Wypełniłyście pustkę, o której istnieniu nawet nie wiedziałam

Trzęsły mi się ręce, kiedy zrywałam taśmy z wielkiego kartonu.

Najpierw dlatego, że w pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś krętacz przysłał na mój adres, cytuję z pudełka, Air Compresor, którego nie zamawiałam. Mąż stał nad tą dziwną paczką i powiedział, że będę się z tego tłumaczyć*…

tajemnicza przesyłka

Potem zobaczyłam wiele mniejszych paczek w środku i ręce nie słuchały mnie jeszcze bardziej. Rozerwałam pierwszą paczkę. Drugą, trzecią… Książeczki, tkaniny na czułe uszytki, ramki, obrazki, pieluszki, kocyki, rzeczy, których nie potrafię nawet nazwać… Kartki od Was, kartki, które otwieraliśmy razem i czytaliśmy, palcem macając kopertę, papier, słowo po słowie, imię po imieniu**.

Popłakałam się.

Odgrażałam się, że niczego nie chcę, ale pod grubą warstwą obronnego sadła jest we mnie, w nas dziura. W pokoju dla dziecka stoją białe meble – puste. Od dziś nie takie puste. W naszym domu po raz pierwszy zrobiło się bardziej rodzinnie, bardziej dla dziecka. Dotykam malowanych bajek, miękkich tkanin, nie kłują, choć dotąd bałam się, że będą. Wypełniłyście pustkę, o której chciałam zapomnieć, że jest.

PREZENTY01

Dziewczyny, to co zrobiłyście… Nikt nigdy nie zrobił niczego podobnego. Nigdy tego nie zapomnę. Nasze dziecko dostało pierwszą wyprawkę. Gdyby telefon zadzwonił dziś, jutro, ma się do czego przytulić. Wcześniej nie wiedziałam, jakie to ważne – mieć w domu już kawałek dziecka.

Dziś przeszłam pewną granicę. Od dziś dzięki Wam czekanie na dziecko jest bardziej prawdziwe, a nie tylko na papierze.

Dziękuję, przebieram nogami, nawet nie wiecie, ile radości mi sprawiłyście  ❤

* Mąż mógł się bezpiecznie śmiać, że będę się tłumaczyć z tego Air Compresora, bo Olga82, która zorganizowała tajemniczą akcję blogową, była z nim w skrytym i lojalnym porozumieniu.

** Mam nadzieję, że pieką Cię uszy, jak mnie. Ty wiesz, że piszę do Ciebie :)  

Opublikowano Iza | Otagowano | 109 komentarzy

Jak długo się czeka na dziecko z adopcji?

Długo i coraz dłużej.

Spotkaliśmy się ze znajomymi z naszej grupy adopcyjnej. Grupa adopcyjna jest bardzo ważna w całym procesie. Podczas ciąży adopcyjnej mamy ze sobą kontakt i wiemy, kiedy zaczynają się adopcje wśród par o podobnym stażu czekania. Potem mamy dzielić ze sobą doświadczenia w wychowywaniu adopciaków.

Znajomi z grupy czekają już 3 lata. Są od nas starsi, niecierpliwią się. Zaryzykowali i zdecydowali się na… hmmm… jakby to nazwać… mały szantaż. Powiedzieli w ośrodku adopcyjnym, że w tej sytuacji, skoro czekają już 3 lata i nie ma na razie perspektyw, żeby coś się zmieniło, zabierają papiery i przeniosą się gdzie indziej. Usłyszeli „proszę bardzo, nikt was nie trzyma”.

Psycholodzy z ośrodka w miarę możliwości dopasowują dzieci do rodziców, do ich możliwości, otwartości, gotowości na radzenie sobie z problemami. Ale przy tym wszystkim mniej więcej pilnują kolejności, żeby czas oczekiwania na dziecko był porównywalny u wszystkich par.

My czekamy 2 lata. To oznacza, że przed nami co najmniej kolejny rok. W naszym środowisku mówi się, że to może być nawet 5 lat – przynajmniej w ośrodku, w którym jesteśmy, jeśli czeka się na małe dziecko.

