Nocami śnią mi się operacje. Ząb za zepsuty ząb

Nocami śnią mi się jakieś operacje ratujące życie, ktoś kogoś zabija, aby przeżyć.

Przeżywam na nowo laparoskopię, podczas której doszło do zakażenia szpitalnego. Odtwarzam w pamięci, celowo i z bolesną premedytacją, badania, późniejsze rozmowy, szwy, kroplówki i biegunki. Przypominam sobie, kiedy rozkładałam nogi do badania, a kiedy tylko wystawiałam ramię do pobrania krwi. Usiłuję sobie przypomnieć ostatnie chwile, kiedy miałam jajowody, ale ich nie pamiętam, bo wtedy chciałam tylko spać i nigdy się nie obudzić.

Przypominam sobie twarz i nazwisko lekarza, który –  na pytanie skąd wzięły się bakterie w moim brzuchu – powiedział, że u kobiet takie rzeczy robią się nawet od zepsutego zęba. Leżałam wtedy plackiem okablowana drenami. Parę godzin wcześniej prosiłam pielęgniarkę, żeby mnie podmyła, jak robiła to przez dwa poprzednie dni. Taką miałam siłę argumentu do dyskusji. Ale za to dobrze sobie zapamiętałam, kto to powiedział.

Teraz to odtwarzam w głowie. I od nowa. I od nowa. Minuta po minucie. Nie uporałam się z poczuciem niesprawiedliwości, a nawet poniżenia.

Nie mogę tutaj pisać szczegółów, jeszcze na to za wcześnie. Ale nie chcę, żeby któraś z Was znowu usłyszała, że straciła jajowody, bo ma zepsutego zęba. Zrobię, co mogę, aby kobiety przykute do łóżka, z nieumytymi od kilku dni włosami i sikające w cewnik, nie musiały bezradnie nieruchome wysłuchiwać takich bzdur.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Iza i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

57 odpowiedzi na „Nocami śnią mi się operacje. Ząb za zepsuty ząb

  1. ~nie_bieska pisze:

    Tez to wszystko pamietam, każde upokorzenie, każda bezmyślnie wypowiedziana „diagnozę”. Wypowiedziana z perspektywy małego bozka. Diagnozę, po której tygodniami płakałam, mimo ze lekarz prowadzący twierdził od początku, ze kolega się pomylił.
    Pamietam, ile razy prosiłam o skierowanie na badanie a byłam traktowana jak wyłudzacz.. „Bo skoro stać panią na prywatne in vitro, to może pani płacić rownież za badania”.
    I pamietam kiedy dowiedziałam się, ze moje amh wynosi <0,16.. I tłumaczenie lekarza, ze to powikłanie po laparoskopii zrobionej kilka lat wcześniej z powodu cysty

    • krotki.blog pisze:

      ~nie_bieska, bardzo przykro słyszeć to co Ty musiałaś usłyszeć. Ja nie zdawałam sobie sprawę, jaki kamyk wrzucam do wody, kiedy pisałam ten post. Nie zdawałam sobie sprawy, ile wspomnień Twoich i innych dziewczyn to wzbudzi. I zmartwiło mnie Twoje AMH…

      • ~nie_bieska pisze:

        Chyba każda z nas miałaby dziesiątki takich historii do opowiedzenia. Pewne jest jedno: nikt się o nas nie upomni jeśli nie zrobimy tego same. Trzeba walczyć o swoje marzenia, ale tez o GODNOŚĆ. Pozdrawiam ciepło.

  2. ~Maja pisze:

    Jesteś silną i cudowną kobietą! Oby jak najwiecej takich dobrych duszyczek na tym obojętnym świecie!!!

  3. ~Lusi pisze:

    Witaj! :)
    Natrafiłam dziś rano na Twojego bloga chcąc poznać perypetie innych kobiet zmagających się z problemem niepłodności. Początkowo chciałam wyrywkowo przeczytać jak radziłaś sobie Ty. Po paru wpisach cofnęłam się do samego początku blogu i pochłonęłam go w całości dzisiaj. Przeżywałam z Tobą smutki i radości. Poryczałam się sporo razy i cieszyłam z dobrych wieści. Liczyłam na to, że na końcu będzie szczęśliwe zakończenie. Niestety na nie jeszcze musimy chwilę poczekać. Mocno trzymam kciuki, żeby następnym razem wszystko dobrze się skończyło. Będę zaglądać co u Ciebie. Naprawdę podziwiam Cię za Twoją siłę i wolę walki. Nie wszystkim by starczyło tych sił po tym co przeszłaś.
    Ja mam transfer jutro i mam nadzieję, że po prawie 7 latch patrzenia na 1 kreskę na teście w końcu zobaczę te 2:) Niepłodność idiopatyczna, niepewność i bezradność zżera mnie od środka jak Ciebie kiedyś ta cholerna endometrioza.
    To nie wiarygodne ile człowiek może znieść. Podziwiam:)
    Życzę Ci duuuużo zdrówka i żeby Twój trud został w końcu wynagrodzony:)

    • krotki.blog pisze:

      Lusi, zaglądaj do mnie, ciesz się ze mną, mam nadzieję, że już więcej nie dam Ci powodu do płaczu. Bardzo mi schlebia to co piszesz, ale ośmielę się zaopnować w momencie, kiedy napisałaś, że nie wszystkim starczyłoby sił. Właśnie teraz mi jest łatwiej, bo nie mam już nic do stracenia, nic a nic.
      Miałaś wczoraj transfer???????
      Jak się czujesz? No wiem, że nic nie czuć, ale jak się czujesz psychicznie?? Napisz coś! :)
      Ja miałam mieć transfer w tym tygodniu, ale zamiast pęcherzyka jest torbiel czynnościowa, szlag…

      • ~Lucy pisze:

