Książka na czas zmagań z niepłodnością: „Nadzieja na nowe życie. Poradnik dla marzących o dziecku”

Kiedy pierwszy raz wzięłam ją do rąk, byłam trochę scpeptyczna. Na okładce podano informację, że zawiera dziennik, 28 dni kobiecych doświadczeń. Obawiałam się, że będzie to kolejna historia walki, lat rozczarowań, historia, jaką może opowiedzieć każda z nas i jakoś z tego powodu książek nie pisze.

Na szczęście się pomyliłam. Książka „Nadzieja na nowe życie. Poradnik dla marzących o dziecku” (Joanna Kwaśniewska, Justyna Kuczmierowska, Agnieszka Doboszyńska, Wydawnicto Znak) ze strony na stronę okazywała się coraz większą skrabnicą wiedzy, wsparcia psychologicznego i praktycznych wskazówek, jak radzić sobie z tą przerastającą nas zmorą. Napisały ją osoby z doświadczeniem psychologicznym, przy współpracy specjalistów, m.in. seksuologa, psychoterapeuty, psychodietetyka, endokrynologa, ginekologa czy osoby zajmujacej się adopcją.

Autorki książki posłużyły się 28 dniami kobiecych doświadczeń jako pretektem do omówienia 28 zagadnień zwiazanych z niepłodnością. Pokazują, jak w rebusach codziennych czynności  projektujemy swoje obawy, marzenia, rozpacz albo nadzieję zwiazaną z upragniną ciążą.

Znowu „Nadzieja na nowe życie. Poradnik dla marzących o dziecku” przypomniała mi o tym, o czym tak łatwo zapomnieć – że mam prawo czuć się naprawdę paskudnie ze swoją niepłodnością i nie świadczy to o słabości mojego charakteru.

„Poziom stresu towarzyszący niepłodności jest porównywalny z poziomem stresu doświadczanego po śmierci bliskiej i ważnej osoby, a także stresu, jakiego doświadczają osoby po otrzymaniu diagnozy o chorobie nowotworowej czy zawale serca”

Autorki książki często i chętnie sięgają do badań psychologicznych czy biologicznych wyjaśnień (np. dalej o stresie piszą, że powoduje nadmierne wydzielanie prolaktyny  przez przysadkę mózgową, co w konsekwencji może blokować dojrzewanie i pękanie pęcherzyków… – przecież my ten problem mamy co chwilę…).

Część zagadnień to sprawy, o których nigdy nie pomyślałam albo spychałam je do podświadomości. Np. o tym, że może mieć miejsce konflikt pragnień – jednocześnie pragnę dziecka, ale chwilami także pragnę go nie mieć.

„Bardzo chcę i pragnę, ale jest też we mnie coś, co nie pragnie i nie chce, zapewne z podobną siłą, więc stoję w miejscu w bezruchu. To strasznie boli, żeby to zobaczyć, przyznać się przed sobą…”

Po przeczytaniu tego rozdziału, po raz kolejny dochodzę do wniosku, że nie jestem nienormalna, że leczenie jest bardziej niż złożone i szersze niż wypisywanie recept w gabinecie u lekarza. Myśleć, rozmawiać, nazywać uczucia po imieniu. Punktować oczekiwania i obawy – autorki pomagają to zrobić, proponują ćwiczenia, które można sobie zrobić samej w domu.

Książka nie koloruje świata na siłę. Nie wszystko jest różowe i może nigdy nie będzie. Miłość i pożądanie to nie to samo, wręcz przeciwnie; kobiety w ciąży i dzieci nas drażnią; lekarze czasem popełniają błędy i na koniec – może trzeba będzie pomysleć, jak wyglądałoby życie bez dziecka. Nikt nie mówi: będzie dobrze. Mówi – jest trudno, możesz to spróbować rozwiązać tak albo tak.

SAMSUNG

Nie wszystkie zagadnienia dotyczą właśnie mnie – ale książka jest tak napisana, że można czytać jedynie wybrane rozdziały, nie po kolei, korzystać tylko z tych propozycji, które nam są potrzebne. Autorki idą z nami tą wyboistą drogą, nie unikają trudnych pytań, nie oceniają naszych emocji, szczególnie tych złych, nie narzucają rozwiązań. Pomagają. Warto.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Iza i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

226 odpowiedzi na „Książka na czas zmagań z niepłodnością: „Nadzieja na nowe życie. Poradnik dla marzących o dziecku”

  1. ~Ania pisze:

    Psychika odgrywa wielką rolę w każdej dziedzinie naszego życia i bardzo szkoda, że lekarze mają tak mało styczności z psychologią i rozumiejącym podejściem do pacjenta, że zachowują się jak fabryka – element się popsuł, element trzeba naprawić/wymienić, a nie patrzą na ludzki organizm jak na powiązaną ze sobą sieć. Ten fragment z „chcieć dziecka i nie chcieć” jest dość bolesny. Nie uświadamiamy sobie na co dzień, że takie myśli też nam towarzyszą. Ostatnio tak sobie myślałam na przykładzie rodziny, której dzieci chodzą do przedszkola, w którym pracuję. Dwa lata temu trafili do grupy dwaj chłopcy – bliźniacy. Wiedziałam, że są adoptowani. Obserwowałam ich pod kątem diagnozy i już na początku pojawiła mi się myśl, że szczególnie jeden jest „dziwny”. Po rozmowie z rodzicami zdiagnozowano ich w poradni. Okazało się, że są chorzy na FAS (płodowy zespół alkoholowy), nikt rodzicom adopcyjnym wcześniej tego nie powiedział:( Widać było też zmianę ich (rodziców) stosunku do dzieci. Chwilę po adopcji kobieta zaszła naturalnie w ciążę, urodziła córeczkę. Mówiła, że to nagroda za adopcję. Kilka dni temu okazało się, że jest w drugiej ciąży, naturalnej. I właśnie „chcieć i nie chcieć” – chcieli adoptować te dzieci, udało im się, a traktują je teraz kiepsko, głównie dlatego, że są „niegrzeczni”, aż się boję pomyśleć co będzie jak drugie dziecko się urodzi, ich własne.
    Taka refleksja mnie naszła…

    • ~Izabela pisze:

      Aniu, wiele lat pracowałam jako terapeuta dziecięcy i niestety takie przypadki miały miejsce i u mnie. Oddawano niegrzeczne dzieci do mnie, żeby je naprawić. Nie zawsze udało sie rodziców nakierować, że nie w tym tkwi problem. Ale to jest faktyczny problem, szczególnie jeśli pojawiają się naturalne dzieci.

      • ~Ania pisze:

        Jakaś taka to ludzka natura chyba, że nie wszyscy chcą popatrzeć też na siebie i wyciągnąć wnioski, że to jak się zachowujemy wpływa na zachowania innych, tak jest z dziećmi i z dorosłymi też. W ośrodku dla uzależnionych dzieci i młodzieży, w którym pracowałam takie podejście, o którym piszesz Izabela było na porządku dziennym – oddać do naprawy, nie angażować się, niech inni coś zrobią. Sporadycznie się zdarzało, że rodzic też chciał wziąć udział w terapii i widział swoją odpowiedzialność za to, co stało się z dzieckiem. Smutne to. Naszczęście są też rodzice, którzy szukają pomocy i chcą się angażować:)

    • ~Asia pisze:

      Trzeba być _naprawdę_ gotowym na adopcję, żeby adoptować. Nawet nie wyobrażam sobie znaleźć się w takiej sytuacji. Ale ja akurat nie byłabym nigdy gotowa do adopcji nawet najgrzeczniejszego dziecka więc się nie wypowiadam. Moja koleżanka adoptowała synka starając się o drugie dziecko. Miesiąc po adopcji „spotkała” ją też nagroda i zaszła w ciążę. Teraz ma dwoje biologicznych dzieci i jedno adoptowane. Biologiczni synkowie są „trudnymi dziećmi” natomiast ten adoptowany – chodzący ideał. Bywa różnie.

    • ~akuk pisze:

      Niestety, FAS to nie jest taka błahostka… To nie choroba, o której można poinformować otoczenie i dostać zrozumienie czy wsparcie. Ludzie nie wiedzą, boją się, mają swoje mity na ten temat. A do tego FAS wpływa tak znacząco na funkcjonowanie dzieci, w tym zachowanie… nie każdy chce zaakceptować że to też choroba. Łatwiej przypiąć łatkę dziecka niegrzecznego, niezdarnego czy niekumatego.
      Mogę zrozumieć też, że dwoje tak obciążonych dzieci to dla rodziców codzienny dramat – bezsilności, złości, ciągłej walki. Do tego… idąc do Ośrodka Adopcyjnego człowiek nie oczekuje że zostanie oszukany. A nie poinformowanie nawet o podejrzeniu FAS to cholernie nieuczciwe. Łatwiej jest adoptować dziecko np. z wadą serca, bo wtedy ma się po prostu dziecko chore – każdy to zrozumie. Ale mając dziecko z FAS, chorobą której nie da się wyleczyć, człowiek zostaje sam z tym problemem.
      Może to wyda Ci się dziwne, ale mogę zrozumieć emocje tych ludzi. Ich nieumiejętność poradzenia sobie z tą sytuacją. I daleka jestem od oceniania.
      Z rok temu był fajny artykuł w „Twoim Stylu” na temat adopcji. Także o tej ciemnej stronie: problemach, trudnościach z akceptacją dziecka prowadzących do rozpadu rodziny. Warto go przeczytać, szczególnie pracując z adoptowanymi dziećmi.

  2. ~Ruda pisze:

    Wydaje mi się, że te uczucia „chcieć dziecka i nie chcieć” to dość wyniszczające uczucie a jednocześnie chyba dość powszechne – tylko ukrywane, jak wstydliwy sekret. Starałam się o dziecko, ale kiedy się udało poczułam przytłaczające przerażenie. Przez te kilka lat starań zdarzało mi się, że w niektórych cyklach kiedy przychodził okres, czułam ulgę – takie mieszane uczucia właściwie towarzyszą mi cały czas. Mówię o tym otwarcie, ale nie jest to coś z czego jestem dumna – chciałabym być w tej całej sytuacji zero-jedynkowa, czuć tylko i wyłącznie radość. Ale wątpliwości i obawy towarzyszą zwykle większości z nas, tylko nie wszystkie się przyznajemy, bo przecież co to za kobieta z wątpliwościami – nie nadaje się na matkę!

    • ~Ania pisze:

      Szkoda, że tu nie ma guzika „Lubie to”:) a potem jeszcze wyrzuty sumienia,jak kolejne próby się nie udają, a pojawiają się myśli przecież czułas ulgę”…

      • ~Ruda pisze:

        Niestety. Albo jeśli coś pójdzie nie tak – i wtedy będę myśleć o tych wszystkich chwilach, w których np. wyłam, że nie mogę jechać na zaplanowane wcześniej wyjazdy… I wtedy gonitwa myśli w stylu „zasłużyłam sobie”…

    • ~Wężon pisze:

      Ruda, ile ja się napłakałam, że to bliźniaki i nie dam rady dwóm na raz i jak to gdzieś pojechać w 5 osób. No to mam problem z głowy. I kiedy próbują mnie dopaść wyrzuty sumienia, myślę sobie, że są miliony kobiet, które naprawdę nie chciały dziecka, robiły różne rzeczy żeby poronić lub miały swoją ciąże w nosie, a dzieci się i tak urodziły. Dziecko to duża zmiana, nawet oczekiwana budzi obawy.
      Ten punkt akurat opanowałam. Nie dostajemy tego, na co zasługujemy. Jakby było pięknie na świecie, gdyby dzieci przychodziły tylko tam, gdzie są chciane.
      Teraz mam: chcę i nie chcę starać się dalej i ogromny żal za alternatywną rzeczywistością, w której narzekałabym na upały z wielkim brzuchem, a za dwa miesiące dzieci moje i sąsiadki wyłyby symultanicznie po obu stronach ściany. U nas niestety słychać wszystko -boję się życia z noworodkiem obok, urodzonym w tym samym terminie, a po drugiej stronie ściany drugi…

  3. ~Asia pisze:

    Iza, a jednak się wyrobiłaś z nowym wpisem :-) Dobrze, że jest długi weekend, bo powrót do pracy będzie łatwiejszy…Oby nie było za dużo bolesnych pytań….

    Margaritka, mam nadzieję, że u Ciebie już lepiej? I że będziesz mogła spróbować w kolejnym cyklu….

    S-mother – co u Ciebie?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Asia, w poprzednim poście osiągnęłyśmy masę krytyczną co do liczby komentarzy, a że akurat miałam o czym pisać, więc tak :)

      W pracy nie odpowiadam na żadne pytania od lat. Wiedzą, że nic nie powiem, więc przestali pytać już dawno.
      Tylko złapałam kilka osób, jak wpatrują się w mój brzuch szukając oznak ciąży, która niewątpliwie była tematem plotek.

      Nic nie mówię, jestem nietykalna.

  4. ~Wężon pisze:

    Aniu, dlatego ośrodki adopcyjne naciskają na pogodzenie się niepłodnością. Bo jest wielu wspaniałych rodziców adopcyjnych. Ale są też tacy, którzy te dzieci traktują na zasadzie: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I jak cudem pojawi się własne dziecko, to robią różnicę, zwłaszcza jeśli to adoptowane ma problemy.
    A chodzi o to, żeby dojść do takiego momentu, żeby adoptowane było własne, a nie ciągle cudze. Mnie by było chyba trudno to zrobić. Tak jak nie pokochałabym dziecka męża z innego związku, tak jak naszego.

    Izo, czy beta już zrobiona? Jak tam pierwszy dzień w pracy po długiej przerwie i ostatni? Ja będę pisać komentarze pod spodem, jak już się trochę rozmnożą. Szkoda, że nie mogą być oznaczone plusami, czy na czerwono te, których nie widziałam. Ale wiem, że to trudne, dla specjalistów. Teraz to patrzę na ilość, jak są nowe to patrzę na koniec i jak tam nic nowego nie ma, to szukam w poprzednich. Myślę, że do pisania na końcu mogłybyśmy się przyzwyczaić.
    Nasze historie nie zamieniają się w forum, bo gadamy wszystkie o wszystkim i tak by trzeba było skakać, tam są tylko główne punkty.

    S-mother, czy coś się zmieniło? Powtarzałaś betę? Jak plamienia?

    A teraz do treści postu. Recenzja brzmi zachęcająco. Wiele ważnych kwestii poruszonych. Z prolaktyną nigdy nie miałam problemów – w tym cyklu mam sprawdzić, może po ostatnich stresach urosła. ;)
    Szczególnie bliski jest mi ten dwugłos. Czasem czuję się, jakbym dostawała osobowości wielorakiej. Tak różne są odczucia z obu stron. Huśtawka to mało powiedziane.
    Jedna ja mówi, że nigdy nie chciała dzieci, jedno w zupełności wystarczy, to więcej kłopotów niż przyjemności, już Laura prawie podrosła, zaraz będzie można zostawić ją w domu i urwać się do przysłowiowego kina (na tańce już wychodzimy), wysłać w wakacje na kolonie i odzyskać trochę swobody decydowania o własnym życiu (której zazdrości się bezdzietnym, dzisiaj np. obudziła się z gorączką i bólem gardła i misterny plan dnia runął), po co mi teraz małe wyjące, na pewno nie będzie takim niemowlakiem jak Laura, nie nadaję się do wstawania w nocy i zasranych pieluch, potem jedno do szkoły, drugie do przedszkola, zajęcia pozalekcyjne, w ogóle zaginę w dzieciach, jestem za stara i za wygodna. I teraz wchodzi druga z: ja chcę być w normalnej ciąży, poczuć dziecko w sobie, narzekać, że kopie, zobaczyć się z dużym brzuchem, poczuć, co to jest ciąża, poczuć, przytulić takie maleństwo, znowu zobaczyć jak się rozwija, różnica wieku będzie spora, to nie będzie towarzystwo dla Laury, ale trochę się zajmie, pomoże. I tak zajmujemy się jednym, nie ma zupełnej swobody, to drugie niewiele zmieni, tyle rzeczy czeka, pokój czeka, chcę sprowadzić na świat więcej ludzi takich jak mój Jarek, świat tego potrzebuje, chcę mieć z nim syna, żeby jakaś kobieta za lata trafiła tak dobrze jak ja, chcę zobaczyć, co jeszcze z nas wyrośnie. I najpaskudniejsza myśl, że jedno dziecko to duże ryzyko niepowodzenia – jak wyrośnie z niej świr, albo umrze na raka lub w wypadku, zostaniemy z niczym. Nie zastąpi się jednego dziecka innym, ale zawsze łatwiej znieść stratę, kiedy jeszcze coś się ma.
    Patrzenie na Laurę też nie pomaga – jak jest aniołkiem, to chcę więcej takich cudów, bo następne na pewno będzie podobne, a jak jest małym potworem, to chcę następne, bo na pewno będzie inne, lepsze, dzieci się od siebie bardzo różnią.
    I tak to sobie żyję z takimi myślami kotłującymi się bezładnie, tak jak napisałam powyżej, jedna za drugą, jakiś diabelski dialog wewnętrzny, to już nie jest huśtawka, tylko szalona karuzela, niedobrze mi od tych zmian frontu. Jak chorągiewka na huraganie, zaraz mnie zwieje i podrze i wytapla w błocie.
    Odpuścić sobie, zostać z tym co jest, czy walczyć do ostatniej kropli krwi?
    Denerwuje mnie też brak decyzyjności, odebranie kontroli nad ważnym aspektem życia – że to nie ja zdecyduję ile osób ma liczyć moja rodzina.
    O tak – psychika to ważny element w niepłodności.

    • ~Asia pisze:

      Wężon, ja mam niestety to samo – wiem, że miałabym problem nie tylko z adopcją ale i z dzieckiem męża gdyby było z innego związku. No ale każdy ma inaczej i podejrzewam, że jak ktoś jest gotowy na adopcję to kocha dokładnie tak samo jak swoje i nie ma różnicy.
      A co do dzieci i takiego zwykłego kontaktu z nimi to są osoby które lubią po prostu wszystkie dzieci, biorą obce dzieci na ręce i bawią się z nimi i sprawia im to radość a ja z M jakoś absolutnie nie lgniemy do obcych dzieci, nawet tych w dalszej rodzinie. Ja bardzo rzadko miewam na rękach jakieś obce dziecko, czuję się z tym nieswojo. Też raczej nie zaczepiam obcych dzieci na placu zabaw-no chyba, że samo podejdzie i o coś zapyta. A np mój Tata bardzo lubił wszystkie dzieci…

      • ~Wężon pisze:

        Ja też dzieci to raczej z daleka. Jarek jest bardziej prodzieciowy. Jak widzę jak z czułością przytula i nosi obce maluchy, to mnie ściska. Zresztą to on w ogóle jest tą bardziej opiekuńczą osobą w rodzinie. Jego Laura rysuje pierwszego na wszystkich rysunkach z domem. Na mnie nie ma czasu, nie mieszczę się, albo nie pamięta w co byłam ubrana. Prawdziwa córeczka tatusia, brakuje synka mamusi.
        Jego starsza córka na szczęście jest w Anglii, prawie się nie widują, a że rozmawiać z nią się nie da, to i kontakt jest słaby. Prawie jakby jej nie było. Takie zażyłe kontakty, wspólne wszystkie weekendy trudno mi by było przetrawić.
        Zresztą to, że ma już dziecko było poważnym impulsem do rozpoczęcia starań od razu. W końcu i tak nie jesteśmy zupełnie bez zobowiązań (wtedy były jeszcze w Polsce), ma z nią, to niech ma i ze mną. Jakby był wolny, to może z rok tego największego szaleństwa miłosnego chciałabym spędzić tylko we dwójkę. :) Teraz jestem wdzięczna, że nie czekałam dłużej.
        Ale to dokłada też argumentów na nie – nigdy jeszcze nie byliśmy sami dla siebie. Od pierwszego razu staraliśmy się o dziecko i staramy się dalej, ciągle było my i dziecko. Kiedy będzie czas na MY, skoro czas na DZIECKO tak się wydłuża?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Wężon, grzecznie melduję, że beta zrobiona – 550.
      Jeszcze 2 miesiące temu – szczyt marzeń ;) Teraz w sumie też się cieszę, bo ładnie spada.
      W pracy – cóż… hmm.., ciężko znaleźć wolną chwilę, żeby coś napisać na blogu…
      Ale poza tym jest to powrót do normalności, jakaś część mnie się cieszy. Ta mała.

      • ~Wężon pisze:

        Piękna spadająca beta. :)
        Za parę miesięcy będziemy się cieszyć, że tak pięknie rośnie. Ty pewnie podejdziesz do kolejnej próby szybciej niż ja.

        Coraz intensywniej myślę nad zmniejszeniem sobie etatu. Miałam wytrzymać do ciąży, żeby zasiłek macierzyński był wysoki, ale chyba nie dam rady. Nie chcę chodzić do pracy codziennie.

        • ~Yarzynka pisze:

          Wezon, witaj w klubie tych ktorzy marza zeby mniej pracowac. Od kilku lat mam takie ogromne marzenie ze po pierwsze nie bede chodzic do pracy bo bede na macierzynskim a po drugie bede pracowac na pol etatu I spedzac czas z rodzina (maz pracuje zazwyczaj z domu).
          A tymczasem marzenie sie nie spedza a ja od kiedy zaczelismy probowac 2 razy zmienilam prace, ciagle z przekonaniem ze do nastepnej nie pojde tylko na macierzynski

  5. ~Ruda pisze:

    Wężon, mam mniej więcej to samo – wygodne, kawalerskie życie z mężem (z którym jestem w sumie jakieś 18 lat), przez lata doszliśmy do tego etapu, że możemy sobie pozwolić na wyjazd tu czy tam, w weekendy śpimy do 10:00, zbliżamy się do magicznej 40-tki, i teraz całe to wygodne życie na własne życzenie przewracamy do góry nogami. Wiem – będzie nowa jakość, będzie nieporównywalnie inaczej, co nie znaczy, że gorzej.
    Dodatkowo ja jeszcze jestem na początku drogi, nie myślę za bardzo o tym, że będziemy mieli dziecko – bo jest to dla mnie niepewna i mglista perspektywa, za bardzo się boję budować w sobie tą myśl, żyję z dnia na dzień. Ale wszystkie rzeczy, z których teraz rezygnuję są dla mnie jak najbardziej namacalne. I to też jest źródło pewnej frustracji – w moim ciele zachodzą zmiany, źle się czuję, nie mogę wyskoczyć na żagle czy w Bieszczady i to w imię czegoś, w co boję się uwierzyć, o czym boje się myśleć…

    • ~Asia pisze:

      Ruda, nie wiem jakie akurat będziecie mieli dzieci ale mogę Cię pocieszyć, że ja z M śpimy często do 10 (nie tylko w weekendy:-), bo on ma własną firmę i chodzi sobie do pracy kiedy chce a dzieciaki absolutnie nas nie budzą. Do 10-11 często zdarza się mi ich nie widzieć jeszcze na oczy, pomimo tego, że mamy dwa pokoje tylko. Przeważnie idę do nich bo jestem za nimi stęskniona już a nie dlatego, że muszę :-). Wyjeżdżamy tu i tam :-) też bardzo często, latanie samolotem jest dla dzieciaków mniej atrakcyjne niż jazda autobusem. To że nie ma na miejscu dziadków ani nikogo do pomocy nigdy nam nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie :-) Absolutnie prowadzimy z M dalej bardzo wygodne życie :-).

