisze:

        Ależ powiało optymizmem ;) I z powodu tej jednej komórki, i wieku, gratuluję!

        • ~Patrycja pisze:

          Dzięki :)) Wyjściowo komórki były 4 (plus kolejnych 5 niedojrzałych), ale po badaniu ciałek kierunkowych już tylko ta jedna jedyna…

          • ~Wężon pisze:

            A z jakich wskazań robi się badanie tych ciałek?
            Ile to kosztuje?
            Te za złymi ciałkami nie zapłodnią się, czy zarodki się nie rozwiną?

          • ~Patrycja pisze:

            Robi się je z rozmaitych wskazań – wiele wcześniejszych poronień, chore dziecko, własne nieprawidłowe DNA. To taka alternatywa dla PGD, pod niektórymi względami lepsza, pod innymi gorsza.
            U mnie były to badania na własne życzenie – wiedziałam, ile mam lat i jakie ryzyka się z tym wiążą, chciałam je zredukować.
            Badania są drogie, płaciłam zależnie od liczby komórek 5-8 tysięcy.
            Co do skutków zapładniania komórki nieprawidłowej – myślę, że tak jak w naturze, najbardziej prawdopodobne jest to, że nie zapłodni się, zarodek się nie rozwinie albo dojdzie do poronienia. Można też (co statystycznie dużo, dużo mniej prawdopodobne) urodzić chore dziecko.
            Przy wielkim szczęściu brakujący chromosom może zostać np. uzupełniony przez materiał ojca, ale myślę, że to kompletny margines przypadków, którego nie warto w ogóle brać pod uwagę. Zasadniczo – co zaczyna się źle, później się już nie naprawi.

            • ~pati pisze:

              Patrycja ja to sie o liste badan genetycznych z waszego poleceia bede pytać w czerwcu chyba ze cos teraz juz mozesz polecic, genetyk do 13.06 i do pory odebrania wynikow ban z novum na starania.

            • ~Patrycja pisze:

              Cześć Pati, my prócz tego nie robiliśmy żadnych ekstra badań, tylko badanie genotypów (prawidłowe) i badanie fragmentacji DNA nasienia (prawidłowa).
              W N. nie robią PGD zarodków, tylko badanie ciałek kierunkowych komórek.

    • ~Magdanr2 :) pisze:

      Kochana z całego serca Ci życzę żebyś za 9 mce , też zaczęła takie nieludzkie pory zaliczać :P

  30. ~Wendy pisze:

    Anett gdzie Ty jesteś? Cisza ostatnio z Twojej strony. A przecież my już bliżej niż dalej…
    Napisz co u Remiego. Nasz Kudłaty rośnie prawidłowo. Waży 2,4kg teraz. Skończyłam chodzić do roboty i dopadły mnie lęki związane z porodem i tym czy my sobie poradzimy po.. Mam czarną wizję że wracam ze szpitala i nie wiem kompletnie co robić..

    @ Renata teraz leci 34 tydzień..

    • ~Wężon pisze:

      Wendy, ja się nigdy nie dotykałam do obcych dzieci.
      Nie było w rodzinie, do dzieci koleżanek się nie zbliżałam.
      A potem poradziłam sobie ze skrajnym wcześniakiem – Laura jak wyszła ze szpitala po dwóch miesiącach to ważyła mniej niż Twój Kudłaty teraz. I jakoś nie zrobiłam krzywdy takiej kruszynce 1,8 kg.
      I było dużo łatwiej niż myślałam.

      Nie panikuj, ciesz się wiosną. :)

    • ~Magdanr2 :) pisze:

      Wendy nie da się do tego przygotować …
      Możesz poćwiczyć ubieranie na Lalakach i zmiany pieluch , ale z praktyką nie wiele ma wspólnego :P
      Tak jak piszę Wężon nie jest tak źle ….
      U nas w szpitalu można było iść z Położną jak kąpała Dziecko i się poduczyć , przy pierwszym przewijaniu też prosiłam żeby zerkała .
      Kapię M , kąpaliśmy następnego dnia po wyjściu ze szpitala , sami , nie taki diabeł straszy , serio …w sumie kąpiel zajmuje kilka minut .
      Dla mnie najbardziej stresujący był pępek , ale Położna która przyszła do domu wszystko Nam pokazała i jakoś poszło …
      Nie wiem jak Ty , ale Ja z tych co lubią mieć wszystko pod kontrolą , przy Agacie nauczyłam się odpuszczać , są dni kiedy zrobię obiad , wstawię pranie , poprasuje i Dziecko ogarnę , są takie i takich jest więcej kiedy rozładowanie zmywarki to moje całe osiągnięcie .
      Trochę mi zajęło zanim się z tym pogodziłam że tak już będzie teraz .
      Agata skończyła 5 tygodni wczoraj , wiesz Ja myślałam że taki Noworodek to tylko śpi , je i kupy strzela .
      No to Nasza Córka , spała , jadła , jadła , jadła ( miałam wrażenie że jej od piersi nie odkładam ) i zapomniała że warto też czasem pospać .
      Spała na moim brzuchu , rękach , łóżeczko dupkę parzy .
      Od kilku dni mamy przełom , zaczyna spać w łóżeczku , rozpoznaję jej płacz , poznałyśmy sie trochę . :)
      To jest Wasz czas , korzystaj , tul , bądź dobra dla siebie i Maleństwa , reszta przyjdzie sama :)))

      • ~Wendy pisze:

        Dzieki Dziewczyny. Poszłam do szkoły rodzenia i tam się nasłuchałam jaka to masakra ogarnąć wszystko i po prostu uznałam że za cholerę tego nie ogarnę.. Wydaje się że moja praca w korporacji jest prosta jak budowa cepa przy tym co mówili na szkole rodzenia.

        • ~Borówka pisze:

          Wendy ja się podpisuje pod tym co napisała Magda :) Teoria, teorią, a wszystko wyjdzie w praktyce i tak naprawdę nie ma się czego bać ;) a i mnie najbardziej niepokoiła pielęgnacja kikuta pępowinowego, więc stery przejął mój małżon. Zresztą działa się instynktownie, każde dziecko jest inne, jedne parzy łóżeczko, naszą dupkę za to gondola, a i jazda samochodem po skończeniu 1 miesiąca życia to samo zło :P

          • ~Borówka pisze:

            Zresztą nasza pani bąblowa ma już trzy miesiące, a codziennie zaskakuje mnie czymś nowym :) Gada jak najęta i tak samo dużo się śmieje, kariera w kabarecie gwarantowana :D

        • ~Wężon pisze:

          Wendy, matki pijaczki, narkomanki, upośledzone, po prostu głupie, skrajnie biedne i bezradne też nie zabijają i nie okaleczają swoich dzieci masowo, ale tylko w niewielkim ułamku procenta. Jakoś populacja w slumsach i biednych krajach się powiększa i to zdecydowanie bardziej niż w tych rozwiniętych.
          Dziecko to naprawdę wytrzymały organizm. Naprawdę trudno zrobić mu krzywdę.

          Po prostu oporządzenie dziecka jest bardzo proste.
          No ale światłe matki z zachodu chcą wszystko robić idealnie i to już jest trudne. Jeśli uważasz, że jeśli dziecko poleży pół godziny z mokrą pieluchą, to będzie musiało chodzić do psychoterapeuty, a nieodpowiedni posiłek spowoduje alergie i raka żołądka, to rzeczywiście może być trudno. ;)

          • ~Wendy pisze:

            Wężon, czy Ty nie myślałaś o prowadzeniu zajęć w szkole rodzenia? :-)To byłby hit! Podejście typu dacie radę, nie prasowałam i przeżyła itp. Runąłby mit macierzyństwa jako czegoś w czym jedne matki przebijają inne. Co do kota to niestety nasz dziki i nieglaskalny ale jak mu odcinasz pazury albo zawijasz w ręcznik to mruczy jak szalony..
            Ps. Moj M przeczytał w książce ze trzeba odklejać taśma łóżeczko żeby kot tam nie spał. Godzinę robił zasieki z taśmy i narzuty. Dzis wstaję rano a kot śpi w najlepsze w łóżeczku :-)

      • ~Wężon pisze:

        Magda, to już lepiej ćwiczyć na kocie.
        Lalki nie wrzeszczą i się nie wyrywają. Kot nielubiący dotykania to lepszy model. ;)

  31. ~Mgla pisze:

    Dziewczyny czy slyszala ktoras cos na temat wlewu z osocza na wzrost endometrium?Jestem na estrofemie i szykuje sie do kolejnego transferu i bylam na kontroli 2dni temu ale poziom estradiolu byl za niski choc endo niecale 8mm, a dzis po zwiekszeniu dawki estradiol ladny a endo zmierzone przez innego dr 5mm i szok….jutro mam miec ten wlew a wczesniej o tym nie slyszalam.Ogolnie na naturalnym mam endo zawsze ladne ok 10-12mm a tu na sztucznym okazuje sie porazka.Teraz sie boje ze poprzedni transfer tez byl na zle zmierzomym endo i dlatrgo sie nie udal:((odpuscilabym ten cykl ale w poprzednim mialam histero ze sratchingiem i mi szkoda go…nie wiem co robic…

  32. ~IzabelaUK pisze:

    Cierpliwosc nie jest moja mocna strona. Zrobilam test ciutke wczesniej i wyszla druga kreseczka. Jeszcze nie tak wyrazna jak testowa ale jest :) od poczatku walki, po poronieniu z poprzednim partnerem i po czterech stymulacjach i w koncu piaty transfer okazal sie szesliwy, cos ruszylo. Wiem ze to dopiero poczatek i wszystko sie moze zdazyc ale msze myslez pozytywnie. Jutro zadzwonie do kliniki z wynikiem i wskazowkami Co dalej ale najpierw udam sie do lekarza rodzinnego tutaj i moze uda mi sie wyblagac zrobienie bety. Zobaczymy. Nie moge uwierzyc w to co sie dzieje. Dziekuje za kciuki kochane :*

    • ~Patrycja pisze:

      Droga Izabelo, bardzo Ci gratuluję! Tak, myśl pozytywnie, wiem, że to trudne po wielu niepowodzeniach, ale kiedyś przecież może się udać! Od tej chwili statystyka zaczyna działać na Twoją korzyść :)

    • ~Wężon pisze:

      Izabela. :)))

      Trzymam kciuki za wypasioną betę i dalszy rozwój ciąży.

      Cierpliwość została nagrodzona.
      Byłaś chyba jedyną robiącą tak długie przerwy między próbami.

    • ~niebieska pisze:

      IzabelaUK, bardzo dużo dzieci na tym blogu zaczęło się od bladej kreseczki. Gratuluję!

    • ~pati pisze:

      IzabelaUK czekam z niecierpliwoscia na popitasny wynik bety. Kciuki dalej trzymane.

  33. ~Anitt pisze:

    IzabelaUK wspaniałe wiesci :-)
    Jesteś mega wytrwala !!
    Pamietam jak pisałaś jal ciężkie logistycznie sa dla Ciebie te próby, ile juz mie byłaś na prawdziwym urlopie.
    Trzymam kciuki za wypasiona bete. Musi byc dobrze !

  34. ~Mariah pisze:

    Dziewczyny podejrzałam betę 6dpt blastocysty. Nie miałam zastrzyku na pękniecie więc powinno cokolwiek wyjść. Niestety <0,10. Chciałabym się łudzić, że za wcześnie, że jeszcze skoczy ale nie oszukujmy się, po wszystkim.

  35. ~Mgla pisze:

    Mariah moze cos ruszy chociaz wg mg ginekologa szanse 10% no ale sa….dobrze ze macie jeszcze zdrowe zarodki.
    A co do mojego wlewu to okazalo sie ze wg dr endo przed wlewem bylo 6,8 a robil usg ten ktoremu dzien wczesniej wyszlo 5 przy tym ktoremu 3dni weczesniej wyszlo 7,8.Wlew dostalam a jaki efekt to okaze sie w sobote…Czytalam publikacje anglojezyczne i duzo ich nie ma ale to jakas obiecujaca nowosc…Zobaczymy czy zadziala u mnie…Oby…

    • ~wężon pisze:

      Ale to masz wystarczająco, nie trzeba poprawiać.
      To w sobotę transfer?

      • ~Mgla pisze:

        Dr P stwierdzil ze jego to nie satysfakcjonuje i boi sie ryzykowac ostatnie 2zdrowe zarodki.Transfer bedzie pod koniec przyszlego tyg jesli wynik endo w sobote ich zadowoli a jak nie to anulujemy transfer.Luteiny jeszcze nie zaczelam brac a mamy blastocysty takze jeszcze troche

  36. Podpisuję się pod tym co piszesz. Ja jeszcze jestem na etapie probowania, 3 lata zmagań, chwile zwątpienia i przerwy na „pozbieranie się z podłogi”, i dalsza walka. Życzę szczęścia i powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>