        Miło, że odpisałaś. Tak miałam transfer w poniedziałek 19 stycznia:) Mam jeszcze 3 śnieżynki. 2 były od razu, a wczoraj dzwoniła Pani endokrynolog, że jeszcze blastuś dorósł do klasy 5 BA i poszedł lulu:)
        Czuję się dobrze. Jestem na Relanium od dnia transferu przez 4 dni. Może dlatego jestem spokojna albo to już reakcja obronna na ciągłe porażki. Ostatnio podliczyłam, że prawie 80 cykli widziałam 1 krechę na teście, 80 razy płakałam, już nie sprawdzam wyniku bety w laboratorium tylko biorę szybko kartkę i patrzę dopiero w domu, żeby inni nie widzieli moich łez bezsilności. Może z przerwą na operację wycięcia tarczycy, poważny kryzys w małżeństwie, który o mało nie skończył się rozwodem przez głupotę mojego męża(żałowałam, że pewnien Twój wpis jest zabezpieczony hasłem) i przerwą na głęboką depresję, której się do końca nie pozbyłam zaczynając wycieczki po klinikach leczenia niepłodności, ale czułam, że nie mogę już czekać z leczeniem, bo czasu nie przybywa.
        Chyba wiem o co CI chodziło w Twojej odpowiedzi na mój komentarz, bo w sumie ja też się czuję silniejsza psychicznie niż kiedyś. Cel nakręca działanie. Póki starczy mi sił to sie nie poddam:) Dupka się utwardza i taka prawda. Jakby ktoś wrzucił mnie z etapu beztroskiej dziewczyny w to bagienko, w którym znajduję sie teraz to bym od razu wylądowała w psychiatryku;) Nie uniosła bym tego. Każda łezka rzeźbi charakter, jak woda skały.
        Jutro pierwsza weryfikacja wyników i robię betę, progesteron i estradiol. Jednak wiem, że to tylko w celu sprawdzenia hormonów i dopasowania dawki leków, które przyjmuję tonami jedną i drugą stroną :) JAkiś w miarę wiarygodny wynik bety hcg dopiero w następny poniedziałek. Tego bałam się najbardziej. Tej bety. Nie miesiąca zastrzyków w brzuch, nie punkcji jajników tylko właśnie tego wyniku. Pewnie wiesz o co mi chodzi? :)
        Zostaję z Tobą i Twoją walką. Także masz mnie na karku od teraz;P 2015 rok bedzie dla nas szczęśliwy. Zobaczysz. Już dośc nam życie kopniaków dało. Może czas, żeby w końcu pogłaskało po główce:) MAm nadzieję, że to cholerna przysłowie na które tak bardzo nie raz liczyłam w końcu się sprawdzi, że „po burzy zawsze wychodzi słońce”. Ja chcę cholera to słońce dla siebie i dla Ciebie. Mi juz dałaś promyczek i jeszcze więcej siły. Ona bije od Ciebie przez ten monitor. Nawet jak czasami czujesz sie słaba to tak nie jest i organizm musi w końcu wyrzygać te emocje. Strasznie się cieszę, że trafiłam na Twój blog. Mam nadzieję, że dostaniesz zielone światło na krio:* Przytulam mocno:) Nie wiem czy przypadkiem nie jesteś z mojego regionu i nie leczysz się tam gdzie ja:) Wrocław?Może pisałaś, ale jak łyknęłam całego bloga w jeden dzień to mogło mi umknąć:) Chyba, że nie chcesz w ogóle zdradzać miejsca leczenia to zrozumię:)

        • krotki.blog pisze:

          Lucy, Ty wiesz, że jestem, że czekam na wieści, ja wiem, że nie muszę Ci tego pisać, odpowiem tylko na ostatnie pytanie, bo to żaden sekret – leczę się w klinice w Warszawie. Ściskam kochana :)

          • ~Lucy pisze:

            Nie wiem czy czytałaś maila. Jak jeszcze nie to mam betę 2,8. To pierwsza weryfikacja w zasadzie i ma na celu dostaosowanie dawki leków, ale to wiesz na pewno. Druga weryfikacja w poniedziałek i będzie już można coś podejrzewac:) Daj znac jak u Ciebie sytuacja? Dajdzie do krio w lutym? bardzo mocno wierzę, że niedługo ten blog zamieni się w historię pisaną przez szczęśliwą dziewczynę:*

            • krotki.blog pisze:

              Lucy, tak, czytam wszytsko chciwie i łapczywie, tylko jak od razu nie odpiszę, to się zawsze potem kumuluje :) Wiem, że nie wolno się cieszyć z bety teraz, bo to może być po lekach, ale… no wiesz… nadzieja jest :)
              U mnie jaka sytuacja – otóż dama jeździ sobie na pstokatym koniu. Chciałabym CI napisać, że krio w lutym. Ale miało być już na 99 proc. w styczniu i się zesrało. Więc nic na pewno. Mam za to nadzieję, że Ty to juz będziesz tylko betę kontrolować :)

        • ~Wężon pisze:

          Jak to w każdej klinice inaczej. U mnie nie było żadnych weryfikacji. Beta po 12 dniach i już. Sama beta. Jestem w 10 tygodniu i nikt jeszcze nie zlecił progesteronu. W trakcie stymulacji też nie. Sama zrobiłam i jest wysoki. I teraz nie wiem, czy pchanie lutinusa ma sens. Po co się męczyć, jak niedoboru nie ma.

          • krotki.blog pisze:

            U mnie też nie ma żadnej weryfikacji – pierwsza beta w 14 dpt. Jak beta wyszła dodatnia, wtedy moja doktor poprosiła o progesteron, ale nie wydaje mi się, żeby tak odgórnie o to prosił każdy lekarz.
            Wężon, ja się nie znam na tym, tak daleko jak Ty nie doszłam, ale chyba progesteron i tak się odstawia ok. 12 tygodnia? Mogę się mylić, popraw mnie, żeby ktoś przeze mnie głupoty nie zrobił :)

  4. ~Kas pisze:

    Mnie prawie zabiła głupia lekarka, która przez 17 godzin nie umiała zdiagnozować mi ciąży pozamacicznej. Kiedy doszłam do siebie, zrobiłam taki dym, że oparło się o ministerstwo zdrowia. Usłyszałam to, po co zaczęłam walkę. „Przepraszam” z jej ust. Nic jej nie zrobiono, ale myślę, że było warto. Ja na sorze spędziłam 17 godzin na diagnostyce, mój mąż trafił na ten sam sor pół roku później i po godzinie był po wszystkich badaniach, więc chcę wierzyć, że coś zmieniła moja skarga. Dlatego namawiam do walki o swoje.

    • krotki.blog pisze:

      Kas, teraz jest taka sytacja, że dziesiatki kobiet, które przyszły do tej lekarki po Tobie, nawet nie widzą, że mogą Ci podziękować. Ale zrobiłaś coś takiego, że im już się nic złego nie przydarzy. Może nawet ja trafiłam na tę lekarkę, albo którakolwiek z nas tutaj. Więc – bo może nikt Ci tego jeszcze nie powiedział – dziękuję.