      [p.s. na szczęście nie wiem, jak to jest mieć chore przewlekle dzieci i nie chcę się tego dowiedzieć...]

      • ~Wężon pisze:

        Asiu, znalazłam twój wpis pod poprzednim postem, ten do którego miał się nikt nie dokopać. ;)
        O właśnie, a nie ma takiej opcji, powiadamiaj o nowych komentarzach, odpowiedź na post, czy twój komentarz? Bo na jakimś serwisie można to chyba śledzić. Żebyśmy wszystkie miały tak jak Iza i widziały nowe wpisy.

        A o której dzieci chodzą spać i co robią rano? Laura też późno wstaje, ale i późno chodzi spać. Czasem jak słyszy, że nas nie słychać to sama się bawi i przychodzi jak zaczniemy się ruszać. :) Latać samolotem też lubi.
        Nie jest tak źle z dzieckiem, ale jednak życie bez dziecka jest dużo prostsze. Tylko czy się ma jedno, czy dwoje, niewielka różnica. Na pewno mniejsza niż przeskoczyć z żadnego na jedno.

        • ~Iza krotki blog pisze:

          Poszukam czy są jakieś opcje w ustawieniach bloga, choć nie trafiłam na nic podobnego.

        • ~Asia pisze:

          No to ładnie się dokopałaś :-) a ja sobie tylko tak zażartowałam bez specjalnych oczekiwań :-)

          W weekendy się rano bawią, rysują a mały bawi się w łóżeczku, TV nie mają, ale ipada i iphony tak :-), jak zgłodnieją to idą czegoś poszukać w lodówce. Czasem Julia i mały śpią długo tylko Adaś wstaje wcześniej ale wtedy bawi się cichutko w kuchni na kanapie -bo wiedzą, że nie można nikogo budzić jak śpi.
          W tygodniu sami jeżdżą na hulajnogach do przedszkola i do szkoły szeroką promenadą na osiedlu a mały bawi się grzecznie w łóżeczku :-) Zresztą oni wszyscy dawali się zawsze wysypiać do woli.

          • ~Asia pisze:

            P.S. A chodzą spać jak im się powie: „idźcie spać”, nie ma jakiejś określonej pory (przeważnie pomiędzy 20-22). A mały idzie spać jak włoży się go do łóżeczka i da butlę z ciepłym mlekiem – to dla niego taki sygnał do spania, coś tam czasem pogaworzy sobie i zasypia.

          • ~Wężon pisze:

            To się nie dziwię, że chcesz czwarte. :)
            I samo może przyjść do przedszkola? U nas musi być rodzic, ktoś upoważniony.
            Ile lat mają starsze dzieci? I jak oni się mieszczą w jednym pokoju?

            • ~Asia pisze:

              Wężon, samo może przyjść do przedszkola – przecież nikt tego nie sprawdza kto przyprowadza dzieci. Za to nie można samemu wyjść z przedszkola i odebrać może tylko osoba upoważniona. No ale odbieranie to sama przyjemność :-) dzieciaki mają 10,6 i 1 rok. Do przedszkola najstarsza chodziła też sama. Ale ona była dużo bardziej samodzielna,bo mając 5 lat nie bała się lecieć sama samolotem a wręcz była z tego dumna. Jak miała 7 lat to nurkowała na 6 metrów z butlą i latała na spadochronie – nie trzeba było jej w ogóle namawiać. Młodszy jest trochę mniej samodzielny – trochoszkę taki mamin synek właśnie, ale na plac zabaw przed blokiem czy treningi piłkarskie chodzi sam. A w pokoju mieszczą się bo mają piętrowe łóżko do którego jak mały wyrośnie z łóżeczka niemowlęcego można dokupić trzecie wysuwane łóżko :-)

      • ~Ruda pisze:

        Asia, to bardzo budujące to co piszesz :-)
        Ja właściwie też mam koleżankę, której czwórka jest jakaś samoobsługowa. Ale i moja siostra jak miała te 4-5 lat budziła się rano i przychodziła do rodziców na telewizję, którą oglądała w słuchawkach, żeby ich nie zbudzić. także – trochę „jak sobie pościelesz tak się wyśpisz” ;-)

        • ~Asia pisze:

          Ruda, trochę tak jest „że jak sobie pościelisz tak się wyśpisz” dlatego dzieciaki nigdy nie spały z nami. Wyjątkiem są dni kiedy mój M jest w szpitalu, wtedy pozwalam im skakać po naszym łóżku i śpią ze mną – choć czasem w nocy i tak przechodzą do swojego łóżka bo im wygodniej. Ale nie wszystko zależy od wychowania. Są malutkie dzieci które np.budząc się płaczą i nic na takie coś nie poradzisz…..moja cała trójka nigdy po obudzeniu nie płacze, zawsze uśmiechnięte i to nie jest nasza zasługa żadna tylko „takie się już urodziły”. Tak samo z ostrożnością, jedne dzieci są ostrożne inne nie itd. Mały śpi mi całą nic i potem jeszcze w dzień min. 3,5-4 godziny a są dzieci które śpią 0,5 godziny i koniec i też nic z tym nie zrobisz. Ale jak u Ciebie było „bezobsługowo” to masz szansę, że Twoje dzieciaki też takie będą czego Ci bardzo życzę ALE najbardziej żeby były zdrowe!!!!

  6. ~Izabela pisze:

    to chyba wszystkie mamy podobnie, ja też mam huśtawkę, bo moje dziecko ma już 9 lat, jest w pełni samoobsługowe, mamy ogarnięte wydatki, oszczędzamy, jedziemy na wakacje, staż kończę dopiero za rok i szkoda byłoby zmarnować 3 lat harówki ..itd a z drugiej chciałabym karmić piersią, przytulić, usłyszeć mama…od synusia…;) no i dziecko mi ostatnio przyszło i mówi, ze przydałoby się rodzeństwo, bo ona nie da rady sie sama nami na starość zajmować … to nas wsysło – przyznam. Sama mam 3 rodzeństwa i nie chce żeby została sama. I ta migocząca myśl w oddali – to za karę, bo jak sie dowiedziałam o ciąży to miesiąc wyłam z rozpaczy…

  7. ~Wężon pisze:

    Za to „za karę” to po łapach. Wszystko inne w normie.
    Ja jestem jedynaczką, Jarek jest jedynakiem, moja mama jest jedynaczką. Chciałam zobaczyć jak to jest mieć więcej ludzi wokół. Chociaż ja nigdy rodzeństwa nie chciałam. Jak moi rodzice się rozwodzili, to powiedziałam : nowy mąż ok, ale żadnych wspólnych dzieci, bo ja ucieknę z domu. Nie wiedziałam za bardzo gdzie, bo tata z kolei ożenił się z kobietą, która ma córkę w moim wieku i tam też bym musiała być z kimś, to mi komplikowało plany. :) Ale mama była już po 40, więc nie musiałam gróźb w czym wprowadzać.
    Opieka nad rodzicami to też nie problem dla mnie. Jarka rodzice nie żyją, moi są po 70 i radzą sobie sami. Ten ich wiek też mi spędza sen z powiek, chciałam, żeby poznali kolejnego wnuka.

    Oj tak Ruda, gdybyśmy chociaż wiedziały, że męczymy się po coś. A tu ciągle ta niepewność. Jak pomyślę, że tyle mojego cierpienia i starań, nadziei, miałoby pójść na marne, to mi źle. To psychologiczny mechanizm – już się postarałyśmy, włożyłyśmy czas i energię, to teraz szkoda przestać, wycofać się. Już miałam 4 operacje i procedurę in vitro i mrozak czeka. I miałabym teraz to wyrzucić do końca? Przez najbliższe lata się nie poddam, chyba że mi macicę usuną.

    Dopisałam w punktach moje zmagania z ostatnich dwóch miesięcy w mojej historii.

  8. ~bilbao pisze:

    ech Dziewczyny, to co powyzej to jakbym czytala o sobie.
    takie CHCE ALE SIE BOJE.
    Bo decydujac sie na dziecko nigdy nie wiemy co nam los przyniesie.
    Dla par zyjacych dlugo bez dzieci, pojawienie sie dziecko to rewolucja ale taka przeciez kolej rzeczy. Czasem niestety okazuej sie, ze dziecko ktore sie pojawia na swiecie okazuje sie nie byc rozowym, slodkim bobaskiem ale dzieckiem ciezko chorym, wymagajacym stalej opieki, niepelnosprawnym fizycznie lub umyslowo….
    My z Mezem mamy ta swiadomosc, bo na codzien w mojej rodzinie jest niepelnosprawne dziecko mojego brata, ktore w wieku 2 lat zostalo zdiagnozowane jako prawie calkowicie gluche, a w dodatku potem doszedl autyzm w bardzo zaawansowanej postaci. Dziecko ma teraz 9 lat, a jego rodzice sa bardzo dzielni, choc wiem, ze to co siedzi w ich glowach i sercach juz tak dobrze nienwyglada.
    moje bratowa po miesiacu od otrzymania wlasciwej diagnozy osiwiala – doslownie.
    Ich zycie to codzienna rehabilitacja, praca w domu, wyjazdy na turnusy…..
    I wiecznie zostawione sobie starsze dziecko, ktore teraz ucieka we wlasny swiat kolegow, nienzawsze dobry.
    Perspektywy sa takie, ze dziecko nigdy nie bedzie samodzielne, nigdy nie wyfrunie z domu, nie zalozy rodziny.
    Zawsze po spotkaniu z nimi ja i moj maz, nawet gdy nie mowimy o tym glosno, myslimy o tym, ze moze to i lepiej bez dzieci, bo przynajmniej zadna przykra niespodzianka nas nie spotka…
    a juz w szczegolnosci teraz, gdy podczss ostatniej ciazy kolejny juz lekarz powiedzial nam, ze lepiej, zeby ten dzisius ktorego nosze nie przetrwal i nie urodzil sie, bo zycie i jego i nasze bedzie udreka…Uczucia ktore nami targaly przez 4 tygodnie od uslyszenia diagnozy do poro ienia sa nie do opisania. Ciaze stracilam, ale strach teraz przed kolejna jest jeszcze wiekszy…..moj maz walczy razem ze mna bo widzi jak bardzo mi zalezy, ale sam powiedzial mi niedawno, ze w dniu gdy informuje go ze wlasnie dostalam @ bierze gleboki oddech myslac sobie, Uff,jeszcze miesiac spokoju przede mna, do nastepnego okresu…..
    strasznie to wszystko smutne i niesprawiedliwe :-(

    • ~Wężon pisze:

      Oj, Bilbao, pamiętasz może, jak pisałam o mężu sąsiadki, który wyprowadził się w dniu przyjazdu jej z dzieckiem do domu? I te znamienne słowa: ja się nie starałem. Teraz też się nie stara, bo dwuletnie dziecko widuje co 3-4 miesiące. Dobrze, że jeszcze poznaje tatusia.
      Niestety faceci łatwiej się przyzwyczajają do bezdzietności. Jest walka, ale jest też spokój. I wcale aż tak nie chcą tego zmieniać, brną dalej dla kobiety, ale aż tak im na sukcesie nie zależy.
      Mój też z radością by odpuścił. Jedno mu wystarczy. Jedno ze mną, bo ma też starszą córkę, niestety niepełnosprawną. Zobaczył, jak to jest mieć zdrowego wcześniaka i takiego, któremu się nie poszczęściło.
      Oboje nie jesteśmy gotowi na ciężko chore dziecko. I z Laurą mieliśmy przedsmak tej decyzji: jak bardzo zmuszać ją do życia, czy w razie czego reanimować, czy ma się urodzić naturalnie i umrzeć, bo i tak ma małe szanse, lepiej próbować jeszcze raz, czy walczyć o nią. Na szczęście to było tylko kilka pierwszych tygodni.
      Teraz to poronienie poszło szybko – jakbym leżała 3 miesiące w szpitalu, a potem i tak by umarły to bym się załamała. Pani ordynator powiedziała, dobrze że teraz, bo za parę tygodni byśmy zaczęli ratować i jeszcze byśmy uratowali i dopiero nieszczęście.

      • ~Ania pisze:

        To chyba prawda, że większość facetów łatwiej godzi się z niemożnością posiadania dzieci. Ja kiedyś zapytałam mojego Em co będzie jeśli się nie uda, odpowiedział mi, że kupimy sobie psa i będziemy podróżować. Potem po pierwszej nieudanej iui powiedział, że za dużo go to kosztuje, że przechodził to już wiele razy z pierwszą żoną i nie ma siły,że już się raz pogodził z ta myślą. Z jednej str takie słowa bolą, z drugiej myślę że są też takim mechanizmem obronnym, a rzadziej prawdziwym powodzeniem się. Faceci cierpią inaczej, na swój sposób.

  9. ~Yarzynka pisze:

    Kazda z nas ma leki I wachania, kazda sie czegos boi. Ja bardzo tego ze moje dziecko bedzie chore. Ta mysl przychodzi mi do glowy od dawna, teraz coraz czesciej ze wzgledu na statystki dzieci kobiet po 35 roku zycia. Zreszta juz trzy lata temu kiedy zaczelismy sie starac o potomka, w wieku 33 lat, tak mnie to moglo nagle sparalizowac i zmrozic do wnetrza ze jestem niemalze pewna ze to w jakims stopniu bylo przyczyna niepowodzen.
    Nawet po transferze mialam takie mysli. A jednoczesnie wyrzucalam sobie sama ze co za matka ze mnie jesli swojemu dziecku tak zycze…Teraz po nieudanym pierwszym podejsciu mysli zelzaly: coraz bardziej rozumiem ze sa rzeczy na ktore nie mam wplywu ale mysl ciagle gdzies siedzi I paralizuje…

    Teoria ze stres ktory przezywamy jest porownywalny z tym ktorego doswiadczaja osoby w bardzo trudnych sytuacjach zyciowych ma sens… Budzenie sie w nocy I walka z myslami: co bedzie jesli…(sie nigdy nie uda…), nagle przyplywy ponurych mysli I przeswiadczenie ze do konca zostaniemy tylko we dwojke, towarzyszace temu lzy I uczucie ze cos dusi cie zagardlo – to wszystko z czym zmagamy sie na co dzien miesiacami, latami… Nie moze to nie miec zlego wplywu na psychike I samopoczucie choc czesto ukrywamy to nawet same przed soba. Ostatnio podczas nudnej konferencji w pracy zlapalam sie na tym ze na wpol podswiadomie nabazgralam na kartce papieru gdzies na marginesie ludzika ktoremu kapia lzy z oczu i ktory wali glowa w gruby mur. Ten ludzik to ja… przerazilam sie…
    Pewnie jak wiekszosc z Was nie mam z kim o tym porozmawiac: zdecydowalismy sie nikomu o naszych perypetiach z invitro nie mowic, zreszta ciezko jest oczekiwac zrozumienia od kogos kto przez to nie przeszedl. Dlatego tak wazne sa te wirtualne pogaduszki I spotkania I bardzo sie ciesze ze tu trafilam.

    • ~Wężon pisze:

      Ja nie mam oporów żeby opowiadać. Sąsiedzi wiedzą, oczywiście nie w szczegółach.
      Dogłębnego zrozumienia mogę oczekiwać tylko tutaj.
      Nie wstydzę się in vitro i niosę kaganek oświaty. :)

      Yarzynka opisz się w naszych historiach, to ułatwia identyfikację, zawsze można sobie podejrzeć co która przeszła i co słychać teraz. Mam nadzieję, że wszystkie nasze historie skończą się zdrowymi porodami.

      • ~Yarzynka pisze:

        Nie wstydze sie invitro, wrecz przeciwnie, teraz wiedzac ile trzeba przejsc i jakie cierpienia (w wiekszosci) to niesie, czuje szacunek dla tych ktorych zycie zmusilo do takiej decyzji.
        Nie powiedzielismy nikomu dlatego ze czesc znajomych/rodziny nie zaakceptowala by naszej decyzji z wzgledow swiatopogladowych (sama mialam mieszane uczucia zanim podeszlam do zabiegu, szczegolnie jak sie czytalo w „oswieconej” prasie jak to sie wyrzuca zarodki ktorych sie nie wykorzystalo. Teraz wiem jaka to bzdura bo kazda z nas drzy o kazdy zarodek).
        Nie chce tej grupie osob wprowadzac zamieszania i burzy w zyciu. To nie ich problem i z tego powodu nie powinni byc swiadkami kontrowersyjnych (w ich przekonaniu) dzialan.

        Druga czesc nie zrozumie naszego problem. Kolezanki i siostry/kuzynki zachodzily w ciaze bez problemow, no moze ktoras musiala poczekac kilka miesiecy zeby wreszcie obwiesci super nowine (najczesciej na Facebooku;). Porady jakie otrzymuje od tej czesci to: „zrelaksuj sie,” „moze czerwone wino?” „aha, teraz jedziecie na wakacje to bedziecie na luzie to wam sie uda”. A takze: „ja w ogole o tym nie myslalam i jakos tak wyszlo”. Same wiecie jak takie komentarze wkur… . I budza jeszcze wieksze poczucie niesprawiedliwosci.
        Nawet gdybym powiedziala to nie znioslabym dopytywania: jak poszlo, co lekarz powiedzial, co planujecie dalej. Dlatego nikt nie wie poza tutejszymi bywalczyniami.

        Do Naszych historii sie wpisze, tez tam zagladam:)

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Yarzynka, niniejszym otwieram galerię naszej twórczości. Utożsamiam się z tym co napisałaś.
      Może chcesz mi tego ludzika zeskanować i wysłać? Bym go tak dla upamiętnienia tych refleksji opublikowała w nowym poście – z Twoim komentarzem. Nieważne jak bardzo niewielki to margines i z jaką precyzją. Jeśli chcesz i się zgodzisz – ślij!

      • ~Yarzynka pisze:

        Hmm, zagielam margines w notatniku tak zeby ludzika nie bylo widac. W ten sposob nie straszy mnie wiecej…On jest naprawde ohydny i nie chcialabys go ogladac Iza, wierz mi…
        Do galerii moge przeslac tecze – znak nadzieji ktorej tak bardzo nam wszystkim potrzeba! :)

    • ~akuk pisze:

      Statystyki statystykami… ale…
      Wczoraj byłam w szpitalu na badaniach. Oddział ginekologiczny i położniczy mają wspólną rejestrację, do tego patologia ciąży też jest połączona z ginekologią. I prawie wszystkie babki które przyszły do porodu lub właśnie urodziły (i kręciły się po korytarzu) były w wieku… hmmm… ze dwie mogły być przed 30. :) Pozostałe to spokojnie przed 40, a jedna chyba nawet po.

      A co do wad i chorób… znam dziewczynę która urodziła jako nastolatka. Dziecko miało Zespół Downa. Inne znany mi mamy dzieciaków z ZD urodziły je przed 30.

      • ~Yarzynka pisze:

        No to napisze cos do czego (rowniez) sie nie przyznaje: jak widze kobiete z malym dzieckiem to bacznie sie jej przygladam, szczegolnie twarzy, zeby wywnioskowac czy wyglada na starsza czy mlodsza ode mnie. Jesli mysle ze jest starsza to taka ogromna nadzieja, ze jej sie udalo to I moze mnie….
        Wiem, patetyczne to jest ale nie moge sie powstrzymac… Problem w tym ze w zgadywaniu wieku znajomych mi osob jestem beznadziejna I nie raz myslalam ze ktos jest o kilka dobrych lat starszy niz w rzeczywistosci. Taka moja mala przypadlosc, zeby nie bylo;)

        • ~Asia pisze:

          Yarzynka, nie wiem czy to będzie dla Ciebie pocieszenie, bo ja Ci to napiszę ale moje dzieci są zdrowe a urodziły się jak miałam 29,35 i 39. I jak pewnie wiesz jeszcze chciałabym mieć jedno. Koleżanki z mojego rocznika też mają małe dzieci (ciąże od 35 lat w zwyż), jedna nawet teraz w ciąży i wszytko jest dobrze z badań – choć ja teraz robiąć test Pappa też się trochę bałam. Koleżanka lekarka która naprawdę boi się o wszystkie choroby świata, bo na co dzień pracuje i w szpitalu i na pogotowiu też teraz „ryzykuje i się stara”. Nie wiem czy to Cię troszkę uspokoi ale jeśli tak to się cieszę.
          Zagrożenia są i będą zawsze. Ja nie mogę przestać myśleć o Rodzicach małego Tymona który wpadł do źle zabezpieczonego kanału. Zdrowe najukochańsze dziecko i go nie ma :-( jest mi bardzo bardzo przykro.

        • ~Wężon pisze:

          Yarzynko, jestem ciekawa, ile byś mi dała lat. Większość daje mniej. Dziewczyna, z którą mialam transfer nie wierzyła, że mi podano dwa zarodki, bo mam ponad 35. Ale metryka mówi swoje. Tak bardzo goni mnie ten czas. Wszystkie matki wokół są młodsze, sąsiadki po około 5-7 lat i mają już dwójkę dzieci.