Różne pary różnie radzą sobie z tym czasem oczekiwania. Niektórzy czytają książki o wychowaniu dzieci i gromadzą ubranka. Niektórzy zachodzą co jakiś czas do ośrodka adopcyjnego i dociskają tam psychologów. My praktycznie wyłączyliśmy temat. Rozmawiamy o tym, ale nie obsesyjnie. Niczego nie szykujemy. Nie zrobiłam miejsca w szafie i nie zbieram proponowanych mi przez znajomych śpioszków i mebelków dziecięcych. Gdybym przez cały kolejny rok oglądała puste łóżeczko, zwariowałabym. Miałam to puste łóżeczko wystarczająco długo w głowie, dobrze wiem, jak wygląda i wiem, że to w nim zaczęłyby kiełkować niecierpliwość, rozgoryczenie, małe szantaże i emocjonalny bigos.

Opublikowano Iza | Otagowano , | 344 komentarzy

Ciąża adopcyjna a niepłodność

Ciąża adopcyjna. Mówią, że zaczyna się wtedy, kiedy odbierasz zaświadczenie o ukończeniu szkolenia. Podobno to najtrudniejszy czas z całego procesu adopcyjnego – bo nagle wszystko staje w miejscu. Tracisz codzienny kontakt z osobami z OA. Do tej pory czułaś, że działasz, że walczy o to dziecko i o Was, nie tracisz ani chwili. I nagle zostajesz w bezruchu, bez wpływu na nic.

U nas jest jednak inaczej. Wcześniej byłam chora, byłam niepłodna. Kalendarz wypełniały kolejne przypomnienia o rozmaitych wizytach. Niepłodność wypełniała moją głowę w całości, do granic obsesji, określała mnie. Czas szkolenia w OA to potężna nauka. Okazał się też wychodzeniem z żałoby niepłodności – nie wiedziałam tego, dzwoniąc pierwszy raz do ośrodka.

Proces adopcyjny to nie był mój plan na zmycie z siebie choroby niepłodności, ale niespodziewanie taki był jego skutek uboczny.

I teraz w ciąży adopcyjnej po raz pierwszy w życiu nie jestem niepłodna. Nie określam siebie w ogóle przez płodność – niepłodność. Jestem po prostu normalna, oglądam seriale, robię zakupy, zbieram nasiona aksamitek, wkurzam się na szefa, czytam blogi o szyciu, nie chce mi się rano wstawać. Nie ma w tym ani wzniosłości ani rozpaczy. Nie ma pospieszania, ani zaklinania, ani nerwowości. Jest wielka płachta normalności, po horyzont.

Lubię tę normalność, tę nudność.

Opublikowano Iza | Otagowano | 480 komentarzy

Jak pozwałam szpital. Spotkanie z lekarzem

Gdy wszyscy mówili, że to będzie strasznie trudne, że trzeba cierpliwości, wzruszałam ramionami. Co to znaczy „trudne”? Wszystko da się zrobić.

Jedyne, co mnie powstrzymywało, to myśl o lekarzu. Biłam się z myślami tylko z jego powodu. Czułam jednocześnie żal, ale i dużą wdzieczność wobec niego.

Gdy było już bardzo źle, odwoływał te swoje dyżury w drugiej pracy i siedział do nocy przy mnie. A potem, po operacji, dołożył wszelkich starań, żebym miała to, na co NFZ normalnie żałuje. Żeby mąż mógł do mnie wejść tam, gdzie nie wolno wchodzić odwiedzającym. Pewnego dnia powiedział mi i mężowi: – Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że to co się stało, to nasza wina, winny jest szpital.

Zdecydowałam, że nie pozwę lekarza – pozwę szpital.

Znalazłam prawnika, który nie brał zaliczki, a procent od wygranej. Inaczej pewnie nigdy nie mogłabym sobie na to pozwolić.

Najtrudniejsze nie było gromadzenie dokumentacji ani dziesiatki godzin spędzone na czytaniu szpitalnych papierów. Najtrudniejsza była pierwsza rozprawa, na której spotkałam się z tym lekarzem. Sąd wezwał go na świadka.

Podeszłam do niego przed salą. Powiedziałam, że bardzo mi przykro, że spotykamy się w takich okolicznościach. Był przybity, nie wiem, czy rozprawą, czy spotkaniem ze mną, czy tym, co zamierzał powiedzieć za chwilę na sali. Zapytał co słychać, czy udało nam się z in vitro. Mój prawnik przerwał nam rozmowę. Zabrał mnie.

Potem lekarz stanął przed sędzią i zeznawał. Z wielką pewnością siebie wydał opinię, że i tak nie zaszłabym w ciążę przez endometriozę. Że bakterie Escherichia coli w sposób oczywisty mogły się dostać do jamy  otrzewnej z winy mojej złej higieny. Wyparł się swoich słów, że to wina szpitala. Winna jestem tylko ja.