  5. ~Asia pisze:

    Te nasze polskie realia szpitalne faktycznie śnią się potem po nocach. Niestety wśród lekarzy są też ludzie bez klasy, jak ktoś napisał przyjmują pozycję egoistycznych „bożków” i/lub chodzi im tylko o kasę a pacjentem nie przejmują się zbytnio. Najgorszy segment lekarzy to chyba faceci ginekolodzy – tak są przynajmniej postrzegani przez lekarzy innych specjalności, ot taka specjalizacja, żeby wyrwać dużo kasy, aż mnie bierze na wymioty jak pomyślę o takim jednym ginekologu. Doskonale rozumiem jak piszesz o „upokorzeniu” – też spotkało mnie to w szpitalu i nie jest łatwo o tym zapomnieć. To jest we wspomnienich nawet gorsze od bólu i powikłań. Na szczęście są też lekarze z powołaniem, z klasą że szczena opada i ogromną wiedzą. I czasem udaje się na takiego trafić :-)

    Co by Cię pocieszyć to mi też śni się szpital po nocach :-), bo od tygodnia jestem w szpitalu z maleńkim synkiem. To niestety nie pobyt planowy z tym guzem na szyi – tam operacja planowana jest na maj chyba, że wciśniemy się gdzieś prywatnie. Dopadło go inne choróbsko, ale już jest dużo lepiej i za kilka dni powinni nas wypuścić. Fajnie, że mam salę „jedynkę” i normalne łóżko, a nie stołeczek jak w większości szpitali dziecięcych. Natomiast polskie realia też się tu zdarzają :-) Oddziałowa mówi mi: „…niech Pani nie jeździ tutaj tym wózeczkiem (a to jest jedyna droga to kuchni, wc i pokoju badań), bo mi Pani zbrudzi i porysuje wykładzinę, może Pani jeździć po starym korytarzu (tam jest pcv), a tu to proszę chodzić tylko z dzieckiem na rękach!”.
    Dzięki :-) no to nie wykładzina dla pacjentów tylko pacjenci dla wykładziny…do Twoich migawek absurdu się to nadaje :-) Lekarz prowadzący synka jest ok a to podstawa więc absolutnie nie narzekam, a wręcz odpoczywam jak na feriach :-)

    Myślę, o tej wstawce lekarza z zepsutym zębem i nóż w kieszeni mi się otwiera. Dzisiaj moja znajoma, której mąż miał tydzień temu operację i ma psychozę pooperacyjną – widział na oiomie pooperacyjnym duży oddział Rosjan i wypasioną wielką kolorową drukarkę i ogólnie ciągle mówi, że ma super sieć i chce żeby rodzina się podłączyła – lekarz jej powiedział „wie Pani to może być od światła, bo ciągle się tu pali”. Niby renomowany szpital a takie bzdury – no ale wiadomo niedziela w szpitalu to tylko lekarz dyżurny nie wiadomo skąd…. Nie będę się tu rozpisywać o psychozach pooperacyjnych – może powodować je wiele czynników natomiast chyba…. nie lampy. Swoją drogą to nikt chyba nie spodziewał się takich powikłań po zwykłej planowej operacji – masz normalnego męża a po operacji mu odwala. Koszmar, ale się niestety zdarza. Mam nadzieję, że mu to szybko minie. Piszę to tak trochę Iza, żeby choć trochę Cię pocieszyć, że oprócz tych jajowodów to mogło być z Tobą gorzej. Nie wiem czy Ci to pomoże czy nie, ale najważniejsze jest to, że cały czas masz szansę na swoje dziecko, może nawet dwa i tego jak zwykle i zawsze dzielnie się trzymaj :-) Muszę napisać jeszcze raz i tak wszyscy tutaj to zauważają – jesteś bardzo dzielną kobietą, bo moim subiektywnym(!) zdaniem walka o dziecko jest dużo trudniejsza dla kobiety niż wiele innych chorób. Dla mnie obecne przeżycia teraz w szpitalu to mały pryszcz w porównaniu z walką o dziecko. Twoja droga do posiadania potomstwa jest tak bez porównania bardziej wyboista, okupiona ogromnym cierpieniem i powikłaniami i lata świetlne dłuższa od mojej, że Twoja walka, dzielność i siła naprawdę są niespotykane i mam nadzieję, że niedługo pojawi się wreszcie Nagroda. Trzymam kciuki żeby to było jak najprędzej i żebyś spotykała lekarzy z powołaniem, a nie tych którzy robią to tylko dla kasy, bez szacunku dla drugiego człowieka.

    • krotki.blog pisze:

      Asia, cieszę się, że zaczęłaś od słów „wśród lekarzy też są ludzie bez klasy”, bo napisałam ten post w pewnych emocjach i nie zaznaczyłam tego, czego odwrotność zauważyłaś – wśród lekarzy też są ludzie z klasą i to na szczęście nie tak rzadko.
      No ale tak, o upokorzenie u ginekologa jakby łatwiej niż u dentysty…

      Asiu, co się stało synkowi? Wszystko w porządku? Wychodzicie? Przy jedynce, o której piszesz, jakoś bym strawiła tę wykładzinę – ale też bym o tym napisała :D

      Boję się czytać dwa razy o psychozie pooperacyjnej, ja już widziałam strachy-na-lachy, które po mnie przychodzą… :) Jak Cię czytam, czuję się, jakbym czytała „Anioły jedzą trzy razy dziennie” Grażyny Jagielskiej.

      Co do tych nieszczęsnych jajowodów – trochę mi głupio, że tak wyszło, że się znowu skarżę. Nie, to nie to, już się wyskarżyłam. Ale to element, który jest w tej układance dużym puzzlem, o którym musiałam napisać (Ty jesteś ze mną prawie od początku i wiesz o co chodzi, nowi goście mogą nie zrozumieć, skąd takie krzyki we wpisie). I niezmiennie robię się purpurowa, kiedy pisesz, że jestem dzielna. No naprawdę, sama tyle przeszłaś, sama masz takie doświadczenia, że mogłabyś nimi obdzielić populację średniego miasta… Kto to mówi, Asia… :)

      Dobrze mieć Cię po swojej stronie. Musisz być świetną przyjaciółką w realu. Czekam na dzień, kiedy będe miała lepsze wieści dla Ciebie :)

      • ~Asia pisze:

        U synka to tylko zapalenie oskrzeli, a że bardzo mały to bezpieczniej było leczyć w szpitalu tym bardziej, że pojawiła się obturacja. Ogólnie nie pisałam, bo nie chciałam zanudzać :-) Wyszliśmy wczoraj – naprawdę wypoczęłam sobie tam, że hej. .