  10. ~bilbao pisze:

    To ja jeszcze dodam, ze moj maz od zawsze mial schizy zwiazane z niepelnosprawnymi, chorymi dziecmi….podobno jak byl dzieckiem to czesto widywal takiego chorego chlopca na wozku, i ze on strasznie mu wspolczul a jednoczesnie okropnie sie bal.
    I ten strach zostal w nim do teraz.
    Jeszcze przed podejsciem do pierwszej ciazy mowil mi o tym, ale go uspokajalam. Ze niby dlaczego nam ma sie to zdarzyc, przeciez wszyscy wokol maja zdrowe dzieci….I bach, pierwsza ciaza nieudana. Pomyslelismy, ot, zdarza sie, biologiczna ruletka. I druga ciaza- tu bylo jeszcze gorzej, dziecko z wieloma wadami.
    W miedzyczasie przed oczami widok mojego brata i codziennej walki.
    Po tej ostatniej ciazy strach przez decyzja o kolejnych staraniach byl niemalze obezwladniajacy.
    Przez pierwszy miesiac po moim wyjsciu ze szpitala wogole nie poruszalismy tematu dziecka. Moj maz powiedzial mi, ze gdyby nie ja i moje pragnienie, temat dzieci bylby dla niego definitywnie zamkniety
    Tak, mezczyzni podchodza do tematu inaczej niz my, i dlatego wlasnie to my ciagniemy ten wozek, badania, zabiegi, terminy wizyt, usg, itd. Oni nam w tym pomagaja w chwili gdy musza sie wlaczyc. a na codzien sa obok i trwaja z nami w tym wszystkim przez caly czas i gdy sa potrzebni sa obok.
    Iza – mam do Ciebie prosbe, dodaj mnie prosze do Waszych/Naszych historii, opisalam w komentarzu do poprzedniego posta. Dziekuje;-)

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Bilbao – proszę i dzięki, że się podzieliłaś http://krotki.blog.pl/wasze-historie/bilbao/

    • ~Yarzynka pisze:

      Bilbao, w tym wszystkim nie mozemy zapomniec ze oni tak samo cierpia jak i my: z powodu uplywajacego czasu i dni bez dzieci, z powodu naszego bolu, bo kolejny raz sie nie udalo…
      Wstydze sie tego ale ja calkiem nie patrzylam na uczucia meza po poronieniu…Skupilam sie na sobie: to ja stracilam dziecko i to moj bol jest najwazniejszy…On byl caly czas kolo mnie, przytulal jak mi lzy lecialy, zgadywal moje mysli – wszystko zeby mi ulzyc. Sam nie plakal, tylko raz go widzialam obcierajacego lze jak powiedzialam ze takie zycie w dwojke nie ma sensu…. Nigdy tego wiecej nie zrobie i nigdy nie zaneguje tego co jest miedzy nami (pomimo tego czego nie ma).
      Dopiero wpis Izy o tym co jej maz (mimochodem) wspomnial jak byla ostanio w szpitalu o swoich demonach uswiadomil mi jaka egoistka bylam! Tego bledu tez juz nie popelnie!

      • ~Wężon pisze:

        Mój nie cierpi z braku. Naprawdę nie zależy mu na drugim dziecku, na pewno nie tak, żeby się bardzo starać. Jakby samo przyszło to super, ale gdyby to on miał decydować już by zakończył ten temat.

  11. ~bilbao pisze:

    my kobiety mamy przyjaciolki, fora, grupy wsparcia….a nasi Panowie czesto gesto sa sami ze swoimi rozterkami i demonami. Moj Maz to typ faceta zamknietego w sobie i nieufnego, z nikim o naszych przejsciach nie rozmawial i nie rozmawia, tylko ze mna. Tak naprawde ogrom jego rozpaczy uswiadomilam sobie gdy w 2013 roku wrocilismy od znajomych ktorzy po wielu dlugich latach staran pochwalili nam sie ciaza….wrocilismy w srodku nocy i do rana siedzielismy na balkonie….moj Maz po raz pierwszy od 2 lat rozplakal sie, z takim strasznym zalem, wyrzucil z siebie to co tak strasznie mu ciazylo, ciaze u kolegow w pracy, pierwsze i kolejne, pepkowe, opowiesci jak cudowne sa badania usg w ciazy gdy mozna zobaczyc dziecko, wymienianie sie fotelikami….Pamietam swoje odczucia wtedy, ze dalabym i zrobila wszystko co mozliwe na swiecie zeby urodzic to dziecko dla Niego.

  12. ~aa pisze:

    Jeśli mówicie o chorobach powiedzcie czy można, czy ma sie prawo powiedzieć bardzo bliskiej osobie, że jej kilkuletnie dziecko jest chore? Ma wszystkie objawy autyzmu chociaż nie w najcięższej postaci, cierpi, świat jego odgłosy je przerażają tylko rytuały powodują nieco spokoju. Kiedyś już próbowałam ale usłyszałam, że to nie mmoja sprawa ale już nie wytrzymałam jego bólu i powiedziałam o swoich spostrzeżeniach…. Chyba ją straciłam i kontakt z dzieckiem też. …Ale czuje ulgę… Może pomogą mu wreszcie…. Miałam prawo?

  13. ~Iza krotki.blog pisze:

    Aa, łatwo z boku się radzi, ale stanęłaś przed decyzją, w której każdy wybór będzie zły.
    Kilka lat temu mój tata miał podobne spostrzeżenia na temat dziecka niezbyt bliskich znajomych. Przez wiele dni wahał się czy im powiedzieć. W końcu postanowił się nie wtrącać.
    Dziś, gdy mu się przypomni to dziecko, chyba żałuje.
    I tak i tak, było duże ryzyko, że coś stracisz: znajomych albo spokój sumienia. Myślę, że wybrałaś tę mniej złą opcję. Z tego jak piszesz, wydajesz się dobrą kobietą, gdybyś nie spróbowała, na pewno żałowałabyś swojego milczenia.
    Wydaje mi się, że w takiej sytuacji trzeba być absolutnie szczerym. Powiedzieć rodzicom, że jest Ci niezręcznie, że może się mylisz, obyś się myliła, ale niepokoi Cię to i to…

  14. ~aa pisze:

    Ja kocham to dzieciątko nad życie, czekalismy na nie 9 lat! Mam znajomych studentów psychologii, dowiadywalam się czy moje obawy mają sens i okazało się, że czas jest najważniejszy, można bardzo pomóc… Żeby było w miarę „normalnie…. ” tylko serce i tak pękło, gdybym mogła część cierpienia wziąć na siebie… Sorki że zawracam gitarę takimi sprawami…. Ale to wasze forum to FORUM SIŁACZEK dlatego troszkę się wzmocnię… Powodzenia w waszych trudach!!!

    • ~Asia pisze:

      Aa, ja mogę w zasadzie podpisać się pod tym co napisała Iza. To jest trudne ale jeżeli główną motywacją jest szczera pomoc temu dziecku a rodzice nie widzą, że jest chore to uważam, że wręcz należy powiedzieć, bo przecież nie można przejść tak zupełnie obojętnie koło chorego dziecka jak rodzice niczego niepokojącego nie widzą. Tylko tak jak napisała Iza trzeba to zrobić bardzo bardzo delikatnie bo to nie jest informacja o jakiejś zwykłej uleczalnej chorobie typu zapalenie oskrzeli tylko coś czego rodzice nie chcieliby usłyszeć nigdy w życiu. Ja się kompletnie nie znam na autyźmie czy może Aspergerze i nie podjełabym się diagnozowania. Natomiast czasem rodzice są tak niezdolni do przyjęcia prawdy, że przez lata oszukują siebie i dziecko, że jest dobrze i nie robią najpotrzebniejszej rzeczy żeby pomóc dziecku – czyli diagnoza i terapia. U mnie niestety mój kuzyn był wychowywany przez takich rodziców, tłumaczyli że ma mózg naukowca i że jest bardzo zdolny etc. Chłopak ma teraz 30 kilka lat, nie ma nikogo znajomego, całkowicie zależeny od rodziców, nie pracuje, siedzi w domu. Na „pogrzebach i ślubach”nic się nie odzywa i siedzi bez ruchu. Ja znam go z wczesnego dzieciństwa z wakacji więc pytam go co jest grane a on mi mówi, że mu się w mózgu coś kiedyś odłączyło i nie może mówić. Pytam jego mamy o co chodzi a ona mi na to, że to przez komputer tak mu się stało, że to „jakaś choroba internetowa”. Tego, że jest dziwny nie da się nie zauważyć, nawet dziwnie wygląda więc pytam czy była z nim u lekarza, a ona mi znowu na to, że to choroba internetowa i żebym wzięła go do kina albo do kawiarni i znalazła mu dziewczynę. Tragedia. W sumie to najlepiej chyba zdiagnozował się on sam a rodzice tego, co on mówi nie słuchają. Próbowałam jeszcze potem kilka razy poruszyć temat przez telefon ale poddałam się, pomimo, że to nie jest już delikatna sprawa bo każdy obcy człowiek zauważyłby, że coś z nim jest nie tak to rodzice wypierają to i o zgrozo „czekają, że może wyrośnie z tego”. Prawie czterdziestoletni facet. Nie wiem czy jak dorastał ktoś powiedział tej mamie, że chłopak ma problem i żeby poszła z nim do lekarza…..

  15. ~s-mother pisze:

    Asiu, Wężon, ciągle mam kołek w dupie ze stresu i na razie siedzę cicho jak mysz pod miotłą, może mnie licho nie znajdzie. Ale wywołana do odpowiedzi melduję, że dziś (18 dpt) beta wynosi 78,1, czyli znów 130% w górę. Plamienia bez zmian, w poniedziałek popołudniu były nawet dość intensywne- był moment, że myślałam, że już pozamiatane, ale mimo tego beta urosła… Na razie odpuszczam sobie kolejne badania, bo zbliża się piękny, długi weekend i mam zamiar pozwolić głowie odpocząć w rodzinnych stronach. A w przyszłym tygodniu i tak mam zaplanowaną wizytę. Co ma być to będzie.

    • ~Asia pisze:

      Krótko: beta super przyrost. Rewelacja. Przed Tobą piękny weekend. A co ma być to będzie jak napisałaś :-)
      Super. Trzymaj się.

    • ~Wężon pisze:

      Dzięki za dobre wieści. Beta rośnie, dziecko się stara. Życzę pięknego wyjazdu i pięknego zarodka na USG.

  16. ~Lucy pisze:

    O dzisiaj te autorki były w Dzień dobry TVN:) Całkiem do rzeczy babeczki gadały:)

  17. ~Ewelka pisze:

    Iza dobrze że beta spada, a u Ciebie smother super że przyrasta! Kibicuje cały czas.
    Margeritko a Ty jak się czujesz? Współczuję Ci bardzo tej straconej nadziei. Ja jestem po 4 nieudanych IUI i 3 nieudanych transferach IVF. Czekam na podejście do drugiej stymulacji, ale Invicta nie ma kasy i czekają ponoć do końca czerwca na nowe wpływy. Pytałam lekarza tym razem o wszystko. Poszłam z kartką. O immunologie, NK itd. Na razie powiedział że to nie ten etap u mnie bo może ta stymulacja nie przyniosła oczekiwanych efektów i nie było żadnego poronienia tylko brak implantacji. Póki co mamy zrobić kariotypy, M dna plemnika mimo że nasienie super to tu może coś wyjść.
    Ja dodatkowo: CFTR, MTHFR, mutacja Leiden w genie Proakceleryny, mutacja G20210 w genie protrombiny, przeiwciala anty -kardiolipina IgG i IgM. Za te wsztystkie badania podliczono mnie 1750zł. Dzwoniłam żeby zrobić kariotypy na NFZ ale termin na listopad. Żart chyba jakiś, więc w poniedziałek przepraszam się z Invicta:)
    Jak wpłynie kasa na program to mam zacząć brać antki i w cyklu z antkami chcą zrobić scratching, a później stymulacja. O tyle dobrze że przynajmniej jakoś ten scratching w międzyczasie to nie przeciagnie się o kolejne miesiące, bo i tak pierwszy realny termin na transfer to druga połowa sierpnia.

    • ~Margaritka pisze:

      Dzięki Ewelka. Muszę spisać te wszystkie badania i tez o nie zapytać. A robisz je w klinice czy masz jakieś miejsce poza gdzie nieznany je zbiorczo zrobić?
      Mamy podobna sytuacje, ja jestem po 3 iui i 3 transferach. U mnie podobno jest ok. Mam owulacje, hormony względnie ok., endometrium, macica, jajowody…niby wszystko gra. Tylko to nasienie. Wiadomo, moje komórki mogą być nieprawidłowe tez-nie sprawdzimy tego raczej. Zreszta lekarz twierdzi ze nie ma co szukać przyczyny dalej bo to raczej kwestia zarodków. Jednak ja będę drążyć. Tak jak nPisala Wezon, za dużo już poświęciłam i zrobiłam, żeby teraz zawrócić. Tylko czy starczy mi na to sił? I tak już zrobiliśmy progres bo staramy się tak układać leczenie żeby tez moc pojechać na wakacje, złapać czasem oddech. Nie wiem czy wy tez tak macie, ale ja nawet na wakacjach czy takim wypadzie jak teraz obsesyjnie myśle tylko o leczeniu i ciąży:/ np bo przecież zaraz po powrocie trzeba to to i tamto….czy jestem aż taka zła że tem ciężar muszę dźwigać?:(

      • ~yarzynka pisze:

        Ja tez, ja tez tak mam ze cokolwiek robie/planuje to uwzgledniam nasze dalsze proby! Chcialabym sie zapisac na zagle: musze poczekac bo bedzie transfer a po tym nie nalezaloby sie meczyc, chce sie zapisac na kickboxing: moze za kilka miesiecy jak bedzie wiadomo czy sie udalo czy nie, bo jak to sie zapisac a potem rezygnowac z powodu ciazy itp itd.
        A na wakacjach ciagle mysle o tym jak pieknie by bylo gdybysmy pojechali na te plaze w trojke, czworke (na piatke juz nie mam szans…). Szukam miejsc na plazy takich zeby nie bylo par z dziecmi, moj maz zeby mnie oszczedzic rowniez…
        Oczekiwanie jest w bezplodnosci najgorsze, zaraz po zawiedzionych nadziejach…

  18. ~Margaritka pisze:

    Dziewczyny, wczoraj wyskrobalam dość długi wpis i tuż przed wysłaniem wysiadła mi bateria w telefonie:/ dziś już nie mam weny powtarzać tego wszystkiego, tym bardziej ze pisze z telefonu. W skrócie powiem tylko ze poruszają mnie wszystkie wpisy i mam swoje refleksje praktycznie do każdego z nich. Cieszę się ze Iza porusza tu ważne i kłopotliwe tematy.
    Jeśli chodzi o mnie to jestem w stresie ze ta beta moze rosnąć i co to będzie, bo raczej prawidłowej ciąży to nie zapowiada:/ to tak apropo tych wszystkich chorób.
    U mnie wczoraj zaczęło się plamienie. Trochę inaczej niż na typowy okres, bo zaczęło się małymi ilościami żywej krwi(zwykle planie na brązowo na po początku i końcu miesiączki). Dziś już więcej krwi, powoli się to rozkręca. Dostaje wyrzutów sumienia, ze skreśliłam ten 1% szansy na ciąże, ze zapaliłam. Z drugiej strony słowa lekarza ze nic z tego nie będzie na 99%, ze odstawiamy leki i w zasadzie od razu omawianie kolejnych krokow( histeroskopia, kolejny transfer i już plany na kolejna punkcję). Okropne jest to życie w zawieszeniu:((
    Maż na swój sposób się podłamał i zachowuje się dziwacznie. W sunmie tak jak ja zwykle- powtarza ze wszystko jest bez sensu, ze go wszystko wkurwia i jest smutny.
    Zlozonosc stanów jakie przechodzimy w niepłodności jest nie do opisania, ale tak, ciagle czuje się jakby mi ktoś zmarł, mam irracjonalne lęki. A tera nawet nie bardzo mam prawo opłakać stratę. No bo stratę czego? Chyba nadziei…
    Aktualna sytuacja mnie przerasta. Nie wiem co mi jest, co się dzieje w środku….
    Nie sądziłam ze może się zdarzyć taka sytuacja.
    U s-mother w końcu beta rośnie. Gdybym pierwsza krew zrobiła w 12dpt pewnie byłoby ponad 10, skoro w 10 było 4,9…:/
    Jest jednak okres.
    Porypane to wszystko:(
    Czuje się podle:(
    Wczoraj jeszcze zadzwoniła mama z informacja ze kuzynka(w moim wieku) urodziła dziecko. Zreszta drugie już. A druga będzie rodzic na dniach. I ze wnuczka mojej cioci nie zajmuje się swoim dzieckiem tylko znika gdzieś na całe noce, a czasem kilka dni. Dodam ze w ostatnim czasie wzięła tabletki wywołujące skurcze bi była w drugiej ciąży.
    Przyjaciel męża ma dziecko. Moje stracone byłoby 3 miesiące młodsze. Serca mi pęka jak widzę ta dziewczynkę. Rodzice nie mieszkają razem, żyją osobno, dzieła suw opieka nad córka. Nie rozwiedli się jednak. W przypływie popędu seksualnego (ponoć akt jednorazowy) zaskoczyło i drugi raz-jego żona-nie-zoba(w końcu co to za związek kiedy każde sobie rzepkę skrobie) jest w ciąży.
    Przytłacza mnie to wszystko.
    Cały czas podczytuje Was, żałuje ze nie mogę odpisać na wszystko, ale chcąc to robić z telefonu nie miałabym szansy podziwiać widoków, tylko stukałabym w klawiaturkę i ponownie przewijała te mnogie komentarze żeby się odnaleźć. Wiem, ze po moim powrocie będzie już mało sensownie wracać do starych postów bo nikt już tego nie będzie czytał. Dlatego tez zbiorczo wszystkim dziękuje za rady jeszcze spod poprzedniego postu i pamięć. Jestem tu cały czas, podczytuje:)
    Iza książka wyglada na super pozycje, dzięki ze o niej napisałaś:)

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Margaritka, Ty zrobiłaś długi wpis ze swojego urlopu, ja wyłączyłam telefon i wszelki internet całkowicie na swoim, odpoczywałam.

      Nie miej wyrzutów, że odstawiłaś leki. Lekarz, bez pewności, że ciąża się nie rozwinie, nie kazałby Ci tego robić… Żałuję, że u mnie nie było widać wcześniej, że coś jest nie tak…. Ze nie wspomnę, że nawet po odstawieniu leków beta rosła – jak widać, nie leki decydują o rozwoju ciąży.

      Mam nadzieję, że na powiekach zostały CI obrazy z gór do teraz… I Twojemu mężowi też. I wypchnęły z głów lęk, złość, poczucie bezsensu, bezradność…

      • ~Margaritka pisze:

        Odrobinę na pewno wypchnęły:)chciałabym i ja dać sobie psychiczne przyzwolenie żeby się odciąć całkiem, chociaż na chwile. Teraz jednak taki gorący okres. Ale obiecuje, ze jak się nie powiedzie lipcowy transfer to znikam przynajmniej na pół miesiąca w sierpniu:) to będzie moment chwilowego odpuszczenia wszystkiego. Teraz jest w rozpędzonym pociągu.

  19. ~Margaritka pisze:

    Ach… Zapomniałam dodać o koledze męża z pracy który jest ok.40 i ma chore stawy, brał sterydy a jego o wiele młodsza żona miała hiperprolaktynemie i gruczolaka w przysadce od tego(dobrze wiecie ze to oznacza niemożność zajścia w ciąże). Nie powiedzieli czy natura czy on vitro ale im się udało, maja piękna córkę kilkumiesięczna. Moja kolezanka z pracy ( z której odeszłam i do której wracam) wyszła za maź i od razu ciąża. Miedzy innymi to mnie dobiło, ze ona odejdzie na macierzyński a w trudnych klimatach szkolnych już niw został mi wtedy nikt „normalny”. Poza tym zaczęły mnie drażnić dzieci(coś mi się w psychice odkleilo) i nie byłam w stanie z nimi pracować. Teraz wracam do szkoły i dławi mnie przerażenie- ale to jest temat na dłuższy topic.
    I jeszcze przed chwila maż mi powiedział o ciąży jego kolejnego przyjaciela. Tez trudny przypadek, dziewczyna ma coś z tarxzyca(tak poważnie). Pierwsza poroniła. Mam wrażenie ze całemu światu się udaje, wszystkim wokół tylko nie nam(a w końcu nie jesteśmy beBadziejnym przypadkiem..). Z lekiem czekam na wieści od mojej siostry która meczy swojego chłopaka o dziecko(tylko on się opiera) i od siostry męża(we wrześniu wyszła za maż, więc naturalna kolej rzeczy). Pewnie brzmię jak zawistna suka. To nie vtak. Gdzieś tam się cieszę z tych ciąż i dzieci. Tylko każda z nich jest jak nóż w moje serce.
    Tracę nadzieje. Chce wyć.
    Góry mnie wzruszają jeszcze bardziej. Chciałabym rozpłynąć się i przepaść w ich pięknie i potędze.
    Dławi mnie ból, nie jestem w stanie płakać.

    • ~asti pisze:

      Margaritko, głowa do góry. Wiem, że łatwo napisać. Trudniej wykonać.
      Chyba najlepiej wpaść w miłe progi do Izy i popisać :)
      Trochę źle dobiorę może słowa, ale nie poddawaj się :) Jest jeszcze trochę czasu, żeby się przebadać z każdej strony :) Spróbować leczenia, jeśli będzie taka możliwość. Wiem, że w głowie zegar tyka. Że myślisz zapewne przy każdym okresie, że znów miesiąc w plecy. Ja tak myślę od 4 lat.
      Po każdym nieudanym cyklu przychodzi ogromny ból, załamanie, niechęć, złość na cały świat i na pół kosmosu.
      I ja teraz też tak mam. Przyszła małpa wredna.
      Zaparzyłam meliskę. Tylko spokój może mnie uratować.
      Za tydzień o tej porze będę po drożności.
      Boję się trochę. Może nawet bardzo.
      Dziś pierwszy raz pomyślałam o sobie – jestem niepłodna.
      @ przychodzi co miesiąc jak kat. Nie licząc się z moimi marzeniami, z moim chceniem.
      W koło same ciężarówki, młode mamy. Co i raz ktoś zapyta „a wy kiedy?”. Ta pustka w głowie.. Jak dobrać słowa i uciąć temat? No staramy się… „To co tak słabo?”
      …………………..
      Mam już dziecko. Dość spore. Tak jak Iza napisała – z tej perspektywy starania wyglądają inaczej. Trochę tak. Bo jest już KTOŚ :) Moje dziecię jakoś nie garnie się do posiadania rodzeństwa. Bardziej ja się garnę, żeby było nas więcej. Wychodząc za mąż nie przewidywałam opcji: potomstwo – 1 szt.

      Ale jest też coś takiego, że w głowie zaczyna kołatać tylko ta jedna myśl – chcę być w ciąży, chcę mieć dziecko. Ta myśl zaczyna przesłaniać cały świat i miesiąc w miesiąc człowiek się stacza w jakiś dziwną wąwóz. I wychodzi po 4-5 dniach. Bo przecież zbliżają się dni płodne..
      Wszystko wyliczone, zwarci i gotowi do działania…

      • ~Margaritka pisze:

        Asti, Asti… Pięknie to opisałaś. Staczamy się w wąwóz i wypełzły z niego w stronę słońca, bo przecież dni płodne…bo kolejny transfer. Bo jest nadzieja. Ja tez przeżywam to wszystko od 4 lat, zaczęliśmy się”starać” rok po ślubie, martwić niespełna 2lata.leczymy się od 3 lat. Czas ucieka niemiłosiernie, a ja czuje ze stoję w miejscu.

  20. ~bilbao pisze:

    Wiesz Margeritko, chyba większość z nas tutaj albo wszystkie nawet czuje się jak wredna suka czasem…
    Ja po moich ubiegłorocznych przejściach, na obecne ciąże wokół mnie stałam sie troche odporna jeżeli chodzi o emocje, ale nigdy nie zapomnę 2013roku (w kalendarzu chińskim to był rok płodności wiec miałam nadzieję, że i mi się w końcu poszczęści).
    A 2013 wyglądał mniej więcej tak:
    marzec -druga ciąza najbliższej przyjaciółki – starali sie 3 lata, wcześniej poroniła
    maj – ciąza u bardzo bliskiego kolegi męża,
    czerwiec – ciąża u przyjaciół, starali sie 10 lat o dziecko.
    lipiec – informacja że bliscy znajomi od pewnego czasu za miesiąc rodzą drugie dziecko – starali sie 2 lata,
    wrzesień – informacja o drugiej ciązy u kolejnych przyjaciół, pierwsze z invitro drugie naturals.
    I uwaga na dobicie: grudzień, tydzień przed świetami Bozego Narodzenia dowiaduję się, że moja siostra lat 46 i moja bratowa lat 45 oczekują (niespodziewanie dla nich samych) kolejnych, trzecich już w ich rodzinach pociech.
    Nie wspominam o ciążach dalszych znajomych lub koleżanek z pracy – nie zliczę.
    Kur…, tych emocji w tym cholernym roku 2013 nigdy nie zapomnę.
    Wredną suką byłam cały czas. I co zdążyłam sobie poradzić z jedną wiadomością, przetrawić w sobie, to zaraz JEB kolejny news – CIOS.
    Co nie znaczy, że sie nie cieszyłam, bo prawie wszystkie te pary starały sie o dziecko długo i też swoje przeszły.
    Ale co przeżywałam w środku – MASAKRA emocjonalna:(

  21. ~bilbao pisze:

    I ja też wyłam w środku, rozpadałam sie na kawałki z każda wiadomością o kolejnej ciązy, a co więcej, gnębiły mnie jeszcze cholerne wyrzuty sumienia no bo jak, przecież im sie udało, oni sie cieszą, a ja tutaj taki smutek i zazdrość…kuźwa, czasem myślałam nawet, że coś ze mną nie tak.
    Teraz już wiem, że miałam prawo się tak czuć, i tak jak Ty Margeritko masz prawo czuć się teraz.

    • ~akuk pisze:

      A wiecie… mi brakuje trochę tych emocji. Tej właśnie złości, wściekłości…
      Bo wtedy przynajmniej coś się czuje. Ma się dołek, ale też kopa do walki.
      Ja od dawna nie czuje nic. Jest tylko jeden stan, który mogę określić jako odrętwiający smutek. Kompletny brak nadziei, wiary, nawet złości czy bezsilności. Takie odrętwienie, trwanie w próżni emocjonalnej.

  22. ~Mojra pisze:

    Margaritko, słońce Ty moje, czuje każda Twoja emocje w tym momencie i niewiarygodnie mi przykro i tak sobie pomyslałam ze moze potrzebowałabys dłuższej przerwy..,z tego co zrozumiałam pracujesz z dziećmi…moze nie powinnaś jeszcze wracać do pracy…moze to czas na jakaś terapie i ogarnięcie głowy, bo inaczej nie ruszysz do przodu. Wiem ze to brzmi irracjonalnie, ale czasami powinnismy dac sobie pomoc, szczególnie teraz gdy twoje emocje widac przechodzą apogeum. Trzymam za Ciebie kciuki, jesteś silna i masz prawo czuć sie paskudnie. Masz prawo.

    Bilbao, nie uwierzysz, ale wczoraj cały dzień w związku z tematem chorób wywołanym na blogu, przeszukałam forum ginekologiczne i przez przypadek trafiłam na Twoja historie, wtedy,,, gdy to sie działo….serce mi pękło kolejny raz… Tak bardzo mi przykro, ze i Ciebie to spotkało. Osobiście od wczoraj powstrzymuje sie przed wylaniem swoich gorzkich zali, bo wiem jak bardzo niewdzięcznie moze to wyglądać. Czekam na wyniki badań, i wierzcie mi lub nie ale dla mnie to czekanie na wyrok śmierci lub życia. Dosłownie. Odczuwam paraliżujący strach, tak bardzo sie boje. Jedyne co przyszło mi do głowy co do niepłodności to niestety historia jej nie kończy sie wraz z dwoma kreskami na teście.

    Kiedyś na jakimś blogu adopcyjnym przeczytałam, zeby zamknąć oczy i wyobrazic sobie swoje wymarzone dziecko, jakie ono bedzie, a otwierając oczy uświadomić sobie, ze bedzie ono jego zupełnym przeciwieństwem…i zadać sobie pytanie czy nadal jesteśmy gotowi by je zaakceptować? Chce wierzyć ze tak.

    • ~bilbao pisze:

      Mojra,
      jak sobie przypominam to co działo sie ten prawie rok temu…aż trudno mi uwierzyć, że naprawde mnie to spotkało.
      Na szczęście czas leczy rany, już tak nie boli strasznie.
      Ale dzisiaj np. jest słaby dzień, bo dokładnie rok temu 4czerwca zrobiłam test ciążowy.
      Dzisiaj wiec taki smutny dzień, wspomnienia ciagle wracają,a dzisiaj ze zdwojoną siłą.
      Trzymam kciuki za dobre wyniki Mojra, wiem jak to jest gdy się czeka.
      Tylko tyle mogę dla Ciebie zrobić.
      NA szczęście złe wyniki trafiają sie wbrew pozorom rzadko, wiec jest OOOOOOOGROMNA szansa, że wszystko u Ciebie będzie OK !:) Czego Ci życzę z całego serca.

      • ~Mojra pisze:

        Wiem o czym mówisz, ze cieżko uwierzyć ze to sie wogole wydarzyło..mam tak samo. Miesza mi sie rzeczywistość z jakaś fikcja, ktora zdarza sie tylko innym. Ale niestety stało sie. Tobie, mnie i reszcie tego 1%… Zastanawiam sie jeszcze czy w badaniu Harmony (moze wiesz) do ryzyka brana jest historia matki? Poprzedni przypadek? Wydaje mi sie nie, ale nie jestem juz niczego pewna. Wiesz moze? Zastanawiam sie tez czy jest sens robienia PAPPy? Z tego co wyczytałam żadna z dziewczyn z tamtymi historiami jednogłośnie pisała ze nigdy w zyciu by jej nie robiły. Nie znam jeszcze NT ale spodziewam sie ze gdyby było nawet ledwo powyzej normy to skorygowane ryzyko na papie wyszło by mega wysokie po poprzedniej akcji..

    • ~bilbao pisze:

      Mojra, Margaritka
      jak tragiczne jest to przeszłyście :( serce mi pękło jak czytałam Wasze historie.
      Ja daję Wam siłe?? A ile Wy dajecie Dziewczyny!
      Mojra, z całych sił musisz wierzyć że tym razem się uda, pech nie może nas się trzymać w nieskończoność.
      Gdybym w to nie wierzyła to nie walczyłabym dalej, tak jak wszystkie my tutaj na blogu Izy, i jak Ona sama.
      Matko, ile my mamy siły Dziewczyny.
      Wiecie, ja mam tak, że ilekroć los mi dokopuje to tym bardziej wkur… sie na niego i myślę sobie: O nie, nie dam się, nie wycofam tak łatwo.
      I przystępuje do walki z jeszcze większa determinacją.
      Tak się cieszę, że Was znalazlam Dziewczyny i, że mamy siebie i wirtualne wsparcie – bezcenne. Tyle siły do działania i wiary ile dają Wasze historie nie dadzą żadne mądre książki i najlepszy psycholog :)

    • ~Margaritka pisze:

      Mojra masz racje z tym odpuszczeniem. Zobaczymy, przede mną histeroskopia i zamierzam ogarnąć te badania rożne dodatkowe. Pózniej transfer ostatniego mrozaczka(w którego lekarz zdaje się w ogóle nie wierzyć:( ) może przed kolejna stymulacja odpuszczę na jakiś czas.
      Co do powrotu do pracy, to muszę. Już od listopada byłam na bezpłatnym urlopie. Dałam tez informacje ze wracam(ruchy kadrowe są w maju). Oczywiście znaleźliby kogoś jednak pewnie ja już nie miałabym powrotu:/ muszę jakoś dać radę. Praca w szkole to jedyna opcja żeby pogodzić wizyty u lekarza codzienne z praca i domem( tam tez są obowiązki…)
      Patowa sytuacja.
      Na terapie już chodzę, co prawda do grupY dla DDD , ale głownie gadam o swoich niepowodzeniach in vitro tam.

  23. ~Margaritka pisze:

    Dzięki Bilbao. U mnie podobnie w tym 2013 roku właśnie tak się działo. Pózniej rok przerwy i teraz gdy idziemy z in vitro wszystkim się udaje tylko nie nam:( apropos świat Bożego narodzenia w 2013, ja na tydzień przed straciłam dziecko. Robiłam w domu, w okropnych bólach, w łazience zalana krwią. Miałam silne skurcze a odruchowo łapałam wszystko co ze mnie wypadało. I jajo płodowe z moim dzieckiem rownież. Byłam przerażona, nie spodziewałam się ze będzie coś poza krwią. A to była tkanka, w cielistym kolorze. Dosyć duża. Nie chciałam jej oddać mężowi. Do tej pory nie wiem co zrobił z „tym”. To zabrzmi strasznie ale wole żeby teraz to wszystko się skończyło niż gdyby zaczęło się rozwijać i gdybym miała znów to przechodzić. Przepraszam za dosadność. Ale leki powróciły. I to okropne uczucie rozerwanego serca. Dlatego mówiłam ze wolałabym żeby w ogóle nic nie było. Bo boje się powtórki z rozrywki jeśli zarodek zacznie się rozwijać ale nieprawidłowo, urośnie i znów będą fizyczne komplikacje. Naprawdę myślałam ze in vitro wykluczy takie sytuacje. Bilbao, przykro mi ze musiałaś to wszystko przechodzić. A pomimo Twiich cierpień jesteś , wydajesz się być, nadal optymistyczna, zdeterminowana. Dajesz wsparcie nam tutaj. Nie jesteśmy sukami ni nie byłyśmy nigdy. Po prostu bardzo, ale to bardzo cierpimy.

  24. ~bilbao pisze:

    Mojra,
    nie rób PAPA, Twoja poprzednia historia zawyży Ci tylko ryzyko, a tym bardziej, jeżeli robisz Harmony. Ono daje 99,9% pewności co do wyniku, no i co ważne, jest nieinwazyjne.
    Ja też PAPA nie robiłam, sama tak zdecydowałam, lekarz tylko przyznał mi rację.
    W Harmony badaja DNA dziecka, to wiem, ale szczegóły o które pytasz już nie bardzo.
    Kiedy masz usg genetyczne?

    • ~Mojra pisze:

      W najbliższy wtorek usg, a wyniki odpisali ze przygotują w weekend ( jakkolwiek to możliwe). pocieszam sie ze w 10t4c na usg 3d było wszystko w normach, ale za wczesnie na jednoznaczne pomiary. Co prawda duże obrzęki pewnie były by widoczne, co tez daje wiarę. Nie rozumiem tylko dlaczego Harmony wyrażane jest tez jako ryzyko, skoro wlasnie badają DNA…dla mnie wydaje sie to zero jedynkowe, albo jest trisomia albo jej nie ma, nie kumam jak moze byc 1:100 albo 1:10000..

  25. ~Margaritka pisze:

    Mojra wiem ze trudno ale staraj się dać tym okropnym obawom. Tak jak mówi Bilbao kiedyś pech musi odpuścić! Czekam z Tobą i mam nadzieje ze będzie dobrze:) nie doszłam do etapu badań prenatalnych to i się nie znam w ogóle na tych wszystkich badaniach. Staraj się nie stresować kochana! Pamiętaj ze dzidzia czuje wszystko razem z Tobą. Ja wierzę, ze jest dobrze tym razem, ze nie ma żadnych wad Twoja dzidzia. Przytulam Cie mocno!!!

  26. ~Ewelka pisze:

    Margaritko badania będę robiła w klinice. Wiem że mają dobre laboratorium więc nie będę kombinować. Wszystko na miejscu i w systemie. W poniedziałek skoczymy przed pracą.
    Z Twoich wpisów widzę że jesteś rozbita. Wiem, rozumiem. Po transferze ostatniego mrozaczka też się zalamalam. Ale póki jest plan działania, wstaje i idę dalej. To daje mi siłę. Ja u siebie podejrzewam słabe komórki bo morfologia nasienia jest bardzo dobra. W ogóle oboje jesteśmy zdrowi, dla nas to jest nadal szok że mamy problem z niepłodnościa bo jak bym miała jakąś chorobę to bym się tego spodziewała. Też mnie doluja wszystkie ciąże, mimo że cieszę się szczęściem innych. Jak słyszę o ciazach po 40 to daje mi to pewną ulgę że jeszcze mam czas bo mam 32 lata. A Ty Margarita w jakim wieku jesteś? Mamy podobną historię, dlatego jesteś mi bliska w tym cierpieniu. Jedyne co to ja nigdy nie widziałam pozytywnej bety, z jednej strony lepiej, z drugiej nie, bo wydaje mi się że w ogóle nie jestem w stanie być w ciąży.
    Myślę że podjelas najlepszą decyzję o odstawieniu leków, nie myśl o tym i nie rozdrapuj ran. Tak miało być, nie chciałabyś przechodzić przez to co Iza. Szybciej wrócisz po mrozaczka który czeka. Jeśli się nie powiedzie to nowa stymulacja da Ci lepsze komoreczki. Ja tym żyje i to mi daje nadzieję. Jestem teraz bardziej świadoma, wiem że Podczas stymulacji muszę odstawić kawę, pić inofolic, brać magnez, koenzym q10. Wierzę że będę miała zarodki lepszej klasy. Tobie też tego życzę. Zobaczysz uda się!

  27. ~Margaritka pisze:

    Ewelka ja mam 31 lat. Decyzje o odstawieniu leków podjął lekarz, nie dał recept i powiedział ze i tak nic z tego raczej nie będzie, ze beta jest za niska na prawidłowa ciąże. FKtucznie w pierwszej ciąży w 27dc miałam betę coś ponad 100. Co do witamin, suplementów to oprócz tego ważna tez jest dieta.duzo ryb,białka, orzechy brazylijskie, jajka.
    Ehh…nie mam siły teraz o tym myślec:(

  28. ~Wężon pisze:

    Ewelka, Margaritka, młode jesteście, macie jeszcze dużo czasu.
    Ja jednak mam robić histeroskopię, na pewno coś jest nie tak. Zabieg w następnym cyklu, jak się uda. Wycinanie zrostów to znowu 3-4 miesiące „odpoczywania”.
    Mogę spokojnie gdzieś wyjechać, ale nie mam siły. Nie chce mi się. Chcę przeżyć swobodnie żałobę po stracie i po odłożonym transferze i wypłakać żal, że przez przynajmniej pół roku nie będę miała szansy. Nie mialam czasu po prostu rozpaczać. Nie chcę nigdzie jeździć.

  29. ~Ewelka pisze:

    Wezon też w następnym cyklu będę miała histeroskopie, ze scratchingiem. Lekarz powiedział że wprowadza kamerkę. Nie pamiętam czy Iza też miała scratching z histeroskopia. Nie wiem czy zawsze tak robią, czy w ogóle można scratching wykonać bez histeroskopii.
    Margarita jeśli chodzi o dietę to jestem na takiej od 1,5 roku, więc z tym już nic nie zmienię:/ Zero przetworzonego jedzenia, dużo ryb, wszystko gotowane na parze. Czasem zamawiam też catering dietetyczny ze zbilansowana dieta.
    Też mam problem z urlopami. Wyjazdy planuje między transferami, stymulacjami. Za każdym razem myślę że to ostatnia szansa na wylot samolotem bo później już w ciąży będę przeciez:) I tak od 1,5 roku… „Niestety” żaden z tych wyjazdów nie był ostatni… Ostatnio byliśmy na wakacjach na początku kwietnia. Przed kriotransferem. Myślałam że wypoczne, zrelaksuje się przed i zaskoczy, no i dupa. Ale jak już jestem na wakacjach to odcinamy się od tematu niepłodności, na szczęście jeszcze to potrafimy. Oczywiście nie w 100% bo musialam klika razy dziennie aplikować leki:P Ale wyjazdy to dla mnie odskocznia i pocieszenie, że przynajmniej mogę mieć urlop. Takie na siłę szukanie plusów w tym moim nieszczęściu.

  30. ~bilbao pisze:

    Ewelka, Margeritka, ja też potwierdzam, macie jeszcze z pewnoscią kilka lat przed sobą jeżeli chodzi o starania.
    Oby tylko wystarczyło Wam siły, wytrwałości i WIARY.
    Ale patrząc na to jakie tutaj są silne babki, to zakładam, że wytrwałości na pewno Wam nie zabraknie. Ja z jestem chyba z Was tutaj na blogu prawie najstarsza niestety bo mam prawie 39 lat, walczę od ponad 5 lat.
    Tak, wiem że późno zaczęłam (kiedyś usłyszałam to od jednej „miłej” ginekolog). Tylko co ja poradzę, że moje wcześniejsze związki to były totalne wtopy, a kochanego Męza poznałam jak przekroczyłam magiczną 30stkę.
    Wężon – być może Ty nie masz żadnych zrostów kobieto i martwisz się na zapas.
    Coś wspomniałaś gdzieś w poprzednim poście, że Twoje okresy są bardziej skąpe.
    Wiec napisze Ci, i uwierz mi jak nikomu, że teoria o skąpych okresach zwiąstujących zrosty w macicy nie zawsze jest prawdziwa.
    Ja jak miałam zrosty to okresów praktycznie nie miałam (ot brudzenie).
    Po histeroskopii gdzie wszystkie zrosty zostały usunięte pierwszy okres był przyzwoity, a pozostałe-coraz bardziej skąpe. Kilka cykli po histeroskopii i przed zajściem w ciąże okresy były słabiuteńkie (dosłownie mogłam chodzić z wkładką). a Endometrium miałam wtedy super-7mm i więcej.
    Moge powiedzieć, że była nawet taka zależnośc – im grubsze endo tym skąpe okresy – ot ciekawostka przyrodnicza :)
    2 lekarzy ginekologów jedynych którym ufam potwierdziło moją teorię – skąpe okresy wcale nie musza zwiastować zrostów.
    A po drugie – nie wiem skąd teoria o 3-4 cyklach które po histeroskopii musisz odczekać ze staraniami. Mi mój lekarz operujący powiedział, że jeżeli zrosty nie wypełniają calej jamy, tylko niewielką jej część, pełna regeneracja macicy następuje po upłynięciu jednego cyklu i wystąpieniu miesiączki. Więc spokojnie, nawet gdyby ten gorszy scenariusz sie potwierdził, to na pewno rekonwalescencja nie zajmie Ci aż tyle czasu. Uwierz mi, temat zrostów mam obcykany :)
    I głowa do góry, niech Ci się chce :)
    Wiesz, mi tez sie dzisiaj nie chciało bo mam smutną rocznicę ciążowego testu sprzed roku i co, prawie zmusiłam sie żeby pójść na rower, zmęczyłam sie jak dzika pokonując 40km, i czuję sie o niebo lepiej. A nawet dobrze :)
    Wiec Ty tez spróbuj, nawet jeżeli teraz siedząc przed kompem czujesz, że nie chce Ci sie nic. No dobra, to niech Ci sie chce popłakać, wyrzucić z siebie żal, a potem niech Ci sie chce i pomyśl, że może wcale nie będzie tak źle – ja generalnie w zyciu uprawiam czarnowidztwo, a tak naprawdę jestem mega realistką i lubie przygotowywać sie na najgorsze scenariusze aby potem sie pozytywnie zaskoczyć.
    Twoja szansa może przyjść szybciej niż Ci sie wydaje. Życie na szczęście potrafi zaskoczyć (mam na myśli pozytywne zaskoczenie) na każdym kroku :)

    • ~Wężon pisze:

      Bilbao, napiszę Ci po raz kolejny, jak to dobrze, że trafiłaś się tutaj z tymi zrostami. :)
      Co do pierwszej części pocieszania: niestety, zrosty są praktycznie na 100%. Byłam w środę u lekarza ze szpitala, widział mnie po poronieniu, widział mnie w kwietniu i teraz powiedział, że bardzo dobrze, że transfer odłożono, bo obraz USG jest bardzo kiepski. Jest jedno miejsce w którym endometrium trochę rośnie, a reszta macicy to jakieś szare kreski. Na 100% tam coś jest, a gdyby nie było, to jeszcze gorzej, bo endo byłoby nieodwracalnie uszkodzone. Postara się znaleźć mi termin na początku następnego cyklu, wie, że każdy miesiąc się liczy.
      Druga sprawa: Cieszę się, że ktoś twierdzi, że można tak szybko po operacji podejść do kolejnych prób. Ciekawe, co na to lekarze z kliniki. Mnie po ostatniej histerolaparoskopii powiedzieli: poczekać 3-4 miesiące i myśleć o in vitro. Zadzwoniłam po raz pierwszy do kliniki po dwóch, zakwalifikowali mnie po 5. Może ze względu na laparoskopię to dłuższe czekanie? Ale odstęp między histeroskopiami też robili 3 miesiące.

      • ~Ruda pisze:

        Wężon, ja nie miałam co prawda zrostów, ale miałam w grudniu usuwaną w czasie histeroskopii przegrodę, i lekarz kazał mi odczekać ze staraniami jeden pełny cykl, tylko. Nie wiem, czy te zabiegi można porównać, ale i w jednym i w drugim coś tam się wycina w macicy.