        A zmieniając temat na sprawy blogowe to skarż się i narzekaj na wycięcie tych jajowodów, bo to wydaje mi się naturalne, że człowiekowi jest po prostu przykro, że spotkało go takie nieszczęście. Ja z pewnością skarżyłabym się i mówiła o tym chyba niemal codziennie, bo do tego nie idzie się przyzwyczaić i trudno pozbyć się poczucia skrzywdzenia. Wydaje mi się nawet, że może Ci być przykro że straciłaś jajowody, nawet jak będziesz już miała dzieciątko. Mnie skrzywdził np. taki jeden dentysta- specjalista i pomimo tego, że problemu nie widać to ja od 13 lat narzekam, może nie codziennie teraz, ale bardzo często, bo czuję w buzi co mi zrobił i mnie to też denerwuje a miało być tak pięknie….. Nie mam zamiaru się z tym pogodzić bo to jest nie fair i już – oczywiście przy Twoich jajowodach to mała pestka, a ja się na nią i tak skarżę. Także Iza nie miej absolutnie wyrzutów sumienia, że się skarżysz tylko narzekaj ile wlezie!!!!!! :-)

        Jedyna sytuacja która przychodzi mi do głowy kiedy to Twoje narzekanie mogłoby przekształcić się wręcz w zadowolenie to wtedy jak będziesz już miała za dużo dzieci – wtedy to jest sytuacja „pełen wypas” :-) Oczywiście nikt nie zna przyszłości i nie wiadomo co będzie – możesz nie mieć dziecka, ale może okazać się też, że będziesz miała gromadkę…. Gromadki to nie wiem czy Ci życzyć :-) ale Jednego-Jak-Najszybciej to wszyscy tu codziennie Ci życzą, bo robisz naprawdę wszystko żeby ta przyszłość zastała w Waszym pięknym domku liczniejszą rodzinkę :-)

        • krotki.blog pisze:

          Asia, nie wiem co byś musiała napisać, żeby zanudzać. Ty możesz pisać nawet o pogodzie i będzie ciekawie. Jesteś jak Meryl Streep – nawet, gdyby grała w filmie cebulę, dostanie Oscara za tę rolę.
          Zmartwiłam się co się działo z synkiem, dobrze, że już wyszliście. Proszę mi tu raportować co się dzieje, a nie „Leżymy w szpitalu” i zero wyjaśnienia!
          Asiu, Ty masz na co narzekać, bo Ciebie codziennie boli. Mnie nie. Póki mózg mi nie przypomni, że coś straciłam, nie wiem o tym.
          A w ogóle to fajnie mieć tego bloga, bo zbieram dużo dobrych życzeń od dobrych dusz :)

  6. ~Ewa pisze:

    Przeczytałam całego bloga. Za jednym zamachem, łapczywie. Bardzo chcę, a nie jestem w stanie napisać nic mądrego. Jestem z Tobą.

  7. ~Marta pisze:

    Nienawidzę lekarzy. Przez miesiąc byłam leczona na zapalenie przydatków po czym okazało się że to ciąża pozamaciczna w lewym jajowodzie plus 4cm torbiel na prawym jajniku… Straciłam lewy jajowód i większą część prawego jajnika. Nie wiem czy będę umiała zaufać jeszcze kiedyś lekarzowi…

    • krotki.blog pisze:

      Marta, nie wiem co powiedzieć… Paranoja… To się chyba kwalifikuje na jakąś skargę… W czasach, kiedy na szkiełku ludzie łączą komórkę z plemnikiem, nie móc znaleźć ciąży pozamacicznej…
      Wiem, że to niewielka pociecha, bo lekarze popełnili karygodny błąd, ale kawałek jajnika może normalnie pracować. Ja mam oba jajniki okrojone jak kartofle obierane siekierą. I miewam owulację.
      Pomyślisz, że sobie zaprzeczę po tym wpisie, ale musisz komuś zaufać. Musisz zaufać jakiemuś lekarzowi. Wszystkim się nie da, wszystkim nie wolno, ale jakiemuś musisz, inaczej nic się nie zmieni, także w Tobie.
      Co teraz zrobisz? Dawno to się stało?

      • ~Marta pisze:

        To historia sprzed półtora roku. Miałam operację na ostro. Dreny, cewnik i cały ten obraz nędzy i rozpaczy o którym przypomniałaś w swoim wpisie – zobaczyłam siebie po operacji i doskonale pamiętam to uczucie… Trochę zeszło zanim się po tym pozbierałam, nie miałam wtedy siły na skargi choć teraz czasem żałuję, że tak to odpuściłam. Chyba też nie zdawałam sobie wtedy sprawy z konsekwencji jakie za sobą niosły te wydarzenia… Pech chciał, że przez ostatnie półtora roku w kwestii mojego „szczęścia” co do lekarzy niewiele się zmieniło. W zeszłym tygodniu byłam na pierwszej wizycie u kolejnego, nowego lekarza. Tym razem mocno liczę, że on mnie nie zawiedzie, bo zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Od kolejnego cyku zaczynamy stymulację, ponieważ prawy jajnik prawdopodobnie od operacji nie pracuje. Owulacja owszem jest co miesiąc, czasem nawet „podwójna” ale cóż z tego, kiedy jest zawsze po lewej stronie, czyli tam gdzie nie ma jajowodu. Zobaczymy, mam jeszcze nadzieję że uda się farmakologicznie wydusić coś z tego prawego jajnika :-)

        Ale wracając do lekarzy, pewnie nie tylko ja ale i większość dziewczyn odwiedzających Twojego bloga leczymy się prywatnie. Zostawiamy w kieszeniach lekarzy grube pieniądze, często nasze wszystkie oszczędności. A mimo wszystko bardzo często jesteśmy traktowane jak natrętni petenci, bez szacunku i odrobiny empatii. Tak się czasem zastanawiam jak w takim przypadku wygląda leczenie na NFZ??? Przeraża mnie to.

        • krotki.blog pisze:

          Celna uwaga – tego, co robimy, nie da się zrobić na NFZ. Na NFZ to ja sobie chodzę do okulisty (9 miesięcy oczekiwania na termin). Ale te ponure historie, które wyciągamy, to już państwowy szpital, jak u znakomitej większości z nas.
          Marta, Ty się już nie przerażaj niczym tylko odpoczywaj, bo zaraz zaczynasz stymulację. Nabieraj sił, aby ten lewy jajnik wziął się do roboty. I proszę nam tu meldować jak idą zastrzyki :)

  8. ~nanaya pisze:

    Trafilam na twoj blog poszukujac informacji o hiperce. Przeczytałam. . od dechy do dechy i kocham cię za każde słowo. Smialam sie i płakałam z tobą. Do mojego transferu nie doszło moje dzieci 8 sztuk na razie śpią a ja mam zwalczyć objawy przestymalowania, wiem to pikuś ale przechodzę ciężkie chwile i znalazłam w twoim blogu wsparcie wiele potrzebnuch imformacji a wreszcie przyjaciółkę, co to wesprze doradzi pomilczy razem, nie mam nikogo takiego wszystko co robię, robię w tajemnicy. …ciężko mi ukrywać to, czasem czuję że robię coś złego,czego należy się wstydzić. Dziękuję za każdy wpis