        • ~Wężon pisze:

          Ruda, coś chyba ostatnio zmniejszają te odstępy. Tak jak po poronieniu- 3 miesiące, a nie pół roku.
          Ja miałam przegrodę usuwaną w styczniu 2010 i wtedy kazali sobie pół roku dać na dobre wygojenie. To pół roku brałam pigułki, potem rok staraliśmy się na luzie, naturalnie, bo przecież wszystko już w porządku.
          Od tej przegrody zaczęły się wszystkie kłopoty – zrosty po ingerencji. Po cesarce nic się nie stało.
          Jak sobie pomyślę, że tyle czasu straciłam… A potem jeszcze prawie 2 lata monitoringów, clo itp. Ech…

          • ~Ruda pisze:

            Po poronieniu ja miałam zalecenie odczekać 3 cykle, ale czytałam na forach, ze niektórzy lekarze zalecają tylko cykl, jeśli poronienie było wcześniej. Myślę ze w przypadku poronienia chodzi nie tylko o wygojenie (jeśli było łyżeczkowanie), ale też o powrót organizmu do stanu sprzed ciąży – rozmiar macicy, hormony.

            • ~Ruda pisze:

              Źle się wyraziłam pisząc „wcześniej” , chodziło mi o poronienie wczesnej ciąży.

              • ~R pisze:

                Ruda tu jest bardziej kwestia poronienia samoistnego albo łyżeczkowania. W przypadku samoistnego wystarczy 1 pełny cykl, często nawet i tego lekarze nie zalecają i jeszcze bezpośrednio po poronieniu kobieta zachodzi w ciążę. A po łyżeczkowaniu min. 3 cykle.

  31. ~bilbao pisze:

    aaaa, no to tak.Skoro mowi to lekarz ktory widzial Cie wczesniej i teraz, to mozna mu zaufac, ale…..jedna rzecz mnie zastanawia moja Droga, a mianowicie, zrosty tworza sie do 7 dni po zabiegu w macicy.Dziwi mnie, ze bezposrecnio po zabiegu zrostow u Ciebie nie widzialno, a teraz niby sa….zrosty nie robia sie ot tak sobie, tylko bezposrednio po ingerencji.To mnie dziwi.
    A bedziesz usypiana do tej histero czy na zywca?.
    Fajnie ze tak szybko ten zabieg, ja u mojego lekarza jak dostalam skierowanie na histero, zaraz pojechalam do szpitala to zabieg mialam w lutym, i za nic w swiecie nie dalo sie przyspieszyc choc bardzo prosilam, polozna na oddziale co robila zapisy byla nieugieta, swoja droga wstretny z niej babsztyl bez serca.
    A tym odczekiwaniem po zabiegu, ja mialam trzy histeroskopie operacyjne miesiac po miesiacu.W nastepnym cyklu po juz molam sie starac.
    Moze to czekanie u Ciebie wcale nie bedzie takie dlugie…
    Wezon, Ty bedziesz w brodowskim moze miala zabieg?

    • ~Wężon pisze:

      Też mnie to trochę zastanowiło, bo też słyszałam, że pierwsze 5 dni po zabiegu najwięcej zmienia. Dlatego byłam pełna optymizmu – że ten w kwietniu nie narzekał, a w klinice dopuścili do transferu. Ale może wtedy wszędzie było płasko, a teraz widać jak plamami rośnie? W końcu lekarz z kliniki widział mnie w maju i dał tabletki na przyszły cykl, planował crio, a nie od razu wysłał na histero. Teraz za to nie widział szans. Nie wiem, co tam we mnie się dzieje. Może jeszcze dopytam.

      Z tym terminem nie zapeszaj. Powiedział, że się postara i odezwie, ale jest ciasno i z czerwcem może być problem, szybciej lipiec. Ale wiesz, to on sam do siebie będzie wpisywał to ma jakieś możliwości przyspieszenia.
      Terminy z ulicy są na sierpień/wrzesień.
      W Bródnowskim miałam poprzednią histeo, przed ivf. Teraz idę na Czerniakowską. No chyba, że tu się nie da zrobić szybciej, a w Bródnowskim się da. Tam udało się wcisnąć na następny tydzień. Pojechałam się konsultować we wtorek, po histero na Żelaznej, a lekarz zapytał, czy najbliższy poniedziałek mi odpowiada.
      Jeszcze się zastanawiam, czy iść robić do tego, kto robił ostatnio i jakoś mu wyszło (na Żelaznej się przestraszyli mnie), czy do tego lekarza, którego chcę się trzymać w dalszych staraniach i żeby już widział, co było robione.
      No i jeszcze myślę nad tym twoim z Krakowa. Ale może z nim spróbuję, jak w Warszawie nie dadzą rady?
      Myślę, że z usypianiem.
      Ty jesteś rocznik 76? Jesteśmy tu obie staruszki, tyle, że ja staram się o drugie, to jednak trochę łatwiej znieść niż o pierwsze.

  32. ~bilbao pisze:

    tak, 76, najlepszy rocznik;-);-)
    Wiesz co, ja bym sie trzymala tego ktory najlepiej zna sie na tej robocie, i zrobi najlepiej jak potrafi czyli dobrze.Dla ktorego nie bedziesz jedna z wielu pacjentek typu 10 minut i nastepna, tylko naprawde sie przylozy i jezeli trzeba zrobi w macicy porzadek. Skoro juz sie kladziesz na stol to dobrze by bylo abys byla w dobrych rekach.
    Jezeli uda Ci zalatwic wszystko szybko tutaj to Krakow sobie na razie odpusc, gdyby okazalo sie ze to jakas grubsza sprawa, oby nie, to wtedy mozesz do Krakowa uderzyc, ale tam histero to duuuzy wydatek niestety. Wiec jezeli mozesz to rob tutaj asap.
    Acha, czy bedziesz miala podawany zel antyzrostowy po zabiegu, czyli kwas hialurowy..? To bardzo wazne!Ja mialam go podawany po dwoch ostatnich histeroskopiach, moim zdaniem baaardzo pomaga w tworzeniu sie zrostow bo odseparowuje od siebie gojace sie tkanki i uniemozliwia zrosty. Niestety trzeba za niego samemy placic, koszt to ok. 600 zl., jest wprowadzany do macicy bezposrednio po zakonczeniu wycinania zrostow.

    • ~Wężon pisze:

      Słyszałam o tym żelu, ale mi nie podawali. Czy to można bez problemu kupić? Tzn. przed samym zabiegiem?
      Jestem rozerwana z tymi lekarzami, bo Bródnowski był po znajomości, po rozeznaniu wewnątrzlekarskim, gdzie w Warszawie robić, ale nie znam tego lekarza, nic innego mi nie robił i rozmawiał tyle co po zabiegu na obchodzie.
      Natomiast ten lekarz teraz robi na mnie bardzo dobre wrażenie, mam co do niego dobre przeczucie. No i na znanylekarz ma same dobre opinie.
      Ujęło mnie to, że ma ludzkie odruchy, rozmawia, wstaje i podaje rękę jak wchodzisz, tłumaczy, patrzy w oczy. Wiesz takie rzadko spotykane niestety, empatyczne cechy. Widać, że widzi w Tobie człowieka i chce pomóc.
      Jak mówił w środę, że niestety najgorsze są poronienia septyczne, bo zakażenie niszczy wnętrze macicy, to pocieszająco pogłaskał mnie po nodze (robił akurat USG).
      Chciałabym spróbować u niego. Jak on sam nie da rady szybko wpisać, to spróbujemy uruchomić kontakty.
      Ironia losu polega na tym, że jestem z lekarskiej rodziny, i to nie z takiego „zwykłego lekarza”. Mój tata jest dyrektorem sieci przychodzi, zatrudnia ponad 200 lekarzy, więc przed kogoś praktycznie do każdego da się znaleźć dojście. Ale jakoś jak oni potrzebują zatrudnić dziecko, czy kogoś przyjąć to się potrafią zgłosić, a jak się trzeba odwdzięczyć to ciężej.
      Dla dalszego krewnego z rakiem przełyku udało się załatwić leczenie w tydzień, dla Laury jest problem z terminem operacji migdałka.
      Ja też zawsze szłam normalnym trybem, nie wciskając się, nie wykorzystuję możliwości i w nagrodę mam same powikłania i problemy. Zawsze mi było głupio pchać się, bo przecież inni też potrzebują i czekają. Tym razem jednak zrobię co się da, żeby przyspieszyć termin. Nie mam już czasu czekać.

  33. ~bilbao pisze:

    prostuje to co powyzej z pospiechu napisalam, mialam napisac, ze baaardzo pomaga w zapobieganiu zrostom oczywiscie a nie w ich tworzeniu ;-) niecierpie dotykowej klawiatury.

    • ~Wężon pisze:

      Domyśliłam się, że nie masz żadnego interesu we wspomaganiu tworzenia zrostów. :)
      Ten w Krakowie pięknie Cię oczyścił za pierwszym razem, to czemu miałaś potem zarośniętą szyjkę? Jakiś zrost się jednak zrobił po operacji?

  34. ~bilbao pisze:

    bo mam tendencje do zrostow i po histero w Krakowie byl maly zrost w szyjce ktora wczesniej tez mialam zarosnieta.
    Co do tego zelu Wezon to koniecznie go wez, wogole to sobie o nim poczytaj w necie.
    O ile wiem panstwowe szpitale nie zawsze chca go podawac pacjentkom bo on nie jest lekiem na stanie w szpitalu jako takim, natomiast na pisemna prosbe pacjentki ordynator moze zgodzic sie na jego aplikacje.Do szpitala musisz przyniesc go sama, jezeli lekarz zgodzi sie go,podac. Ja mialam farta o tyle ze lekarz u ktorego ostatnio robilam w szpitalu histero mial go na stanie w szpitalu bo uzywa go tez prywatnie, i tak wyszlo ze mi go podal for free;-) ale to wspanialy lekarz czlowiek taki typ o ktorym Ty tez piszesz, i znajac moja historie i przejscia postanowil pomoc mi chociaz tyle.
    I jak bylam u niego prywatnie na kontroli to z troska o wszystko wypytywal i powiedzial zebym przychodzial do niego ze wszystkim i jakakolwiek watliwoscia a on pomoze mi jak tylko bedzie mogl. Super lekarz.

  35. ~Julia pisze:

    Ja przed wszystkimi „elementami” związanymi z problemem niepłodności uporczywie się wzbraniałam. Klinika niepłodności?- nie dla mnie; forum o niepłodności?-nie dla mnie; blog?-ja cię proszę….
    A tymczasem przez wszystko przechodzę. Klinika okazała się miejscem które stara się realnie pomóc nam, a nie ludźmi nakierowanymi na to by zedrzeć z nas kasę a mnie zmaltretować (chyba to „wierzenie” wyniosłam z internetu…).
    Dzięki forum dostałam wsparcie od dziewczyn które, przechodząc to co ja, rozumiały mnie i pomogły przejść najtrudniejsze niewiadome.
    Blog? Co prawda dopiero raczkuję, ale dobrze mi z nim. Czuję że się od niego nie odkleję na dłuższy czas.
    Proponowana przez Ciebie książka?- w pierwszym odruchu- nie, to nie dla mnie… Ale przekonałaś mnie tymi kilkoma cytatami, bo odnalazłam w nich siebie.
    Chcę ją przeczytać….
    Ściskam serdecznie!

    • ~Malgoosia pisze:

      oj, jak bym o sobie czytała. Zawsze wydawało mi się, że pisanie na forach to jakiś rodzaj ekshibizjonizmu, niepotrzebny mi. Niepotrzebne ani pisanie, ani czytanie. Tu jest inaczej. Może to kwestia dojrzałości (w sensie, że człowiekowi z wiekiem się w głowie układa), może kwestia kolejnych miesiecy bezowocnych prób (mimo,że jestem mistrzynią w niepokazywaniu otoczeniu, że mnie to rusza), może decyzja o ivf. Tu, na tym blogu, nie ma słabych panieniek. Są silne kobiety. Mimo, że nie znam Was to mam wrażenie, że jesteście mi bliskie. Mimo, że na ulicy minęłybyśmy się bez świadomości, że to my . Zarażacie swoją wolą walki. Dlatego tu jestem, dlatego czytam, dlatego myślę o Was i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. To wyjątkowe miejsce w sieci. Przy niektórych historiach moja to pikuś. I choć nie ma sensu licytowanie się to czasem mam wrażenie, że nie powinnam się skarżyć na los. W końcu my „tylko” jesteśmy po nieudanych 6 iui i jednej naturalnej baaaardzo krótkiej ciąży.
      Kupiłam właśnie książkę, o której pisała Iza. Sciągnełam na tel fragment i mnie zaciekawił. Zdaje się, że nie czekają mnie łzawe głodne kawałki, tylko że ktoś w końcu głośno powiedział to, co mam w głowie i czego czasem się wstydzę, boję i co wypieram najmocniej jak umiem. Ciekawam…

      • ~Iza krotki blog pisze:

        Małgoosia, napisałaś, że tu na blogu nie ma słabych panienek. Witaj w klubie.
        To prawda, że dziewczyny zarażają wolą walki. Piszą tak, że mogłyby z dumą pisać pod imieniem i nazwiskiem, a nie anonimowo, z innego powodu piszemy tutaj pod pseudonimami…

        Daj znać, jak książka :)

        • ~Malgoosia pisze:

          Napisałam nizej, ze genialna :-) z calego serca dziękuję Ci za nia. Opisy jak zywcem wyjete z mojej glowy. W koncu sie nie wstydze, nie wyrzucam sobie, ze czuje sie jak się czuje. Ksiazka przyszla w dobrym momencie, moze w przyszlym tyg rozpoczne stymulacje.

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Julia, opisałaś dokładnie tę drogę, którą sama przeszłam – kliniki, blogi, fora, książki o niepłodności – mnie to nie dotyczyło, niczego nie chciałam…

      Z ciekawością zaglądam na Twojego bloga.

  36. ~Margaritka pisze:

    Ewelka aż dostałam wyrzutów sumienia, bo ja dietę staram się względnie zdrowa trzymać dopiero od niedawna. Fakt faktem nigdy nie jadłam tez niezdrowo i cieszę się dobrym zdrowiem, wszystkie wyniki mam na 5. Do myślenia dało mi jednak to ze z 15 pobranych komórek tylko 9 było dojrzałych, także poczytałam trochę co dobrze wpływa i faktycznie , tak jak piszesz, odstawienie kawy(która lubię), plus to wszystko o czym wspomniałaś.
    Tez mam histeroskopie ze scratchingiem w przyszłym cyklu, a w zasadzie już tym- w końcu mam okres. Już zaczynam się stresować. Co badania to ja się denerwuje, ze coś wyjdzie nie tak.

    • ~Wężon pisze:

      Margaritko, ja jakiejś diety super zdrowej nie stosuję, normalnie zdrową, bez szaleństw.
      Z moich 7 pobranych komórek wszystkie były dojrzałe i wszystkie się zapłodniły. I dwie się od razu bez problemu przyjęły. Czyli nasz materiał genetyczny chce się rozmnażać. I co z tego….
      Jaka ja jestem wściekła na tę moją macicę.

  37. ~Margaritka pisze:

    Ewelka a ty histeroskopię robisz w klinice czy na NFZ? Czy robiąc ja na NFZ w szpitalu w ogóle robią scratching od razu?

  38. ~Margaritka pisze:

    Wezon, co mogę powiedzieć-(za przeproszeniem) jak nie sraczka to urok. Poczytałam trochę i zaczynam mieć coraz większe obawy ze poza słabym nasieniem coś musi być jeszcze u mnie nie tak:/ w końcu zarodki się zapłodnili, 4 blastocysty- to już jest dobry „wynik”. Wydaje się, ze problem słabej morfologii plemników dzięki zapłodnieniu pozaustrojowemu „rozwiązaliśmy”. Nasienie jest słabe, jednak nie na tyle żeby je kwalifikować do głębszych badań plemnika czy do imsi. Na razie mam szkic, zarys tego, co jeszcze powinnismy zbadać. Czytam rożne rzeczy teraz z telefonu, ale po powrocie siadam i podsumowuje wszystko. Mam nadzieje, ze lekarz się nie obrazi, ale zamierzam go podpytać jeszcze o rożne możliwości. Jednak to po histero. Kuzwa w Novum to badanie drogie jak diabli, ale postanowiliśmy (raczej) zrobić je tam. Przynajmniej będę mieć pewność ze lekarz obejrzy mnie pod katem naszego leczenia i niepowodzeń a nie sztuka dla sztuki. Boje się tez jak cholera- ze coś wyjdzie(może mam jakiś stan zapalny ukryty albo komórki nowotworowe, albo jakieś zmiany chorobowe;( ) jak tez ze nie wyjdzie nic- to będzie oznaczać ze niewiadoma co utrudnia implantację. Z moja hipochondrią cieżko znieść te wszystkie badania, zabiegi, testy. Boje się zwykłego badania moczu, posiewu i cytologii. Przez te ciagle niepowodzenia mam wrażenie ze czego bym nie dotknęła, jakiś parametrów nie sprawdziła to będzie zle.
    P.s.- rozumiem, ze nie chcesz nigdzie wyjeżdżać, ze chcesz przepłakać to wszystko. Myślałam ze jeśli my teraz wyjedziemy będzie lżej. I może jest. Ale co z tego skoro nie potrafię się wyluzować tylko cały wyjazd myśle czy ta beta ciagle rośnie, wydzwaniać do kliniki, planuje kolejne wizyty, badania i czytam co jeszcze można zrobić i co jeszcze może być nie tak skoro in vitro nie pomaga.
    W dodatku nie miałam szansy się wypłakać choć mi serce rozrywalo. Zaraz po wizycie wtorkowej pojechaliśmy do naszych rodziców. U męża się znow nasluchalam(na temat zmiany pracy, ze w szkole mi było zle, tu zle-o co mi chodzi w ogóle, ze co ja teraz niby robię, skoro nie pracuje i za co żyje). Niby nic ale takie szpilę miedzy wierszami. Oni nie wiedza o naszych problemach, nie wiedza ze ich syn ma słabe nasienie. Nie wiedza ile nas kosztuje(nie w sensie materialnym)leczenie i jakich „wygibasów” wymaga. Wiedza za to ze miałam laparoskopię i guza na jajniku pół roku przed ślubem i ze poroniłam. Może to moja nadinterpretacja ale mam wrażenie ze obwiniają mnie za to ze nie mamy dzieci. Mój maż od początku, kiedy jeszcze podejrzewaliśmy ze to u mnie jest problem(w końcu miałam guza), jak mu powiedziałam ze jak się okaże ze nie mogę mieć dzieci to ze chce rozwodu, ze wiem jak bardzo on chce i nie będę pozbawiać go tej szansy, zareagował złością. Powiedział ze razem sobie poradzimy i ze dany radę. I teraz tez twierdzi, ze nawet jak problem jest złożony, to ze będziemy walczyć. Ze nawet podejrzewa ze u mnie Coś „wybija” te zarodki ale ze będziemy próbować. Także on jest kochany. Ale jego rodzice, może nie złośliwie, ale sali mi już trochę popalić. Bardziej teść. Bardzo go lubię, ale naprawdę czasem mam ochotę mu wykrzyczeć w twarz żeby się odpierdolil. Dobrze się już mu się nie zdarza mowić”gdzie nasz brzuch, miał być brzuch a nie widac”….ja wiem ze oni nie chcą zle.normalnie bym coś powiedziała, żeby ich uciszyć, ale maź nic im otwarcie nie powiedział. Chyba się trochę wstydzi. Nie wiem, dziwi mnie to. I nawet tu mam związane ręce. Gdzie bym nie spojrzała, gdzie nie była pali mnie ból i czuje się kąsana przez los. Nic tylko mi koronę cierniowa założyć:/

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Margarika, o ile życie jest prostsze, gdy można powiedzieć prawdę… bardzo Ci współczuję tych niezdrowych pytań od teściów, tego, jak się tam czujesz i jak – w zasadzie w obronie męża – przyjmujesz na klatę wyrzuty.
      Naprawdę nie da się porozmawiać z mężem, żeby powiedzieć rodzicom o Waszych sprawach?
      Rodzice moi i mojego męża wiedzą o wszystkim i nigdy nie zrobili nam ani jednej przykrej uwagi. Naprawdę, nie mogliśmy zrobić nic lepszego niż powiedzieć im prawdę i oczekiwać jedynie akceptacji, którą dostaliśmy w pełni.

      • ~Margaritka pisze:

        Wiem Iza, masz racje- najlepiej byłoby powiedzieć całą prawdę. Rozmawiałam z mężem wie razy. Twierdzi, ze ma co wtajemniczać nikogo, ze będą tylko niepotrzebne pytania i zamartwianie się. Może, co gorsza, boi sie braku akceptacji? Jego mama troszkę wie, ze miał „jakieś tam wyniki złe”. Nie wiem dlaczego on szczerze nie pogada z rodzicami. Ja tez miałam nikomu nie mowić. Nie wytrzymałam jednak napięcia i po drugim nieudanym transferze opowiedziałam mamie o swoim bólu, cierpieniu, braku zrozumienia, trudnościach leczenia, wyrzeczeniach. Potrzebowałam poczuć się biedna bezbronna dziewczynka, poskarżyć się i wypłakać. Pękłam.
        Oczywiście trochę żałuje, bo o ile na początku mama mi powiedziała, ze ona metody nie popiera(nie tyle ze zapłodnienie pozaustrojowe jest dla niej złe, bo nie, chodzi jej o to ze trzeba się faszerować lekami, ze może coś „złego” się stać, jakieś powikłania i tego się boi), ale skoro my podjęliśmy taka decyzje to ona jest przy mnie i będzie wspierać. Bardzo mi to pomogło. Przynajmniej przed nią nie muszę udawać.
        Myśle ze maż myśli ze nie bardzo wiedza jego rodzice czym jest in vitro, ze ich pogląd na te sprawę opiera się tylko na medialnych przepychankach i stanowisku kościoła. A przy takim podejściu nie trudno jeszcze o kłótnie.
        Kiedyś jak jego siostra coś tam mnie podpytywala, powiedziałam ze M. ma tragiczne wyniki i ze zdaniem lekarzy naturalnej ciąży z tego nie będzie. Skwitowała ze niejedni już tak mówili a ciąża byla…oczywiście, to prawda, ale pocieszeni i filozofię w tym stylu po 4 latach niepowodzeń i po 30 można sobie nie powiem gdzie wsadzić…my nie możemy siedzieć z założonymi rekoma. Jeśli zdarzyłoby się cud to swietnie, ale co jeśli nie? …także taka to jest sytuacja…

  39. ~Magda pisze:

    Te wszystkie historie okolociazowe wśród najbliższych. Rodziny i znajomych. Ile łez wylanych. Ile razy serce mi pękało. Tyle pieniędzy na wizyty, leki i zabiegi. Moglibyśmy ze dwa razy wyjechać na wakacje zagranicę.

    Miałam mieć w we wtorek HSG na Karowej. A tymczasem idę po receptę bo w posiewie wyszły jakieś swinstwa. W lipcu miałam mieć kolejne-ostatnie IUI. Kiedy będzie? Wielka niewiadoma. We czwartek mamy wizytę w Invimedzie wz.z in vitro. Nie wiem czy chcę iść. Mam 38 lat. Boję się kolejnej ciąży. Moja 3,5 letnią córkę ze łzami w oczach przepraszam że będzie jedynaczka. Że nie będzie mieć 2 siostrzyczek jak brat-bliźniak jej taty..

    Ewelka czy mogłabyś w moim wątku na Naszych historiach napisać coś o diecie? jestem hashimotka.

    • ~Margaritka pisze:

      Magda mi posiew przeć stymulacja wyszedł 2 razy słaby, jakieś bakterie w wielkich ilościach:( podlamalam się wtedy bo niby skąd?! I do tamtej pory zawsze posiewy były czyste. Brałam leki przez 2 cykle a w rym drugim już zastrzyki stymulujące i punkcję miałam. Posiew był na pare dni przed punkcją i w zasadzie to taki ryzyk fizyk trochę ta stymulacja była, bo co gdybyśmy znowu posiew wyszedł nie tak? Ale najwidoczniej lekarz wiedział co robi, mam nadzieje. Pózniej kolejny posiew, przed 2 transferem był ok. Przed trzecim nie musiałam robić bo był transfer kolejny zaraz w następnym cyklu. Teraz pewnie znowu będę robić i tez drżę. Ale jak widzisz leki pomagają a lekarz mówił ze to się zdarza i co któraś pacjentka ma bakterie w posiewie. Będzie dobrze:)

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Magda, pewnie piszę już za późno, ale jak mi w posiewie przed scratchingiem wyszły drożdżaki, lekarz wyleczył je w dobę jedną tabletką.
      Inną bakterię, która tam była, skonsultował z laboratorium i zdecydował, że jest niegroźna i nic z nią nie robimy.
      Podchodzisz do IUI, in vitro i piszesz, że boisz się kolejnej ciąży?

      • ~Magda pisze:

        Izus. Ano boję się. Tak po ludzku.
        Boję się niepowodzenia. Poronienia. Chorego dziecka.
        Może to brzmi egoistycznie.
        Ale chcę spróbować ostatni raz (IUI). Trzy nieudane. Rozgoryczenie. Zal. Jednak niepowodzenia długo bolały.
        In vitro. By spróbować wszystkiego i nie żałować , że nie wykorzystałam wszystkiego. Chociaż nawet nie wiem czy się zakwalifikujemy. Wizyta we czwartek w Invimedzie.

        Jutro wizyta u ginekolog w Babka Medika. Zobaczymy co mi się pojawiło w posiewie. . Na HSG w tym cyklu już za późno.

        • ~iza krotki.blog pisze:

          No tak, masz rację, ale może bój się troszkę mniej :) W większości przypadków się jednak udaje.
          Próbujesz, więc wierzysz. Tak jak napisałaś – niepowodzenie, gdy się nie udaje, długo boli. Żal, że się nie próbowało bolałby do końca życia.
          Trzymam kciuki Magda za Twoje próby!

          • ~Magda pisze:

            W posiewie wyszedł paciorkowiec oporny na większość antybiotyków. Byłam już w aptece z receptą na robione globulki z pencylina. 80 zł za 12 globulek :(
            Potem posiew. Znowu czekanie na wynik. Hsg byłoby w sierpniu :( a IUI nie wiadomo kiedy :(
            Lekarz robiący usg był zdziwiony, że chcę robić Hsg a nie laparoskopie. Nie zapytałam lekarki czy wykonują ją na Karowej.
            Endometrium było przyzwoite ale cykl bezowulacyjny. W jajnikach jakaś drobnica :(
            Muszę odszukać maila od jednej dziewczyny która poprawiła sobie parametry różnymi suplementami.

      • ~Ewelka pisze:

        Kurczę mi przed scratchingiem nie zlecili posiewu. Iza Miałaś to badanie dodatkowo płatne? Czy w ramach programu?

  40. ~Ewelka pisze:

    Margarita histeriskopia ze scratchingiem jest bezpłatna w klinice w której się leczysz jeśli jesteś w programie rządowym. Iza też tak miała i podobno przysługuje przed każdym transferem więc nie płać za to. Ja się upomnialam o scratching już przed wcześniejszym transferem, ale powiedział że lepiej to zrobić przed kolejną stymulacja, więc chyba liczy na lepsze zarodki:/
    Magda nie stosuje diety dla Hashimotek, ale wiem o tym bardzo dużo. Ogólnie jest mnóstwo ograniczeń takich ogólnych – np dieta bezglutenowa (a to jest masakra), nie można surowych warzyw z rodziny kapustowatych. Nie można żurawiny itd. Ale wniknelam głębiej w temat i skonsultowalam się z dietetyczka. Powiedziała mi że powinnam zrobić badania które pokarmy podwyższaja moje przeciwciala, czyli badanie na nietolerancje pokarmowe. Bo to że mam Hashimoto nie oznacza że wszystko co teoretycznie zle wpływa dotyczy mnie, to może być nawet tyko jeden produkt. Zatem postanowiłam zrezygnować z diety bezglutenowej dopóki tego nie zbadam. Póki co często korzystam z przepisów Chodakowskiej które wrzuca na fb. Modyfikuje je też troche, zup nie robię bo nie mam czasu, tylko kupuje takie gotowe naturalne bez konserwantów.
    Mam zamiar niedługo zrobić przynajmniej to podstawowe badanie na nietolerancje pokarmowe bo to podstawa jak się okazało przy Hashimoto. Koszt 500zl, a te na większą ilość pokarmów nawet 1200zl.

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Ewelka, potwierdzam, że miałam scratching endometrium bezpłatnie w ramach programu, z tym, że to był sam scratching (bez histeroskopii) i nie od początku lekarz mi to proponował, ale po 2 nieudanych transferach.

  41. ~Margaritka pisze:

    Dzięki Ewelka. Ja zatapiając się na histero zapytałam czy w programie jest to refundowane czy płatne. Powiedzieli mi ze platne, ze podpisuje oświadczenie Ze poza klinika mogę to zrobić bezpłatnie ale ze decyduje się odpłatnie w klinice. Podobne oświadczenie podpisywałam w przypadku cytologii i posiewu. To teraz dałaś mi do myślenia.. Mój lekarz tez mówił ze lepiej stratching zrobić przed podaniem świeżego zarodka, ale jako ze się martwimy ze może w macicy jest coś nie tak to ze możemy zrobić teraz histeroskopia ze scratchingiem. Już zaplanowaliśmy plan na najbliższe miesiące i chciałabym ta histero mieć teraz, przed podaniem ostatniego mrozaczka, bo może jest coś na rzeczy w macicy i po usunięciu potencjalnego problemu tam ten ostatni mrozaczek miałby jeszcze szanse. Liczymy ostatkiem się ze mogłoby się udać bez kolejnej stymulacji. Lekarz nie bardzo wierzy chyba w tego mrozaczka, został najsłabszy. Mówił nawet przed ostatnim transferem ze gdyby nie ograniczenia programu rządowego to podałby dwa…wracając do tematu planu- teraz histeroskopia, pózniej ostatni transfer i jak się uda to spokojne doczekanie do pierwszych usg przed wrześniowym powrotem do pracy, a jak się nie uda do wakacje w sierpniu, chwila oddechu i powrót do starań z nowa energa. Na NFZ tak jak pisała Wezon pewnie nie udałoby mi się mieć tej histero jeszcze w czerwcu.u mnie zaplanować na wyrost tez cieżko bo mam nieregularne cykle a w przypadku histero 2 dni w ta czy w ta robi różnice. Co do samego scratchingu to Iza pisała ze program rządowy to uwzględnia, może można i robić co transfer…tutaj nie mam wiedzy, może Iza coś nam poradzi?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Margarika, z tego co wiem, scratching endometrium robią, gdy jest wskazanie (nieudane wcześniejsze transfery) i chyba już wtedy można robić co transfer – tylko to też bez sensu, jeśli po scratchingu się nie uda, to znaczy, że problem leży gdzieś indziej…
      Co do odpłatności w programie – napisałam to już niżej, spróbuj powalczyć z nimi wykładnią stowarzyszenia Nasz Bocian http://www.nasz-bocian.pl/program%20refundacji%20pobieranie%20op%C5%82at%20

      Wiele klinik nie chce robić scratchingu w ramach programu, ale zdaje się, że powinny.

      • ~Margaritka pisze:

        Dzięki Iza. Tak tez już wcześniej zrozumiałam, ze sam scratching ok., ale histeroskopia to już inna bajka. No nic to, zobaczymy. Co będzie to będzie. I tak mamy szczęście ze jesteśmy w programie. Jeśli będę musiała zapłacić za histero to trudno, ale przynajmniej coś może się wyjaśni.

  42. ~Lucy pisze:

    Margeritka już to niedawno pisałam znajomej z pewnego forum, która pisała, że został jej ostatni zarodek ale słabej klasy i dr mówiła, żeby nie pokładać w nim nadziei. Napisałam jej „żeby Pani dr jeszcze kopara nie opadła” i się sprawdziło… opadła heheh bo maluszek 1 BC przetrwał i się rozwija w mamusi prawidłowo więc trzeba walczyć do końca:)
    Ciążami naokoło przestałam się w pewnym momencie przejmować. Tyle lat wszyscy naokoło a ja nic. Wszędzie widziałam ciąże, wózki, dzieci a teraz nie widzę za bardzo:) Wypatruję wózków bo nie wiemy na jaki się zdecydować i jak na złość jakoś mało widzę i kobiet w ciąży też. Czasem mam wrażenie, ze sama jestem w ciąży w mieście. No wcześniej to ciężarne wyłaziły zza każdego rogu. No i pytanie czy to moja psychika już była czy takie zbiegi okoliczności, że teraz tak mało widzę ciężarówek a wtedy wszędzie?

    Co do głupich tekstów, pytań ludzi to akurat do samego końca, całe 6,5 roku mnie bolały. „wybawić się chcą” „dziecka nie potrafią zrobić, może ja pokaże jak” „chyba już najwyższy czas” „na co Wy czekacie” „Nie nudzi CI się bez dziecka?” „Przynajmniej się wysypiasz” „ciesz się wolnością póki możesz” itd itp setki innych takich wkurzających tekstów. Przez niektóre strasznie płakałam później w domu w poduszkę. Szczególnie jak mąż szedł na wieczorną zmianę a ja wracałam do pustego, przerażająco cichego domu. Ludzie nie zdają sobie sprawy jak głupimi tekstami (czasem bezmyślnie wypowiedzianymi) nas krzywdzą. Nawet teraz mnie wkurzają teksty „no w końcu się wzięliście do roboty” no w końcu to, no w końcu tamto, a ja sobie myślę „nie masz pojęcia durny człowieku jak walczyłam o tą dzidzię”.

    • ~Margaritka pisze:

      Lucy, nie pamietam czy Ty czy ktoś inny, ale tez po moim drugim transferze ktoś mnie pocieszał ze to nic ze zarodek miał gorsza klasyfikacje niż ten pierwszy. Poza tym rożnie to bywa. Przed drugim transferem lekarz powiedział ze dwa pierwsze były bardzo dobry o dobry i ze zostały 2 średnie. Pierwszy był klasy 4AB, drugi się po rozmrożeniu „sprężył”, przed był ładnie rozprezony. A trzeci nas zaskoczył bo był po rozmrożeniu zakwalifikowany jako 4BB, czyli wcale nie tak średnio. Także tymi klasami już tak się nie przejmuje. Zreszta jak piszesz nawet najsłabszy zarodek z wola życia przetrwa:)
      Dziękuje Ci kochana za przypomnienie o tym:)

      • ~Lucy pisze:

        JA to się naczytałam tych historii na forach podczas starań i teraz też w sumie. Nałóg już hihihi Czytałam jak dziewczynom nie udawał się transfer zarodka 4 AA lub 5 AA (ten co już wyszedł z otoczki) a jakiś biedny niby miernutki np 1 BA czy coś takiego się uparł i został:) Więc warto wierzyć w tego niepozornego osobnika:) A nóż się przytuli do mamusi na 9 miesięcy;*
        Trzymam kciuki

  43. ~Ewelka pisze:

    Margarita bo ja mam w zasadzie scratching z histeroskopia.Więc nie wiem czy u Ciebie chodzi o to samo. Chlamydie i inne badania też zrobili mi już w ramach programu przed stymulacja.

    • ~Margaritka pisze:

      Ewelka mam mieć to samo, scratching z histeroskopia. Podpytaj proszę u siebie czy na pewno to jest nieodpłatnie, bo mi powiedzieli ze płace normalnie:/ chlamydie tez miałam, z krwi. I normalna cytologię, która była ok. Nie ma podejrzeń ze coś się tam może dziać, ale już wszystkiego się spodziewam-ze swoim szczęściem…

      • ~Ewelka pisze:

        Kochana na 100% bo pytałam i lekarza i w recepcji. A na skierowaniu lekarz mi jeszcze napisał NFZ. W recepcji tylko zaptalam czy na pewno u nich mogę się na to umówić i pani potwierdziła. Wiem też że już tu na blogu była o tym dyskusja i Iza potwierdzala że w programie bezpłatnie. A ile to ma u Ciebie kosztować?

        • ~Margaritka pisze:

          Ewelka, 1800-2000. Dzięki ze piszesz jak to u Ciebie wyglądało. Kurdę, mi lekarz nic nie napisał, żadnego skierowania. kazał tylko zadzwonić i się umówić jak dostanę miesiączkę…. Wiec zadzwoniłam i dopytalam czy w programie jest to odpłatne, usłyszałam ze tak i ze poza klinika mogę to zrobić nieodpłatnie, alevu kich płace i podpisuje oświadczenie. Bez sensu skoro u Ciebie się nie płaci. Czy to możliwe, żeby aż takie różnice w realizacji programu występowały miedzy klinikami? Czy ktoś tu jeszcze to robił?

          • ~Wężon pisze:

            Ewelka, Margaritka, tak Was czytam i mam wątpliwości, czy mówicie o tym samym.
            Bo Ewelka ma mieć scratching, i jak rozumiem pod „opieką” histeroskopu, ale ta histeroskopia ma tylko wspomóc scratching? A Tobie Margaritka chodzi o normalną histeroskopię diagnostyczną, żeby sprawdzić, czy nic nie czai się w macicy i scratching ma byś tylko drugą pieczenią przy jednym ogniu. może w tym tkwi tajemnica odpłatności – Ewelka ma mieć scratching, robiony nie na ślepo, ale do niczego innego histeroskop nie będzie służył, a Margaritka ma mieć badanie histeroskopowe, z wyszukiwaniem ewentualnych wad macicy.
            Mnie też wypisał skierowanie do szpitala na histerioskopię i nawet nie proponował zabiegu w klinice.

            • ~Margaritka pisze:

              Wężon chyba masz rację. Nic to. Chciałabym mieć już za sobą ta histeroskopię. Przy badaniu diagnostycznym tez usypiają?

              • ~Wężon pisze:

                Przy diagnostyce, a nawet usuwaniu drobnych rzeczy (niewielkie zrosty, małe mięśniaki) mogą nie usypiać. Zależy jaki mają histeroskop (musi być mały, Bettocchiego) i jakie praktyki. :)

            • ~Ewelka pisze:

              No właśnie. Dzięki Wezon.

        • ~Iza krotki blog pisze:

          Ewelka, Margarika,
          ja miałam scratching (bez histeroskopii) w ramach programu. Lekarz zdecydował, że należy nam się po kilku nieudanych transferach.
          Ale wiem, że miałam szczęście, bo kliniki nie garną się do uznawania, że scratching jest w programie i często dziewczyny płacą, mimo, że są w programie.

          Margarika, spróbuj powołać się na Naszego Bociana
          http://www.nasz-bocian.pl/program%20refundacji%20pobieranie%20op%C5%82at%20

  44. ~Malgoosia pisze:

    Czytam książkę z tematu. Genialna. Niby oczywiste sprawy, ale w koncu moge odetchnąć, ze nie jestem odosobniona. Ze moje uczucia to klasyka w tej sytuacji. Czuje ulgę.

    Co do diety hashimotkowej to ja nie jem chleba. Na razie bezglutenowej diety nie udaje mi sie utrzymać, ale nie poddaje się. Któraś z Was tez probuje z bezglutenem?

    • ~Lucy pisze:

      Gdzies ostatnio czytałam, ze dieta bezglutenowa jest bardzo niezdrowa. Ograniczyć tak, ale unikanie całkowicie nie bardzo.
      A jest chlebek bezglutenowy i upiec sobie można:) Nie wiem jak żyć bez chlebka:D

      • ~Malgoosia pisze:

        Oj a pamietasz moze gdzie czytałaś o tej szkodliwości? Z tego co wiem to gluten sam w sobie bie zawiera zadnych składników odżywczych a tylko uszkadza kosmki jelitowe. Dlatego chetnie przeczytam jakies inne opinie. Tez myślałam, ze nie dam rady bez chleba, zwlaszcza ze id poltora riku pieczemy pełnoziarnisty na zakwasie. Ale szybko okazalo sie, ze nue tesknie. Kwestia zmiany sposobu myslenia u motywacji :-)

  45. ~Mojra pisze:

    Dziewczyny…
    Poranny telefon z kliniki wyrwał mnie z łóżka…serce stanęło…przysięgam.w dodatku straciłam połączenie. Nic to.
    Sa wyniki. Ryzyko mniejsze niz 0,01 % na wszystkie okropne choroby genetyczne.
    Iiiii co więcej bede miała córeczkę! Moja mała wreszcie poczuje szczescie matki :)))
    Umarłam i narodziłem sie na nowo. Dzięki wam zawalczylam mimo ogromnej niepewności u stresu. Dziękuje!
    To dopiero początek..

  46. ~Margaritka pisze:

    Mojra!!! Cudowne wieści!!! Cieszę się z Tobą! Możesz odetchnąć z ulgą! Dzięki ze podzieliłas się z nami od razu. Myślałam o Tobie i nawet wczoraj chciałam podpytać, ale myśle sobie skoro sama nie piszesz, pewnie nie wiesz nic po prostu. Ojejku… Kochana, wysciskalabym Cie z chęcią! :) dbaj o Was i już teraz z większym przekonaniem ciesz się ciążą. Dzięki tym wiadomoscia ten dzień będzie lepszy:)

    • ~bilbao pisze:

      Mojra, i ja się dołączam do gratulacji i ściskam wirtualnie :)
      Wiem co znaczy czekać na wynik zwłaszcza mając za sobą niefajne historie…
      Cieszę sie strasznie (o ile można sie wogóle strasznie cieszyć) bo to oznacza szansę i dla dziewczyn z historiami podobnymi do Twojej, że trzeba próbować , iść do przodu pomimo strachów, i że może być w końcu dobrze.
      :)

  47. ~Ruda pisze:

    Mojra, cieszę się bardzo, trzymam kciuki za pozytywny finał tej historii :-)

  48. ~Magdalena pisze:

    Uff dawno mnie nie było :)

  49. ~Wężon pisze:

    Dzień Dobry. Co u Was słychać?
    S-mother, robiłaś dzisiaj znowu betę? Wizyta u lekarz w środę?
    Aniu, kiedy Ty testujesz po tej strasznej inseminacji?

    Tak w ogóle, to kto przyjedzie mnie dobić? Wczoraj się potwierdziło, że kolejna sąsiadka jest w ciąży. I to nie ta, która oficjalnie od jakiegoś czasu myśli, żeby zajść w ciążę (boi się, bo pierwszy syn był wcześniakiem, 34 tydz. i ma traumę, co to w porównaniu z naszymi traumami). Tylko taka która dwa miesiące temu mówiła, że bardzo by chciała drugie dziecko, ma 4-letnią córkę, ale mąż jest przeciwny. Nie chce już więcej dzieci, nieprzespanych nocy, tylko wreszcie poodpoczywać. Inne się śmiały, że skoro ona chce, to facet nie ma nic do gadania, ale mówiła, że nie chce odstawiać pigułek po kryjomu i go wrabiać. Dał się przekonać, albo jednak użyła podstępu. Cykl, dwa i jest w ciąży. Powiedziała i ma. A jeszcze się martwiła, że najmłodsza nie jest (w moim wieku) i teraz to pewnie dłużej by trzeba było czekać na ciążę. A tu pyk i już.
    Pocieszające, że nasz wiek jeszcze nie jest przeszkodą i dobijające, że innym, a nie mnie. Jakiś przeklęty dla mnie rok. Dwie właśnie urodziły. Jeszcze dwie nie urodziły, jedna zaraz, druga w moim terminie, to akurat trzecia zacznie kłuć mnie w oczy brzuchem. Założę się, że zanim ta urodzi, to ta zastanawiająca się będzie w ciąży.
    Wśród znajomych nawet jak któraś poroniła, to zaraz zaszła znowu w ciążę i ma dziecko. Żadna nie poroniła po tylu staraniach i dla żadnej nie była to ostatnia szansa.
    Będę walczyć, ale tak jak Juti po transferze – czuję, że już nie będzie drugiego dziecka.

    • ~Izabela pisze:

      a moja kuzynka, która wszystko sobie wyliczyła i juz miała być w ciąży od 3 miesięcy – nie jest. Ale to chyba jedyny przykład w moim otoczeniu ciąży, która nie udała sie od razu, reszta(szwagierka, koleżanki – od „kopa” zaszły). Niemniej jednak jakoś mnie to pociesza, że nie jestem jedyna, wybrakowana… Tak pisze, bo wiem, że wy mnie zrozumiecie., choć oczywiście wiem, że nie należy tak mysleć. Wężon, damy rade – w swoim czasie. Nie mogą być wszystkie na blogu na raz w ciąży. ;)

      • ~Wężon pisze:

        Może być po kolei, oby w ogóle. Fajnie by było gdybyśmy zamilkły na tym blogu, no może od czasu do czasu udzielały wsparcia nowym walczącym czytającym nasze historie, i przeniosły się na blog Izy o jelitówkach, kolkach i wyborze przedszkola.