    • krotki.blog pisze:

      ~nanaya, też Cię kocham za każde słowo, które tutaj napisałaś. Wzięłaś z mojego bloga to wszystko, co chciałam Ci dać. Dzięki takim osobom jak Ty, czuję, że nic nie dzieje się nadaremnie, choć w pierwszej chwili zawsze myślę, że to dzieje się bez sensu.
      Oczywiście, że musisz wyleczyć przestymulowanie. Spotkałam się z taką teorią (to nagroda pocieszenia), że zarodki, które przeżyją mrożenie, są już na pewno silne. Tego się trzymajmy.
      Zastanawiam się jeszcze nad tym co napisałaś – że czasem czujesz, że robisz coś złego… Ja też tak czasem czułam. Aż zrozumiałam, że to poczucie nie wychodzi ze mnie, nie pochodzi z mojego wnętrza. Ono wchodzi do mnie od zewnątrz. To poczucie, które wpaja mi środowisko. A dokładnie ta część środowiska, z którą nie zgadzam się w żadnej kwestii.
      Uczucie, że mam się wstydzić, nie należy do mnie, należy do niektórych ludzi. To nie mój wstyd, tylko ich.
      Kiedy to zrozumiałam, pozbyłam się tego przykrego posmaku, który ktoś wkładał mi w usta.
      Na pewno rozumiesz o co mi chodzi.
      Też nie mam dobrego powiernika w życiu poza mężem. Kilka najbliższych osób wie, wspiera, stara się na tyle na ile można się starać, nie mając tych samych doświadczeń.
      Gdybyś chciała ze mną pomilczeć, zawsze tutaj mnie znajdziesz. Dziękuję, że mnie znalazłaś.

  9. ~Basia G. pisze:

    Oj z tymi snami przy staraniach to jest ciężko. Mnie ciągle się śniły „moje dzieci” za każdym razem jakieś potwory, nienaturalnie małe, poczwary, zawsze coś było z nimi nie tak. Albo byłam pewna że dziecko jest martwe.
    Jedyne co uważam za plus przy staraniach, to że mało mam kontaktu z Polską służbą zdrowia.
    A jeszcze co do snów… miałam kilka dni temu bardzo intensywny. Jakby mnie coś wołało, że czas się przestać obijać.

    • krotki.blog pisze:

      Basiu, Ty masz swoje koszmary dużo koszmarniejsze niż moje. Oprócz tego ostatniego snu. Przeczytałam Twój post moim jajnikom :)

  10. ~R pisze:

    Ja nigdy nie miałam takich snów… Aż przyszedł jeden dzień, który przesądził o następnych… Przyśniło mi się nad ranem, że poroniłam. To był pierwszy w moim życiu tak realny sen, tak wyraźny, taki, który mnie przestraszył do tego stopnia, że rano byłam na izbie przyjęć – moje dziecko nie żyło… Sen proroczy, straszny, zły, niechciany. Jakby moje dziecko dało mi znać „mamo już mnie nie ma”… Od kilku dni wcześniej mówiłam do męża, że mam nadzieję, że groszek dalej ładnie rośnie i inne podobne teksty. Lekarz po badaniu powiedział, że to się stało 4-5 dni wcześniej… Czyli moja podświadomość czuła co się dzieje…

    Iza trzymam za Ciebie ogromne kciuki, za kolejny transfer, żeby był tym ostatnim :) U mnie czas cudownie przyspieszył – za miesiąc jadę do nowego lekarza :) a za 3 mam wizytę w poradni genetycznej. Kiedy się na nią umawiałam (na nfz) wkurzałam się, że to aż pół roku…

    Wczoraj wreszcie szpital wydał mi moje kostki parafinowe, zamawiałam je 1.5 miesiąca temu :/ ale poszły już do Poznania do badań, oby udało się je zrobić…

    • krotki.blog pisze:

      R, teraz to co robisz, to badania płci, prawda? Mam nadzieję, że nie zapytałam o coś nietaktownie, ale pamiętam, że po to się bada te maleństwa w kostce.
      Z tym Twoim snem… intuicją… – jest taka stara banalna mądrość – sny to nasze największe obawy i marzenia.
      U Ciebie to może była w równej mierze intuicja co obawa.
      Piszę to tylko dlatego, że jeśli znomu spróbujesz i będziesz miała znowu zły sen – nie poddawaj się od razu po przebudzeniu. Może przyśnić Ci sie jedynie obawa przez duże O.
      Co nie zmienia faktu, że wierzę w kobiecą intuicję. Aczkowlwiek moja intuicja po ostatnim transferze zmieniała zdanie co godzinę.

      • ~R pisze:

        Tak, badanie płci, ale chciałabym, żeby było to też badanie genetyczne pod kątem wad… Zobaczę co da się zrobić, bo jak nie ma odpowiedniego materiału to tylko określą płeć mojego groszka…

        A dzisiejszy sen powalił mnie na łopatki – śniło mi się, że rodzę. I skąd to?

        • krotki.blog pisze:

          Mam nadzieję, że to jest ten proroczy sen. Dasz znać jak wyszły badania?

          • ~R pisze:

            Dam :) na dziś wiem, że raczej tylko określą płeć… Próbka bardzo zanieczyszczona krwią, nie wiadomo czy jest kosmówka… Jeśli wyjdzie Synek, to wtedy spróbują zrobić genetyczne, żeby określić czy był zdrowy. Jeśli Córeczka to nie ma na to szans, bo będzie tylko 50/50, że to faktycznie dziewczynka…

  11. ~nanaya pisze:

    Moja historia nie miałaby miejsca gdyby lekarz mojego męża pomyślał. …A tak skazał go na azoospermie i całkowicie schrzanil nam życie. Nasza walka trwa od 7 lat, z czteroletnia przerwą na świadoma bezdzietnosc. Teraz znów jesteśmy pacjentami N. I tu chciałabym podzielić się moimi odczuciami. Płacimy za zabieg ciężka kasę, państwo nie refunduje in vitro z nasienia dawcy. Lekarz miał niezły ubaw jak nas o tym informował, trafiła mu się para naiwniakow. Potem były nie wybredne komentarze typu mogla pani zajść w ciążę pod warunkiem że trafił się jakiś wyjazd integracyjny do lasu…No my naiwni co miesiąc mamy nadzieję na naturalny cud…Od momentu podpisania zgody na nasienie dawcy, lekarze nie widzą mojego męża, traktują go jak powietrze, nie racza z nim rozmawiać, n ie ułatwiają mi tym sprawy jak on ma się czuć prawowitym ojcem, skoro już teraz ktoś go pomija w sprawach zasadniczych. Wszystko potulnie znosilismy. On nie wiem czemu, ja bo chciałam żeby in vitro doszło do skutku a mąż się nie rozmyslil. Ale jak się okazało ze chcieli zapłodnienia moje komórkinasienie dawcy sprzed czterech lat, kktórego wybraliśmy do inseminacji, a który już nie istniał w banku, no to zbladlam. Za nasze pieniądze jestem zapisywane na wizyty u lekarzy z przypadku bo mój nie ma dla mnie czasu. Zamiast odpowiedzieć na wszystkie moje pytania, dali mi kartkę z ogólnym opisem wszystkiego. Czujemy się upodleni do granic.