        • ~Ania pisze:

          Wężoniku kochany, jak miło że pamiętasz:) dziś rano byłam na pobraniu krwi (11 dzień po inseminacji – mam nadzieję, że nie za wcześnie) czekam na wynik. Pewnie około 15 będzie. Dam znać.

          • ~Ania pisze:

            Niestety wynik testu ujemny:(

            • ~iza krotki.blog pisze:

              Ania, tak mi przykro…

              • ~Ania pisze:

                No kiepsko chociaż już się tak zamroziłam, że czuję tylko jak mnie łeb napier… po tym jak napięcie spadło. Dziwne to tylko dla mnie bo jajniki i dół brzucha mnie bolą, piersi też mocno i zaczęłam się zastanawiać czy to możliwe, że zrobiłam badanie za szybko? nie mam za bardzo doświadczenia… przez to „wyciskane” jajko może do zapłodnienia mogło dojść później, a co za tym idzie do zagnieżdżenia też? Nie wiem, czuję się głupia w tym temacie.

                • ~Margaritka pisze:

                  Aniu przykro mi:( z tymi objawami to naprawdę nigdy nie wiadomo czy to na @ czy na ciąże:/ powtórz badanie za 2,3 dni jeśli nadal nie bedzie@. Przytulam mocno!

                  • ~Ania pisze:

                    Dzięki Margaritka.Myslalam, że dopóki wkładam sobie luteine to nie będzie objawów jak na @ ale też tak jak pisałam czuje się głupia, to dopiero mój 2 raz z inseminacją:/ w czw zrobię sikańca juz mi się nie chce latać na betę.

            • ~Wężon pisze:

              Aniu, może być tak, że jeszcze za wcześnie. Powtórka w czwartek dobrze Ci zrobi.

              • ~Ania pisze:

                Napisałam dziś sms do lekarza, odpisał, że najlepiej robić po 14 dniach także powtórzę w czw. Dzięki dziewczyny:)

  50. ~Ruda pisze:

    hej Wężon, ja aktualnie siedzę w korpo, i jestem dobita też – chociaż w zupełnie inny sposób – przez korpo klimaty, po 4 dniach luzu twarda rzeczywistość :/

    • ~Wężon pisze:

      Kiedy będziesz zmykać na zwolnienie? Masz jakiś termin, czy zależy od samopoczucia?
      Ja mam spokojną pracę, w pokoju miła atmosfera, przynajmniej tyle.

    • ~Ruda pisze:

      Właściwie wg mojego lekarza na razie nie ma wskazań z powodów medycznych. Chociaż lekarz, który robił mi USG dziwił się, że nie jestem na zwolnieniu ze względu na poprzednie poronienie. Jeśli chodzi o samopoczucie – tu mogłabym spokojnie prosić o zwolnienie, ale mimo, że nie czuje się rewelacyjnie, to nie uniemożliwia mi to na razie pracy i mam wrażenie, że najgorsze już za mną. Jednak pozostaje kwestia psychiki i stresu i tu najchętniej bym się zmyła już, natychmiast. O ile współpracowników mam spoko i fajna atmosferę, o tyle realizowane zadania są dla mnie stresogenne, i tryb pracy też była nie fajny – np. jednego dnia jest mega luz, a drugiego nagle jazda przez 12h. Także szczerze mówiąc mam ochotę lada chwila zrobić sobie wakacje.

    • ~Ruda pisze:

      I jeszcze po tych wolnych dniach mam taką refleksję – jak nie idę do pracy to moją znikomą energię mogę poświęcić na spacer, gotowanie, dłubanie w kwiatkach na balkonie, etc. Jak idę do pracy – to się wyprztykam z energii na korpo i dla mnie samej już nic nie zostaje… Także trochę do doopy ;-)

  51. ~Margaritka pisze:

    Ruda, zawsze te dylematy. Poczucie powinności, odstawienie siebie, swoich potrzeb na bok. Ja właśnie dlatego(mimo ze w szkole jest cieżko i kasa słaba) uciekłam z korpo. Tam głupio jest brać zwolnienie bo krzywo patrzą, głupio względem siebie chodzić do pracy i się zarzynać i martwić się, aby oby tylko stres nie zaszkodził dzidzi. Głupio postawić na jedna kartę- bo co będzie jak się nie uda? Nie będzie do czego wracać…
    Jakoś nie mogę sobie przypomnieć w którym tc jesteś, ale tak sobie myśle, ze po tych wszystkich przejściach Pieninach chyba wreszcie pomysleć o sobie.

    • ~Ruda pisze:

      9 tc. No właśnie, zawsze te dylematy. U nas niby trochę lepiej pod względem zwolnień, to znaczy nie ma terroru, żeby nie brać. Tyle, że robota spada na innych, wystarczająco już obciążonych, czyli taka bardziej lojalność. A z drugiej strony jednak trochę zmiana priorytetów.

      • ~Margaritka pisze:

        Ruda, rozumiem dylemat brania L4 kiedy Twoje obowiązki spadają na resztę zespołu. Właśnie z tego powodu nie brałam zwolnienia na czas po 2tranaferze. Wiadomo, co ma być to będzie, jednak zloscilam się sama na siebie ze jestem w pracy,szczególnie gdy okazało się ze nic z tego nie wyszło. Nie wyszło jednak tez kiedy zrezygnowałam z pracy i prawie całkiem przespałam te 10 dni oczekiwania…:/
        Ty jednak jesteś już w ciąży o która zapewne łatwo nie było. Jeszcze 2 tygodnie i będziesz pewnie po usg I trymestru, wtedy zapewne już będziesz spokojniejsza o te ciąże. Lekarze nie bardzo chcą dawać zwolnienia w I trymestrze. Ja jak czułam ze zaczyna mnie bolec gardło i bałam się ze się rozchoruje( co w pracy głosem w szkole z małymi dziećmi jest norma), poszłam do lekarza internisty, powiedziałam szczerze ze jestem we wczesnej ciąży, ze mnie mdli, jestem senna i ze boje się ze sie rozchoruje na poważnie. Dostałam zwolnienie na pierwszy tydzień na przeziębienie ze wskazaniem żeby wrócić po tym tygodniu i wypiszemy na coś innego- poszło na problemy żołądkowe. Kochana była ta lekarka. Także jak gin nie chce dać zwolnienia to można zawsze inaczej:) tydzień to jeszcze nie tragedia gdybys się zle czuła. Pamiętaj ze teraz dzidziuś jest najważniejszy. A po badaniach prenatalnych możesz uciec na „legalne”zwolnienie ciążowe. Ja mam jakieś przewrażliwienie na punkcie tych wystaranych latami ciąż i zawsze wspieram i popieram decyzje o zwolnieniach. A dla tych co negują takie decyzje i twierdza ze ciąża to nie choroba coraz cześciej mam w głowie ripostę ze pewnie, jak jest się w stanie „zaciążyć” co cykl to może inaczej się patrzy na ryzyko poronienia, bo jak nie tym razem to innym. Dla nas często ta upragniona ciąża to jedyna szansa w ciagu wielu lat, a czasem i całego życia. Ja przez te 5 lat po ślubie dostałam tylko jedna taka szanse, która zakończyła się obumarciem ciąży. I pewnie praca nie miała na to najmniejszego wpływu, jednak czuje się „upoważniona” do chuchania i dmuchania na siebie jeśli jeszcze kiedyś dostanę szanse. Trochę mi głupio, ze mam takie podejście. Nic jednak nie poradzę na to, ze jest jak jest a w sytuacji ciąży-cudu głupio by było traktować ja jak ciąże-naturalna kolej rzeczy.
        Mam nadzieje, ze niw gadam jak potłuczona i ze nie zlonczujecie mnie za takie podejście :)

        • ~Izabela pisze:

          Margaritka, dobrze piszesz. Ja w czasie pierwszej ciąży nie chciałam iśc na zwolnienie, żeby nie przeciążać innych. Pracowałam w czasie studiów jako wychowawca świetlicy terapeutycznej. Prowadziłam półkolonie całe wakacje. Rodzice i dzieci zafundowali mi wielki stres i skończyło się to hipotrofią dziecka i ledwo ją odratowali. A że miałam zlecenie, to w 7 mies się skończyło i Andziu pa… nawet nie miałam macierzyńskiego, bo nie miał mnie kto zatrudnić na lewo. Tak mi podziękowano za lata pracy tam za pół darmo. Dlatego nigdy więcej nie postawię pracy nad dobro mojego dziecka.

        • ~Asia pisze:

          Margaritka, ja przez bardzo długi czas uważałam, że „ciąża to nie choroba” i patrzyłam z pogardą na kobiety które szły na zwolnienie w ciąży. Sama dwie całe ciąże przeszłam bez zwolnienia i byłam z tego dumna. Natomiast moje podejście zmieniło się całkowicie (o 180 stopni) przy trzeciej ciąży, gdzie praktycznie od samiusieńkiego początku do końca byłam cały czas na zwolnieniu. I nie chodzi mi tu tylko o to że ciąża była zagrożona, bo miałam krwiaka i musiałam leżeć (bo on się po jakimś czasie wchłonął) czy że w 9tyg. wyszła mi cukrzyca ciążowa. Gdyby nawet nie te dolegliwości to i tak byłabym na zwolnieniu, bo czułam się tak potwornie źle, że niemal przez całą ciążę miałam wrażenie, że to jedna z gorszych chorób jakie mnie spotkały, bo psychicznie też mi było ciężko od hormonów – koszmar. Teraz już absolutnie nie oceniam – ciąża ciąży nie równa i tak jak można czuć się wyśmienicie tak można też „umierać” z powodu różnych dolegliwości ciążowych. Pewnie zdarzają się „symulantki” ale teraz jak słyszę, że ktoś jest na zwolnieniu ciążowym to tylko współczuję takiej osobie. Tak więc zmieniło mi się od pogardy do współczucia. Absolutnie nie mam żadnych wyrzutów sumienia, że całą ciążę byłam na zwolnieniu. Pracodawca też uważał, że wręcz nie mogę absolutnie w takim stanie pracować więc tu akurat mam ogromne szczęście, bo ten pracodawca to akurat mój M :-) a w dwóch poprzednich ciążach branie zwolnienia nawet nie przemknęło nam przez myśl….I powiem Ci Margaritka, że mnie nie obchodzi co na ten temat myślą inni – jeżeli jakimś cudem byłabym jeszcze kiedyś w ciąży i czułabym się znów źle, to na pewno wzięłabym zwolnienie na całą ciążę bez wyrzutów sumienia.

  52. ~Kami pisze:

    Uff, nadrobiłam… Trochę mnie nie było, nowa praca więc i wdrażanie się. Cieszę się i gratuluję dobrych wieści, ściskam i przytulam te, które dostały złe nowiny…

    Co do „ciąży u wszystkich tylko nie u mnie” – ja jak słyszę kolejne newsy to po prostu wychodzę, ucinam rozmowę, nie ma mnie. Czuję jakbym dostała w twarz. Cieszę się, kibicuję, ale… same wiecie. Tutaj jest inaczej, cieszę się jak ze swojej :-) choć tej się coraz bardziej boję. Tyle oczekiwań, nadziei, że tym razem skończy się szczęśliwie. Będzie bardzo bolało jak znów się nie uda.
    Odebrałam wyniki badań pod kątem zespołu antyfosfolipidowego. No i nie wiem. Antykoagulant tocznia norma do 40,4 ja mam 40,6. Niby ledwo, ale coś jest na rzeczy. Na pewno do powtórki, ale do lekarza idę w następną sobotę żeby zobaczyć czy owu coś rusza. Bo ten cykl, pierwszy po łyżeczkowaniu był bez owulacji :-( do tego wit D mam niedobór. Eh, czuję jak starania znów się oddalają…

    • ~Margaritka pisze:

      Kami, przeczytałam Twoja historie i bardzo się wzruszyłam. Ileż my musimy przejść?!:( Kochana, wit.D 90% społeczeństwa w naszej szerokości geograficznej ma poniżej norma lub na bardzo niskim poziomie. Żałuje ze jakoś wcześniej sama na to nie wpadłam żeby siplementowac pomimo ze już dawno słyszałam ze generalnie się powinno w okresie zimowym. Dopiero Endokrynolog mi zleciła zbadanie poziomu i suplementację. Oczywiście lepiej mieć więcej niż mniej, jednak i z niskim poziomem dziewczyny zachodziły w ciąże. Glowa do góry!

      • ~Kami pisze:

        Masz rację, o niedobór nie trudno. Nie wpadłabym na to żeby sprawdzić gdybym tutaj nie poczytała o przyczynach poronien.
        Bardzo chcę już znów być w ciąży, ale też paraliżuje mnie to, ten strach. Wiem, że nigdy nie będę się nią po prostu beztrosko cieszyć.

        • ~Wężon pisze:

          Kami, ja też mam poziom lekko poniżej normy. Nie wiem, czy to nie kolejny chwyt marketingowy – przecież wszyscy prawie w Polsce mamy za niski poziom, a jakoś są i zdrowi ludzie i kobiety w ciąży, bez suplementacji.
          I też się boję ewentualnej ciąży, bo już nigdy nie będzie beztroska, będzie odliczaniem każdego dnia, byle do bezpiecznego terminu. Ale jeszcze bardziej się boję, że już nigdy nie będę mogła spróbować.

          • ~Iza krotki blog pisze:

            Wężon, czytam Twoje kolejne komentarze i mam wrażenie, że nie możesz wyjść z dołka :(
            Nawet nie wiem co Ci powiedzieć. Musisz próbować. Po prostu musisz próbować…

  53. ~Malgoosia pisze:

    Właśnie czytam w newsweeku artykul o ciazach w korporacji pt „matki szmatki”, normalnie nóż sie w kieszeni otwiera. To naprawdę tak wyglada?

    • ~Margaritka pisze:

      Malgosia- tak czyli jak? Nie czytałam tego artykułu.

      • ~Malgoosia pisze:

        Ciezarne traktowane sa jak powietrze, jak pracownik trzeciej kategorii. Ciaza uwazana jest za afront wobec firmy. Jesli nie mozna zwolnić poprzez nie dawanie kolejnych zlecen to tak sie umila zycie, ze czlowiek sam odchodzi. W skrajnym przypadku bylo „albo usuwasz albo wylatujesz” na załatwienie „sprawy” dano tydzien. Do tego brak mozliwosci udowodnienia choćby przed sadem, ze chodzilo o mobbing cuezarnej lub mlodej matki. Chce wierzyc, ze opisane sa jakies odosobnione przerysowane sytuacje, ze swiat jeszcze nue zwariował

        • ~bilbao pisze:

          myślę, że to co opisane w tym artykule to po części wyobraźnia autora żeby było ciekawiej.
          Znam sporo dziewczyn pracujących w korpo i dwie z nich po powrocie do pracy po urodzeniu dziecka dostały papier na dowidzenia, ale zdecydowana większość spokojnie wróciła do pracy, również w ciąży nie miały problemów.
          Ja sama pracuję w 3ciej już naprawdę dużej korpo, i w czasie mojej ostatniej ciąży, gdy mówiłam szefowi (ogólnie to sztywniak i służbista) o moim stanie przyjął newsa z entuzjazmem i sam zaproponował prace z domu, a gdy mówiłam mu że prognozy ciążowe są złe to pocieszał jak mógł.
          A jak wróciłam do pracy tydzień po stracie o czym kadry dowiedziały się od razu po zaniosłam L4 już nie ciążowe, to głowna kadrowa ocierała mi łzy.
          I w tej pracy wszystkie dziewczyny z uśmiechem na ustach po ciązy wracają na stanowiska.
          Pewnie takie podejście nie jest powszechne w korporacjach ale na pewno normą nie jest to co napisane w artykule (choć pewnie-niestety-się zdarza).

          • ~bilbao pisze:

            a ja dodam swoje 3 grosze do wątku o wit.D – przed ostatnią ciąża poczytałam o niej i sama zaczęłam brać przez ok4m-ce dawke 4000 j. dziennie , i wyobraźcie sobie że zbadałam sobie po tym czasie poziom i po takiej suplementacji miałam 28 – czyli nadal niedobór!

            • ~Ania pisze:

              Bo sama wit d3 niewiele daje:( trzeba ją łykać razem z k2 wtedy wędruje tam, gdzie powinna, w przeciwnym razie odkłada się w tętnicach i powoduje ich zwapnienie. W Pl trudno jest kupić k2 najłatwiej zamówić przez neta, tylko trzeba ze sprawdzonego źródła. Dzięki mojemu Hashimoto trochę przeszłam zanim zaczęłam łykać tak jak trzeba, a lekarze o tym nie mówią:(

        • ~Ruda pisze:

          Nie mogę przeczytać całego artykułu, bo nie mam dostępu – ale u mnie w koropo pod tym względem jest normalnie. Laski wracają po ciąży na swoje stanowiska, czasem na inne jeśli struktura sie zmienia w międzyczasie. Korpo jest wielka, wiec nie umiem powiedzieć czy wszędzie tak jest, ale na pewno w mojej okolicy nie zauważyłam takiego podejścia.

        • ~Iza krotki blog pisze:

          Małgosia, ja pracuję w dużej korpo. To nieprawda. Nie jestem oddana firmie, kocham swoje życie PO pracy, a nie W pracy, ale muszę oddać słuszność firmie, że nigdy nie robi żadnych problemów kobietom w ciąży.

          Wręcz na szkoleniu z jakiegoś BHP czy czegoś takiego mówili nam, że jak jesteś w ciąży to już lepiej weź to zwolnienie, bo pracodawca musi Ci wtedy zapewnić pracę do 4 godz. przy kompie, a na resztę dnia wymyślić inne zajęcia i jak wiemy jest to często niemożliwe.

          Powroty po urodzeniu dziecka odbywają się bezproblemowo, na to samo stanowisko albo inne, jeśli przez długi czas nieobecności tamto stanowisko zlikwidowano.

          To co przytoczyłaś (przynajmniej mówię o swojej obserwacji) to nieprawda, nieprawda i jeszcze raz nieprawda.

  54. ~Ewciak pisze:

    Dziewczyny ja wracam od ginki z Poznania, mam 2 pęcherzyki 20 i 26mm endo 10,5, jak zajade do domu to ovitrelle, a w środę rano druga iui. Dostałam też steryd na moje przeciwciała hashi. Trzymajcie kciuki :-) nie poddajemy się i walczymy dalej :-)

  55. ~Margaritka pisze:

    Malgosia zapewne w artykule opisane bly jakieś hardcorowe przypadku, jednak na pewno nie jest łatwo. Sama byłam świadkiem degradacji na niższe stanowisko młodej mamy, która wróciła z macierzyńskiego. Pewnie wyszli z założenia ze będzie mniej wydajna i zaaferowana dzieckiem zamiast klientami, wiec bezpieczniej było ja od razu odsunąć od ważnych spraw a jednocześnie nie wyrzucić z pracy.

  56. ~Asia pisze:

    Iza, jak tam samopoczucie? Co słychać u Królika?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Asia, dzięki, jestem, czuwam nad blogiem, bardziej może czuwam niż jestem, wróciłam do pracy, czas skurczył się do wielkości ziarnka grochu.
      Czytam każde słowo, do każdego chcę coś dopowiedzieć.

      Czuję się ok. Znośnie. Nie mam najlepszego na świecie humoru, ale daję radę.

      • ~Wężon pisze:

        Witaj Izo. Widziałam że czuwasz, na pytanie odpowiadasz. :)
        Ja też nie czuję się najlepiej, zwłaszcza, że następne ciąże się pojawiają. Chcę się zakopać w jakiejś norze.

      • ~Asia pisze:

        Iza, ani się nie obejrzysz a będziesz jechała na scratching. Cała ta praca ma ten plus, że właśnie czas mija bardzo szybko. Ten czas czekania na ciążę to chyba jedyny okres w życiu kobiety kiedy z całych sił pragnie żeby czas przeleciał jak najszybciej, nawet kosztem wyjazdów, weekendów i innych atrakcji. Jestem pod wrażeniem Twojego „jest znośnie” i że nie masz „najlepszego na świecie humoru” :-) To jest dopiero pozytywne podejście do życia. Twój mąż ma Przeogromne Szczęście.

      • ~asti pisze:

        Witaj Iza :)
        Dobrze, że wyjazd się udał, że odpoczęłaś :) Tak wnioskuję z Twoich wpisów. Że odsapnęłaś trochę.
        Jakie plany na najbliższy czas? Robisz przerwę 3 mce? Coś wiadomo?

  57. ~francuzeczka pisze:

    Witaj Iza, witajcie dziewczyny ;)
    Dobrze Was poczytac … bo czuje sie jak w domu z przyjacikami , ktore rozumieja wszystko bez slow;) musialam przeboleci przeplakac Twoja strate Iza (przykro bardzo…)i swoje niepowodzenie:(
    Unikam ciezarnych kolezanek … bo mi zlei jestem zazdrosna czy jestem zla osoba?! tak sie wlasnie czuje…

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Francuzeczka, dawno Cię nie było.
      Przykro mi, że to czas niepowodzeń dla mnie, dla Ciebie… Może dlatego tak łatwo płaczemy nad czyimś losem, bo boli jak własny ból…
      Francuzeczko, masz prawo być zazdrosna… Dziwne byłoby, gdybyś nie była… Zazdrość, żal, złość, poczucie niesprawiedliwości… Takie uczucia są wnas i lepiej umieć je nazwać, niż je spychać…
      Nie jesteś ani trochę zła. Jesteś po prostu doświadczona, obarczona chorobą niepłodności…

      • ~francuzeczka pisze:

        Jestem Iza jestem, trwam przy tobie po cichu…mam problem z kompem w domu i moge popisac tylko w pracy. Ale czytam kazde Twoje i dziewczyn slowa zeby znalesc pocieszenie i otuche;)

        • ~iza krotki.blog pisze:

          Cieszę się, ze nie zniknęłaś. Może to dobrze mieć problem z kompem w domu, bo to złodziej czasu.
          Pozbierałaś się? Wszystko w porządku?

    • ~asti pisze:

      Frzncuzeczko, ja już nawet nie unikam ciążowych koleżanek.. Nie da się. Tak wiele ich wokół :/
      Chciałabym tylko, żeby role się odwróciły, żeby to mi w końcu ktoś gratulował.

      W środku czuję złość, niesprawiedliwość. Nawet gniew, żal, gorycz – wtedy, gdy przychodzi kolejna @.
      Złoszczę się na męża, jestem okropna w swoim postępowaniu :( to nie jego wina :(

      Z drugiej strony trzeba jakoś dać upust swoim uczuciom.
      Trzymanie w sobie tych wszystkich emocji powoduje ogromy stres.. jakby go było mało w życiu…

      I nie obwiniaj się. Nie jesteś złą osobą.

      Głowa do góry. Trzymam kciuki.

      • ~francuzeczka pisze:

        Dzieki tego mi bylo trzeba bo czasem mam wrazenie ze juz calkiem jestem oderwana od rzeczywistosci.;)
        ostatnio uslyszlam od kolezanki ktore dobrze wie ze sie staramy od dawna: „Nie odzywasz sie, obrazilas sie ? za to ze jestem w ciazy szybciej od Ciebie?” Dobrze ze to bylo przez telefon bo vhyba bym ja strzelila zeby sie poczuc lepiej;)

  58. ~Ruda pisze:

    Przez te dyskusje o wit D sprawdziłam swoje wyniki z września, i miałam w normie, 40 czegoś tam – ale, właśnie, to było we wrzesniu czyli po letnich miesiącach, ciekawa jestem jak to teraz by wypadło, czy są duże różnice w wynikach między porami roku?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Ruda, nie wiem tego na pewno, ale na logikę – muszą być różnice. Witaminę D czerpiemy zesłońca, to jak by tych różnic miało nie być…

  59. ~Margaritka pisze:

    Francuzeczka, nie jesteś złą osobą! Dopiero co mnie dziewczyny tutaj tłumaczyły ze mam prawo czuć się chujowo i ze zazdrość i poczucie niesprawiedliwości nie jest niczym złym. Jeśli Cie to pocieszy, to ja tez czuje się podle:( z powodu swoich niepowodzeń, z powodu tego co przeszła Iza(dlaczego kurwa Mac spada tyle na jedna mała osóbkę?!), z powodu wszystkich cierpiących tu (z rożnych powodów a jednak jednego-braku możności zajścia w ciąże tak po prostu, jak to zwykle bywa) dziewczyn. Mi się totalnie pogorszyło po ostatnim niepowodzeniu:( miałam taka huśtawkę od euforii po totalne załamanie, tak mi to dało popalić.jestem wkurwiona na cały świat. Nie wyobrażam sobie swojego życia dalej. Już nie mam nadziei, brak mi radości życia, brak mi zapału, nie umiem już nawet mieć planów, czekać na coś, cieszyć się. Z coraz większym przekonaniem moim zachowaniem mowię światu jak bardzo go nienawidzę;( podziwiam Izę, ze się tak podniosła po tym co przeszła. I jeszcze nas tu wszystkich wspiera, daje rady i dobre słowo.
    Tak apropos, Iza- znowu za Twoja sprawa sięgnęłam po literaturę! Książka jest już moja. Ściągnęłam fragment na tel. i mnie wciągnęło. Myśle ze w celach terapeutycznych warto się z nią zapoznać. Szczególnie teraz.
    Francuzeczka! Wysmuc się i wypłaci ile trzeba. Jeszcze od udawania ze jest dobrze, dobrze nikomu się nie zrobiło. Jaka jest Twoja historia?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Margaritka, smutasku, nie wymagaj od siebie zbyt wiele, bo nie jesteś z kamienia. Nienawidzisz świata to go nienawidź tak dlugo, jak potrzebujesz.

      Czas, chcesz czy nie, upłynie. Przyjdzie dzień, w którym będzie Ci się chciało rano wstać. Ale na razie za dużo przeszlaś.
      I jeszcze coś Ci powiem. Jestem z Ciebie dumna, że potrafsz nazwać swoje uczucia. Jesteś mądra i dojrzała, jesteś też silna. I obecnie też wkurwiona. I wiem, Ty też wiesz, że w końcu wstaniesz. Może razem ze mną ?
      Dla siebie, dla Męża, dla tego czegoś lub kogoś w przyszłości.

      Nie da się biec cały czas, bez odpoczynku, szczególnie ze stłuczonym kolanem, sercem.

      • ~Margaritka pisze:

        Obejrzałam film polecony przez Mojre, przeczytałam Twój komentarz. Rozpadlam się na drobne kawałki;( chyba tego mi było trzeba. Uwolnienia bólu. Dziękuje Iza. Podniosę się, chce, mam nadzieje. Tylko tak jak Ty kiedyś napisałaś- pociąg pędzi a ja bym chciała na chwile z niego wysiąść, mam dość. Podlecze trochę serce, kolano i będę biec dalej. :) dziękuje:)

        • ~Iza krotki blog pisze:

          Margaritka, kruszyno, jesteś nie do zdarcia kobieta! :)
          Tak, czasem musimy wysiąść z rozpędzonego pociągu i wydaje mi się, że nam się to udaje…

    • ~francuzeczka pisze:

      Margaritka dzieki za Twoje slowa, juz czuje sie lepiej:) moja historia jest mniej skomplikowana niz wiekszosci z Was. Mam 7 letnia wspaniala corke, poczeta 3 miesiace po odtawieniu plastrow. Urodzona posladkow bez najmnijszgo problemu. Piec lat temu przekonalam meza ze juz czas najwyzszy pomyslec o drugim zwlaszcza ze moja corka zaczela powtarzac ze to jej najwieksze marzenie.
      I tu „zaczynaja sie schody”. Od wielu lat mieszkam we Francji, chodzilam tu regularnie do lekarza ktory przez dwa lata mi powtarzal ze to moja wina bo sie nie potrafie zrelaksowac za duzo o tym mysle itd. W kolejne wakacje w Polsce ginekolog na prywatnej wizycie stwierdzil polip w macicy. Szybko sie go pozbyli w szpitalu we Francji i tam super mlody lekarz zaproponowal ze mnie zapisze na oddzial leczenia nieplodnosci. I „lecze” sie tam od 2013, po serii badan okazalo sie ze z punktu widzenia medycznego wszystko u nas jest ok, wiec jest to nieplodnosc wtorna. W 2014 padlo slowo in vitro i przez rok do tego dojrzewalisny…. w tym roku stymulacja punkcja w marcu (19! pecherzykow) obawa hiperstymulacje i transfer przeniesiony na kwiecien. I tu ogromne rozczarowanie na 10 dojrzalych jajeczek tylko jedno sie zaplodnilo:( oczywiscie nikt nie ma pojecia dlaczego… jak sie domyslasz nie ma ciazy…Nowe badania za mna i o ironio losu lekarz ktoey mi robil usg w 3 dniu cyklu powiedzial tylko jest pani stworzona do rodzenia dzieci… tylko co z tego:( zaleta mieszkania we Francji jest to ze mozemys sie leczyc za darmo do 2018 roku, ale to szpital dla nich wszystko jest tak oczywiste ze nawet spacjalnie nie tlumacza co i jak:( wiecej medycznych rzeczy dowiedzialam od Was na forum…
      mam wrazenie ze nie zrobilam polowy badan o ktorych tu piszecie !wlasnie wysiadlam na chwile z tego pociagu bo potrzebuje odpoczynku by znow zaczac po wakacjach….

  60. ~Jagoda pisze:

    Moje Drogie – czytam wszystkie wpisy i myślę o Was wszystkich nieustannie. I trzymam mocno kciuki, cały czas, tylko jakoś nie mam siły nic pisać. Ja chyba za wcześnie się ucieszyłam, moja druga beta z 74 w trzy dni wzrosła do 440, ale po kolejnych 72 godzinach przyszedł ostry ból, plamienie i beta 704. Wiem, że taki przyrost nie wróży niczego dobrego… Jutro powtarzam badanie.
    Pozwoliłam sobie na nadzieję i z punktu widzenia mojego obecnego samopoczucia, to był duży błąd…
    Margaritka podasz mi swojego maila?

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Ja kogę Wam maile przesłać na priv, jak nie chcecie pisać na blogu. pawelec też czytałam. Chyba warto i o niej tutaj napisać. Mnie bardzo też pomogła.

      Jagoda… Twoja beta… Chciałabym powiedzieć, że to nic takiego, ale obie wiemy, że lepiej, żeby nie było bólu i tego trochę mniejszego przyrostu…

      Niecierpliwie czekam z Tobą na jutrzejszą betę… Ciąża to nie matematyka… Walczysz, zarodek walczy… Troszkę się boję o Ciebie…

    • ~Lucy pisze:

      MAm nadzieję, że to tylko plamienie hormonalne i coś tam zabolało. JAk zaczęłam krwawić jak mi się krwiak zrobił to też bolało a jutro 24 tc:) Powodzenia

  61. ~Jagoda pisze:

    W temacie literatury, mnie w chwilach ogromnych dołów bardzo pomogła książka Wojciecha Pabiana i Bogdy Pawelec „Niepłodność”.

  62. ~Margaritka pisze:

    Jagoda, serce mi pęka jak to czytam:( mam nadzieję, ze to tylko jakiś straszak, ze wszystko jest dobrze.napisz koniecznie po badaniu co i jak.
    Ja tez jutro powtarzam bo mimo ze @ przyszła i to szybko po odstawieniu leków we wtorek, bo już we środę były plamienia a w czwartek więcej krwi, to ta @ była jakaś skąpa, nadal mam nabrzmiałe piersi i kiepsko się czuje:/ chce mieć pewność ze tamta historia jest skończona.
    Mój mail ma i imię i nazwisko w nazwie, wolałabym nie pisać na forum. Jeśli chcesz napisz tu swój a ja Ci wyślę maila albo jak zawsze prośba do Izy o przekazanie adresu.

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Ja wam adresy jutro rano prześlę, nic nie piszcie na forum.
      Margarika, ja jestem 2 tygodnie po wyjściu ze szpitala i mam wciąż nabrzmiałe piersi. Beta może spadać bardzo długo…

  63. ~Mojra pisze:

    Hej dziewczyny, trochę zamilkłam, ale nadrabiam, co wyskrobalyscie, choc sama nie umiem nic mądrego napisać, u mnie w koncu nudno, a przez ostatnie dwa dni musiałam odreagować, mam gościa wiec i do internetu nie zaglądałam.

    Jagódka..nie mozna Cie nijak podnieść na duchu, wiem. Ale nie da sie nie miec nadzieji, choc przez nią zawsze spada sie najboleśniej.

    Co do literatury mogę polecić :” o dziecku ktore odwróciło sie na pięcie” i film ” return to zero”, ten ostatni pokazuje chyba wszystkie sytuacje i słowa ktore spotykają kobietę po stracie, i to jak trudno dalej żyć..
    Ściskam was wszystkie.

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Mojra, dzień dobry. Jak u Ciebie nudno to najlepsze wieści :) Życzę Ci nudnej ciąży i żebyś musiała nam pisać głównie o pogodzie i czasem o filmach, książkach…

  64. ~Lucy pisze:

    Ja to miałam chwile grozy na weekend. W niedzielę pojechaliśmy na pogotowie, bo takie miałam od soboty wysokie ciśnienie, ze się zaniepokoiłam i twardy brzuch jak kamień. Dostałam skierowanie do szpitala i miałam się tam udac jak nie spadnie ciśnienie. Wróciliśmy do domu, wypiłam 2 melisy i zasnęłam. Po obudzeniu ciśnienie już mniejsze uff… Pewnie przez upały i nerwy trochę miałam :/
    Od dziś postanowiłam wyciągnąć maszynę do szycia i się uczyć szyć:D
    Iza będę czaić czy nie szyjesz przypadkiem czegoś co mogę odgapić hihihi

    • ~Iza krotki blog pisze:

      Lucy, no, nie strasz… :)
      Mam uszyte nowe rzeczy – dwie sukienki – tylko nie zrobiłam sobie w tym żadnego zdjęcia, żeby Wam wkleić. Jedna już poszła do kartonu z zimowymi rzeczami, bo jest z dresówki, za ciepła na teraz. W drugiej właśnie piszę do Ciebie z pracy :)

      • ~Izabela pisze:

        dawaj tą sukienkę :) u mnie maszyna też leży jako spadek po mamie, ale nie umiem się z nią obchodzić, a tak mi się marzy umieć coś zwęzić czy podwinąć.
        Dziewczyny jako socjoterapeuta mogę ten blog dawać za przykład emocjonalnego radzenia sobie z uczuciami. Sama lepiej nie przeprowadziłabym terapii na dokopywanie się do emocji. To jak tu sobie radzicie (radzimy) jest na najwyższym poziomie profesjonalizmu. Gratuluję Ci, Izunia, stworzenia takiego miejsca.

      • ~Lucy pisze:

        Ja kupiłam sobie sukienkę i jako niska pierdoła oczywiście muszę ją skrócić jak i wszytskie spodnie jakie kupię i się złoszczę, bo mam maszynę a nie umiem. Trzeba się wziąć do nauki:D Szkoda, ze nie wkleiłaś fotki sukienek. Może chociaz tą co masz na sobie? :D

  65. ~Wężon pisze:

    Witajcie dziewczyny.

    Jagoda, czekam na wieści odnośnie Twojej bety. Też mam nadzieję, że to tylko fałszywy alarm.

    Lucy, dobrze, że ciśnienie spadło, ale pilnuj go teraz szczególnie. Jarka pierwsza córka jest wcześniakiem z 28 tyg. przez nadciśnienie ciążowe. Urodzona w hipotrofii, ledwo uratowana, matka też była w stanie przedrzucawkowym. Młoda była, nie sprawdzali sami, a jak wychodziło jej u gin trochę za wysokie, to ta mówiła, że pewnie od wchodzenia po schodach urosło. Niestety dziecko nie wyszło z tego bez szwanku.

    Francuzeczko, witaj ponownie. Pamiętam, że się tu pojawiałaś, ale nie pamiętam Twojej historii. Jakie nowe niepowodzenia Cię spotkały?

    Margaritka, wściekaj się teraz. Dobrze Cię rozumiem. Masz już termin histeroskopii, czy dzisiaj ustalisz?

    Ewciak, trzymam kciuki za Twoje pęcherzyki, żeby któryś zamienił się w zarodek.

  66. ~Wężon pisze:

    Izo, piszesz, że brzmię jakbym była w dołku. Czuję się w głębokiej studni.
    Bo kiedy wychodziłam z dołka po poronieniu, zostałam zepchnięta głębiej.
    Zdążyłam się ucieszyć, że nie jest tak źle, że możemy znowu ruszać, przygotowywałam się już przecież do transferu. I zamiast terminu transferu dostałam wiadomość, że w tym stanie transfer jest niemożliwy. I teraz zamiast być w pierwszych dniach po i z niecierpliwością liczyć czas do bety, to z niecierpliwością czekam na wiadomość o terminie histeroskopii.
    Dostałam cios za ciosem i nie wiem, kiedy wstanę. Nawet nie mogę się nie poddawać i próbować, bo to nie zależy ode mnie. Bez zabiegu nic nie zdziałam.
    Nienawidzę czekać, a nie znać terminu nienawidzę jeszcze bardziej. Lekarz jeszcze nie zadzwonił – nie wiem, czy uda mu się znaleźć termin w czerwcu, czy w lipcu, czy w ogóle zapomniał. On wziął i wpisał do kalendarza mój telefon, ja do niego kontaktu nie mam, czyli czekam na wiadomość.
    Mam w żołądku kłębowisko węży.
    Jestem też wściekła na kuchnię w salonie. Po co tak robiliśmy, po co mieliśmy nadzieję? Urządzaliśmy się zaraz po usunięciu przegrody, miało być tak pięknie. Skończyło się tym, że dom mnie też denerwuje, bo przypomina, że nie wyszło.
    Zmiana ustawienia to zrujnowanie całego dołu, nowe meble kuchenne. Nierealne na razie.

    • ~Izabela pisze:

      Wężon jesteś w żałobie i to normalny stan duszy i ciała (wydaje mi się , że przeszłaś do 3 etapu żałoby, złości, żalu – gdybyś chciała więcej poczytać to możesz zaglądnąć np tu http://www.psychologia.net.pl/artykul.php?level=706) . Myślę, że ten czas na kolejne starania jest Ci tak naprawdę niezbędny i nie bez powodu go dostałaś. Musisz przejść przez wszystkie etapy żałoby, żeby później nie dopadła Cię np. depresja. Obawiam się, że gdybyś zaszła teraz w ciążę , to to nowe dziecko byłoby ‚dzieckiem zastępczym’ za bliźnięta, a to nie byłoby korzystne ani dla niego, ani dla was. Nie chce tu moralizować, jesli uznasz mój wpis za niezasadny, po prostu go pomiń. Wiedź, ze ciepło o Tobie myślę i traktuję, jak matkę chrzestną tego bloga.

    • ~Yarzynka pisze:

      Wezon, jak ja Cie rozumiem: ja tez urzadzalam sypialnie z mysla gdzie postawimy lozeczko dla dziecka, wymienialismy podlogi szybko zeby lakier zdazyl wywietrzec zanim bede w ciazy. Teraz ciagle czasem sie lapie ze patrze na ogrod I probuje sobie wyobrazic jak moje dziecko tam sie bawi albo jak rozwiaze sprawe wanienki do kapania w malej lazience.
      To sa jednak ulamki sekund I kieruje swoje mysli na wlasciwe tory, takie gdzie skupiam sie na rzeczywistosci. Za wszelka cene staram sie nie wybiegac w przyszlosc I nie planowac. A tym bardziej nie myslec o przeszlosci I zmarnowanych miesiacach/latach.
      Aktualnie czytam ksiazke Dr Claudia Welch: Balance your hormones. Dopiero przeczytalam kilka rozdzialow ale widze ze bedzie pomoca I wytchnieniem dla takich ciaglych nerwusow I zamartwiaczy jak ja. Mam nadzieje ze pomoze mi dojsc do harmonii w moim zyciu. I jak pisalam, skupiam sie na tym co teraz, staram sie doceniac jak moge to co mam: meza, dom, wspolne wyjazdy, to ze gotuje dla nas smaczne potrawy, nowe roslinki w ogrodku. Pomaga skupic sie na tym co dookola mnie I nie czuc sie odizolowanym od rzeczywistosci.
      Ponizej moja historia, juz dawno zbieralam sie zeby ja napisac:
      Rocznik 78, probujemy zajsc w ciaze od 2012. W styczniu 2013 robimy testy: wszystko wychodzi w normie. Zima 2014 zaczynam miec bolesne okresy, lekarz mowi o podejrzeniu endometriozy. W czerwcu 2014 mam laparoskopie I potwierdzenie endometriozy 3-go stopnia.
      W styczniu 2015 podchodzimy do invitro. Transfer jest udany ale od 5-tego tygodnia zarodek sie nie rozwija. Poronienie nastepuje 2 tygodnie pozniej. Swiat nam sie wali, zbieram sily do dalszych prob

  67. ~bilbao pisze:

    ech Dziewczyny, czytam o Waszych dolach, smutkach, dziele je z Wami i tez przezywam…ja sama jestem teraz, 10 miesiecy po ostatniej stracie ciazy, w najtrudniejszym chyba okresie mojej nieplodnosci.
    Moze to dlatego ze mija 5 lat staran w czasie ktorych 2 straty, 5 histeroskopii, i zblizajace sie 39 urodziny ktorych od pewnego czasu juz nie swietuje….
    Nie jestem w stanie rozmawiac o tym co nam sie przydarzylo z kimkolwiek, a jesli juz to z Mezem i od pierwszego zdania sie rozklejam i rycze, nie potrafie powstrzymac plynacych z zalu i poczucia niesprawiedliwosci, i straconymi szansami lez…
    Jest ostatnio w mediach kampania, o nieodkladaniu macierzynstwa na pozniej, nie widzialam tego spotu ale czytalam o nim i komentarze go dotyczace….sprowokowalo to dyskusje z Mezem, o tym ze moze tez cos przegapilismy, ze moze trzeba bylo starac sie szybciej, ze gdybym byla o te dwa lata mlodsza to by sie udalo…finalnie i tak doszlismy do wniosku ze mamy straszliwego pecha w tej kwestii bo wiek wiekiem a wiele ddziewczyn w naszym otoczeniu, nawet starszych ode mnie, z powodzeniem zachodzi w ciaze i rodzi zdrowe dzieci…
    przymierzamy sie do powiekszenia naszej przestrzeni zyciowej i kupna domu, moj maz powiedzial ostatnio, ze najlepiej wiekszy no bo jesli bedziemy mieli szczescie i dzieci sie pojawia albo przynajmniej jedno….ja jestem za mniejszym, bo nie chce patrzec na puste sciany i gluche pokoje w przypadku gdy jednak dzieci nie bedzie. Oczywiscie przy dyskusji o domu rowniez sie poryczalam jak glupia…w zasadzie kazdy temat ostatnio, ktory tylko zahacza o dzieciowe tematy wywoluje u mnie morze lez, co mnie sama dziwi, gdyz do tej pory plakalam rzadko i nie dawalam ujscia emocjom w ten sposob. Nie lubie sie tak mazac bo nigdy typem mazaja nie bylam, ogolnie jestem twarda babka, ale w tym temacie widocznie doszlam juz do wlasnej sciany placzu…..

  68. ~Wężon pisze:

    Yarzynka, paradoksalnie, to korzystanie z życia i cieszenie się sobą jest łatwiejsze, kiedy starasz się o pierwsze dziecko. Teraz możecie korzystać z zalet bezdzietności. My przy jednym i tak nie jesteśmy w pełni dyspozycyjni. Nie mamy niemowlaka w domu i nie mamy wolności bezdzietnych.
    Ty przynajmniej masz sypialnię, której i tak używasz i podłogi, po których chodzisz. Mimo, że spieszyłaś się dla dziecka.
    Ja mam pusty 20 metrowy pokój, w którym mógłby być gabinet/pokój gościnny. I gabinet na dole, zamiast dużej oddzielnej kuchni i kuchnię wciśniętą w salonie, czego nie cierpię. Codziennie widzę to moje ustępstwo na rzecz dziecka. Nie mogę spojrzeć gdzie indziej, czy przegnać wizji.
    Yarzynko, musisz podchodzić od nowa do stymulacji, czy masz zarodki?

    Bilbao, jakie rozmiary domów bierzesz pod uwagę? Nasz ma 200 metrów i jest idealny na jedno dziecko. Bez też bym go zagospodarowała. Dla dwójki musiałam zaplanować ustępstwa, które teraz kolą mnie w oczy.
    My się staraliśmy od pierwszego spotkania właściwie. tu nie mam sobie nic do zarzucenia. Potem lekarz zmarnował mi prawie dwa lata, bo olał moje niepokoje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>