    • krotki.blog pisze:

      Nanaya, chyba pierwszy raz spotykam się tutaj z osobą, która zdecydowała się na in vitro z nasienia dawcy. Moja historia to mały pikuś przy decyzjach, które Wy musieliście podjąć. Podziwiam z osobna Ciebie i męża. Masz wspaniałego męża.
      Jeśli leczysz się w N. i piszesz o lekarzu, który bawił się Waszym kosztem, to aż chce się zapytać, czy to nie był lekarz C.? Najmocniej przepraszam lekarza C., jeśli sie pomyliłam. Ale jakoś tak sobie to wyobraziłam :(
      Mam jeszcze takie przebłyski, kiedy czytam to co piszesz, na ile Wasze odczucia, że Twój mąż jest ignorowany z powodu nasienia innego dawcy, są obiektywne, a na ile subiektywne… Mój mąż też jest ledwo zauważany w gabinecie, choć jest dawcą. Więcej nawet – jak jeszcze robiłam inseminację, lekarz męża wyprosił z gabinetu podczas tego prostego zabiegu. Niby miał prawo go wyprosić, ale…
      W tych wszystkich N., I., B., G. i innych klinikach tak naprawdę każdy koncentruje się na kobiecie.
      Wtręt: kiedy ktoś dowiaduje się np., że szyję i powie coś w stylu „Szczęściara, ciesz się, że masz na to czas”, ja słyszę „Robisz z siebie męczęnnicę, a tak naprawę to ja się męczę, bo mam dzieci i nawet nie wiesz jak to jest, nie mieć czasu nawet pierdnąć”. Ale wiem, że tylko ja tak słyszę. Ludzie tego wcale nie powiedzieli.
      Może macie podobnie z poczuciem ignorowania?
      W każdym razie, nie zamierzam odwracać kota ogonem,jeśli jest Ci źle. Ten post jest o upodleniu, poniżeniu i krzywdzie. Inna klinika wchodzi w rachubę, skoro i tak nie ma już wybranego przez Was dawcy?

      • ~nanaya pisze:

        Iza, myślę że takich jak my jest tu więcej. Decyzje podjęte do tej pory to początek, wszystkie inne będą chyba trudniejsze, rozumiesz teraz czemu zastanawiam się czy dobrze robię. Czy uszczęśliwie siebie czy męża, czy wręcz przeciwnie. Jakie życie będzie mieć nasze dziecko. No i najgorsze -jak żyć w kłamstwie . Więc samo in vitro jest sprawa drugorzędną, jeśli chodzi o mnie. A co kliniki, na pewno masz sporo racji, tacy jak my jesteśmy przewrazliwieni…Jestem pacjentka Gwiazdy Telewizji( dr W).Sprawia wrażenie Wszechmogącego, przepraszam…Dawce dopasowali ale nie wiem co planowali gdybyśmy nie drązyli tematu. Chętnie porozmawiam na priv, tu jest twój blog. Chociaż już chyba nasz:)

        • krotki.blog pisze:

          ~nanaya, nie wiem co mądrego powiedzieć, bo Twoja sytuacja wydaje mi się nieporównywalnie trudniejsza od mojej. Sama sobie nie umiałabym z boku doradzić, a co dopiero Tobie. Po prostu podziwiam Cię, Was oboje za decyzję, dużo przeszliście i mogę sobie tylko wyobrazić, jak wiele jeszcze będziecie musieli przejść.
          Co do N. – to jest moja trzecia klinika. Nie mam takich przykrych wrażeń jak Ty, może jednostkowo u niektórcyh lekarzy, ale to jest niezależne od kliniki.
          Pytasz jak żyć w kłamistwie… Jestem pewna, że przede wszytskim będziecie żyli w miłości.
          Ten blog tutaj chyba juz od dawna nie jest mój :) Należy do Ciebie, do Was wszystkich, jego kształt a nawet byt to praca wielu osób tutaj :)

      • ~Lucy pisze:

        Hej:) Przepraszam, że się wtrącę, ale faktycznie w niektórych klinikach mąż jest absolutnie ignorowany. Tak było w pierwszej klinice w której sie leczyliśmy. Teraz jest inaczej. Lekarz mówi do NAS, tłumaczy NAM i lekarz zaprosił męża na transfer zarodka:) W poprzedniej klinice również mąż został wyproszony z gabinetu przy IUI, a na wizytach lekarz mówił tylko do mnie. Teraz było inaczej na transferze. Mąż stał przy mnie i trzymał za ramię. Patrzył na pęcherzyki powietrza między którymi zarodek znalazł się we mnie:) Lekarz nawet powiedział do męża „no to teraz może pan mówić, że był przy zapłodnieniu jakby kto pytał”. W klinice w której obecnie się leczymy jest jakoś inaczej… tak hmm nie wiem jak to nazwać przyjacielsko. Zabieg punkcji robiła mi pan dr a lekarka do której tez trafiałam zatrzymywała się na korytarzu i wypytywała co i jak, cieszyła się razem z nami, że ładnie się zapłodniły komórki:) aż miło. Leczę się w Invikcie.

        Co do tego co Ty Izo napisałaś o tym czasie wolnym to też słyszałam takie teksty z serii nie pomyśli a gada :”A co Ty masz do roboty?Dzieci nie masz” , „Ciesz się, że możesz się wyspać,a nie wstawać po nocach”, „Czym się łamiesz przynajmniej masz czas na imprezy” albo „znowu na wakacje nigdzie nie jedziecie? ale zdziczeliście. Ja- z kasą krucho. Ona- to na co wy te pieniądze wydajecie?dzieci nie macie”. Eh… od wielu znajomych sie odsunęliśmy, bo nie będziemy opowiadać na prawo i lewo, że sie leczymy, że kasę zostawiamy w klinikach i laboratoriach i na stacjach beznzynowych. Ważne, że zostały przy mnie osoby mądre,wspierające i z taktem czego i Wam życzę. Izo bardzo trafnie podzieliłaś znajomych na kategorie na początku bloga:)

        • krotki.blog pisze:

          Taaak… podział się utzymuje…

        • ~nanaya pisze:

          No ja dodam coś z cyklu głupich tekstów wobec niepłodności, wszystkie usłyszałam osobiście:
          - ona ma złe oczy jak spojrzy albo dotknie twoje dziecko to ono zachoruje
          - nie macie dzieci? O rany tak bardzo mi przykro, naprawdę to straszne, a dlaczego nie macie? Co się stało? Weźcie sie do roboty
          -po wam taki duży dom/samochód / urlop? Przecież nie macie dzieci?
          -( matka do dziecka ) widzisz ta panią? Ona nie ma dzieci, jak będziesz niegrzeczny to ta pani cię zabierze!
          -

          • krotki.blog pisze:

            Dorzucam tekst rzucony do nas wczoraj (poszliśmy wyświadczyć znajomym przysługę, na którą nie mieliśmy ochoty)
            - co się tak spieszycie, przecież dzieci wam w domu nie płaczą.

  12. ~francuzeczka pisze:

    Witaj Izo,
    od dwoch tygodni zbieram sie zeby do Ciebie w koncu napisac. Odkrylam Twoj blog szukajac informacji i po prostu mnie wmurowalo;) nie moglam sie oderwac. To tak jakbym czytala swoje mysli nigdy nie wypowiedziane. Chociaz widzac ogrom niesprawiedliwosci i bolu jaki byl Twoim udzialem w pewnym momoncie pomyslalam ze czytam ksiazke i czekalam na szczesliwe zakonczenie!To wydaje sie nieprawdopodobne zeby jedna drobna kobietka mogla to wszystko zniesc!
    Moja historia bedzie na inny raz. Dzis chcialam tylko Ci podziekowac ,ze jestes ,ze trwasz, ze piszesz….DZIEKUJE. kiedy to sie wreszcie dla Ciebie skonczy (a wierze w to z calych sil) kiedy jako szczesliwa mama zajrzysz na tego bloga juz z dystansu to zdasz sobie sprawe z tego co mnie tu urzeklo!ze mimo tego wszystkiego co przechodzisz masz sile pocieszc inne dziewczyny masz zawsze cieple slowo dla kazdej!jestes NIESAMOWITA i nie wiem skad masz tyle sil!myslami jestem z Toba i zaluje ze nie mozemy sie spotkac w realu….

    • krotki.blog pisze:

      Francuzeczka, dzień dobry na blogu :)
      Lubię to co napisałaś tutaj. Połechatłaś moją próżność, to jak mam nie lubić…
      Tak samo ja Ci dziękuję, że jesteś, że czytasz, że od 2 tygodni się zbierasz i tak przyjemnie się zebrałaś. Ten blog ma sens, jeśli ma sens dla kogoś jeszcze oprócz mnie samej. Dzięki Tobie wiem, że to nie idzie w kosmos.
      Nie muszę chyba pisać, że nie tylko ja czekam na Twoją historię…
      I – kto powiedział, że nie możemy się spotkać w realu?

      • ~francuzeczka pisze:

        Witaj Izo;
        dzieki za Twoja odpowiedz:) masz racje kto wie moze ten zlosliwy los skrzyzuje nasze drogi w realu?
        Czytajac Twojego bloga i historie dziewczyn zawstydzilam sie bardzo… z dwoch powodow po pierwsze moja historia nie wydaje juz mi sie tak dramatyczna jak przezywalam ja sama…Po 6 latach w zwiazku z moim partnerem( a obecnie juz mezem) zdecydowalismy sie na dziecko… trzy miesiace pozniej bylam w ciazy :) moje szczescie bedzie mialo 8 lat w tym roku. Piec lat temu udalo mi sie przekonac meza ze juz czas na drugie. Przez kolejne 1,5 roku przy kazdej wizycie u lekarza slyszalam ze jestem histeryczka, ze musze wyluzowac ze przestac myslec. Zmienilam lekarza i okazalo sie ze mam polipa w macicy. Niemal czulam satysfakcje, bo w koncu sie okazalo ze nie zwariowalam. Trafilam na fajnego lekarza ktory szybko sie mna zajal i powiedzial zeby wrocic za trzy miesiace jesli nie bede w ciazy. Po trzech miesiacach zaczelismy badania i…. mam zdrowe jajowody, drozne jajniki , owulacje, regularne bezbolesne miesiaczki, wszystkie hormony w normie, zdrowa sperme meza i …i NIC zawiodlo mnie moje cialo.Jestemy zakwalifikowani jako bezplodnosc wtorna:( Wiem mam to szczescie ze mam juz dziecko ale mysle ze moje pragnienie nie jest mniejsze od waszego…Od pieciu lat przechodze przez to samo… najpierw euforia bo moze w koncu sie udalo przeciez zrobilismy co trzeba i kiedy trzeba …a potem wielkie rozczarowanie jedna kreska:( wiele razy nie bylam w stanie sie podniesc zeby isc do pracy, siedzialam na zwolnieniu bo nie moglam sie nikomu pokazac… zrobilo mi sie wstyd jak przeczytalam Wasze historie bo ja przynajmniej nie czuje bolu fizycznego… za to ten psychiczny jest czasem nie do zniesienia, zwlaszcza kiedy nie wiem co odpowiedziec mojej corce kiedy kolejny raz pyta o brata albo siostre….a ja nie moge nic zrobic zeby go jej dac…. 5 stycznia bylam u nowego lekarza , ktory bez ceregieli oswiadczyl nam ze po pierwsze jestem za stara a po drugie on nie widzi sensu robic inseminecji. Zreszta cyt.Nie jestesmy tu po to zeby Wam zrobic przyjemnosc! Tego zdania nie zapomne do konca zycia… Rezulatat jest taki ze zdecydowalismy sie na in vitro. Wiec po raz pierwszy od 5 lat czekam z niecierpliwoscia na okres…
        Ostatnie zdanie bo pewnie juz Was smiertelnie zanudzilam …zrozumialam jakie mam szczescie ze mieszkam za granica i nie musze sie martwic o koszta , wszystko jest refundowane wiec mam jeden problem mniej niz Wy… Dziekuje Izo ze moglam to napisac; czuje sie lzejsza, spokojniejsza … Ze znajomymi juz o tym nie rozmawiam bo uwazaja ze przesadzam i gadam w kolko o jednym… Czekam na dobre wiesci od Ciebie…mysle i przytulam, zagladam co dzien…..

        • krotki.blog pisze:

          Francuzeczka, to teraz rozjaśnia mi się, skąd masz taki pseudonim :)
          A to co napisałaś, jak lekarz Cię potraktował, cham, to też tam u Ciebie? Bo jakoś znajomo brzmi…
          Pisz, Francuzeczko, wszytsko co chcesz powiedzieć, a czego nie możesz powiedzieć znajomym. Ja mam coś w rodzaju obsesji na tym punkcie i też gryzę się w język pietnaście razy dziennie, bo nikt by ze mną nie wytrzymał. A uważam, że nie ma ważniejszych i ciekawszych spraw.
          To teraz zaczynasz stymulację?
          Też zaglądam – czy coś napisałaś. I przytulam i dodaję sił i trzymam kciuki :)

  13. ~Sylwia pisze:

    Witaj. Ja również Twojego bloga przeczytałam jednym tchem. Czytałam go do 3 nad ranem, a o 5 podbudka do pracy. My też mamy kłopot. Od 4 lat walczymy. Napierw naturalnie, potem 2 inseminacje. Przed nami 3. Jak się nie uda wtedy in vitro. Boje się strasznie, ale jak się czegoś bardzo chce, to zrobi się wszystko. Dziękuję za wszystkie Twoje wpisy. Pozdrawiam

    • krotki.blog pisze:

      Sylwia, to jakby pracodawca miał pretensje, że ziewasz, podeślij go do mnie :)
      Przestań się strasznie bać. Bój się trochę, bo to daje adernalinę. Ale nie bój się strasznie :) I nie przestawaj chcieć, bo jak inaczej spełnić marzenia? Pozdrawiam ciepło!

  14. ~Wężon pisze:

    Izo, post przejmujący. Obyś więcej takich przeżyć nie miała.
    Ja mam na NFZ i dobre i złe wspomnienia.
    Najpierw operacja kręgosłupa – pięknie zrobiona. Potem Pani ordynator dokonywała cudów z wcześniakami na Czerniakowskiej. Po roku w tym samym szpitalu powikłana operacja przegrody. No ale, nie wiem, czy mieć pretensje, w końcu nie każde powikłanie to błąd lekarza, przegroda była masywna i przy wycinaniu doszło do perforacji. A zrosty to powikłanie niezależne – taka uroda.
    W tym roku usuwanie zrostów też sprawnie i na NFZ. Co prawda na Żelazną skierowała mnie lekarka pracująca tam, do której chodziłam prywatnie, ale nie chodziła ze mną, nie płaciłam dodatkowo, po prostu wypisała skierowanie, potem się potoczyło samo.
    W Bródnowskim poszłam na konsultację i termin operacji wyznaczono ze środy na poniedziałek. Nawet tygodnia nie czekałam.
    I bardzo się namęczyli, żeby mnie naprawić. Ponad półtorej godziny rzeźbili. Prawdziwy majstersztyk.
    No ale niestety, z kontaktem jest tak sobie. Parę słów i trzeba ganiać i wyciągać.

    Pytałaś, czy czułam te zrosty – nic nie czułam. Mnie rzadko coś boli. Okresy miałam bolesne kiedyś, na samym początku, owulacji, czy PMS-a nigdy nie czułam.
    Jedyne co mnie niepokoiło, to praktycznie brak okresów. Okres po tym usunięciu przegrody to było parę brązowych plamek. A hormony, owulacja i obraz w USG ok. Endometrium było tak fatalne, że nie miało się co złuszczać.
    Zresztą teraz przy stymulacji też nic nie czułam. Żadnego bólu powiększonych jajników itp. I po punkcji też nic. Obudziłam się z narkozy i pojechałam do pracy. Nic mnie nawet nie zakłuło. Wierzę, że dla niektórych to bolesne doświadczenie, ale dla mnie stymulacja była bardzo przyjemna. I wreszcie po coś.

    U mnie bliźniaki dobrze się mają. Ale niestety nie można mieć spokoju. W sobotę i poniedziałek troszkę krwawiłam, poleciało trochę krwi i taki krwawy skrzepo-glut, jak właśnie przy normalnych miesiączkach. Ale tylko jeden, minuta i koniec. Potem trochę brudnego plamienia. Lekarz się nie przejął – na USG ok, tak może być i już, zwłaszcza przy bliźniakach. Się oczyszcza macica i wylatują jakieś resztki.

    Trochę się uspokoiłam, to teraz jestem chora. Laura mi sprzedała jakiś wirus i od wtorku choruję. Wczoraj zbadałam CRP, bo pani doktor chciała sprawdzić, czy to wirus, czy może się nadkaża i jest 40. Trochę dużo, ale jeszcze nie jednoznacznie bakteryjnie. Laura ma CRP tylko 8, ja czuję się lepiej i wczoraj lepiej się czułam niż w środę i teraz się boję, czy to CRP z tej choroby, czy może jakieś zakażenie w szyjce macicy, czy pochwie? Właśnie się zastanawiam, czy jechać sprawdzać, jak CRP po dobie i robić wymaz, czy czekać do poniedziałku. Ech, nie można spokojnie sobie pobyć w ciąży.

    • krotki.blog pisze:

      Wężon, twarda z Ciebie babka. I rozsądna – lepiej się żyje bez pretensji do wszytskich na około, do lekarzy, szczególnie, że w naszej sytuacji jesteśmy od lekarzy po prostu zależne. Muszę z Tobą częściej rozmawiać.
      Tak pytałam Cię o te zrosty, sama mam ich sporo i jak coś boli, najchętniej zwaliłabym to na zrosty, a nie jakieś jajniki. Chciałam, żebyś dała mi zielone światło na zwalanie sprawy na zrosty :)
      Nie przestaję trzymać kciuków za to, żebyś miała jak najnudniejszą ciążę i łaknę wszytskich wieści na temat tego jak się miewacie! Za późno Ci odpisałam, poczekałaś do poniedziałku czy sprawdziłaś CRP wcześniej?

  15. ~francuzeczka pisze:

    Stymulacje zaczynam za tydzien ciesze sie jak wariatka

    • krotki.blog pisze:

      Wariatko, cieszę się z Tobą :)

      • ~francuzeczka pisze:

        Ale jestes kochana;) dziekuje ….

      • ~nanaya pisze:

        Ja tez się cieszę z wami. A swoją drogą to naprawdę tylko takie wariatki jak my cieszą się z tony leków przyjmowanych ta i tamta strona, zastrzyków w brzuch, puchnących kończyn i huśtawki nastrojów. ..i tylko takie wariatki to wszystko przetrwają oraz dużo więcej, żeby dopiąć swego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>