Wiedziałam, że musiał bronić siebie i szpitala, ale z każdym jego słowem schodziło ze mnie powietrze.

Lekarz skończył zeznawać i wtedy zrobił coś bardzo dziwnego, coś poza protokołem. Wychodząc, zatrzymał się przy mnie. Wziął moją rękę, schował w dwie swoje, uścisnął. Powodzenia – powiedział.

To był ostatni raz, kiedy się z nim widziałam.

Najtrudniejsze jest za mną. Nie będzie w tej sprawie nic trudniejszego, niż spotkanie z tym lekarzem.

Nie wiem, jak udawało mi się godzić stres związany z rozprawami i in vitro. Pewnego dnia miałam rano rozprawę, a około południa transfer. Nie miałam nawet czasu zajechać do domu się umyć, ale na transfer zdążyliśmy.

Teraz wszystko się uspokoiło. Z szalonej wartkiej rzeki rozpraw wypłynęłam na ocean spokojny bezruchu. Jestem na etapie oczekiwania na opinie biegłych lekarzy. Sąd powołał kilku. Pierwszy z nich po ponad roku przyznał mi rację w sprawie dwóch na trzy główne zarzuty. Mamy szansę wygrać ten proces. Ale to się okaże pewnie za kilka lat.

Opublikowano Iza | Otagowano | 238 komentarzy

uchylam rąbka tajemnicy

pamiętasz? dawno temu napisałam tutaj, że robię coś ważnego, ale jeszcze nie mogę o tym opowiedzieć.

dziś trochę opowiem.

ten dzień, kiedy się obudziłam po operacji.

otworzyłam oczy. sufit sali pooperacyjnej. nie wiem, co się stało. dotykam dłonią brzucha. czuję miękkie warstwy opatrunków, po horyzont. pamiętam, co mi mówili przed operacją, ale nie mam pojęcia, co mi zrobili. jestem niespokojna. trudno mi się poruszać. co mam w brzuchu, a czego nie mam?

wszystko boli, nie mogę się ruszyć, ale po omacku sięgam po telefon, który przed operacją naszykowałam pielęgniarkom, żeby położyły mi przy łóżku. piszę do męża dwa zdania. w pierwszym kłamię, że czuję się ok, w drugim pytam, czy mam jeszcze jajniki i jajowody. to od męża się dowiaduję, że nie mam obu jajowodów.

gdy po kilku tygodniach wróciłam do domu, w ciągu pierwszej doby usiadłam przy laptopie i spisałam historię obejmującą 2 wcześniejsze miesiące życia.

od dnia, kiedy trafiłam do szpitala na banalny zabieg, poprzez samopoczucie po zabiegu, odczyty temperatury, środki przeciwbólowe aplikowane przez pielęgniarkę. opisałam, jak goiłam się po pierwszym zabiegu, co zjadłam, kiedy miałam biegunkę, kto ścigał mi szwy.

opisałam, kiedy zaczęły się silne bóle blisko miednicy, daty wizyt u lekarza, telefony do szpitala. bezskuteczne prośby, aby przyjęli mnie znowu na oddział.

opisałam okoliczności, w jakich trafiłam do szpitala z zapaleniem otrzewnej i jak przez kolejne dni nikt mnie nie leczył. zapisałam nazwisko i słowa szefa oddziału komentującego, że to mi się mogło zdarzyć nawet od zepsutego zęba, zacytowałam słowa lekarza operującego, gdy mówił szeptem mi i mojemu M., jak niechlujnie szpital zrobił ten błahy poprzedni zabieg i żebyśmy nie odpuścili.

pamiętałam też, jak śmierdziałam strachem, jak co rano pielęgniarki musiały mi zmieniać pościel, pamiętałam pękające żyły i zapach kurczaka z kuchni, gdy miałam żywienie pozajelitowe w święta.

pamiętałam, jak się budziłam w ciągu dnia, a przy łóżku szpitalnym czuwał, zawsze czuwał mąż, nieogolony i pognieciony, zbyt przeciągle żegnając się ze mną późnym wieczorem, pod moim łóżkiem leżały jego kapcie, bo prawie ze mną mieszkał w szpitalu.

opisałam nazwiska, smaki, zapachy, senne koszmary.

pisałam w transie, pisałam jak szalona, jakbym symultanicznie spisywała na żywo oglądany film, bez filtra, co jest ważne, a co nie.

potem schowałam tę opowieść na wiele miesięcy.

wróciłam do niej, kiedy już odzyskałam sprawność. kiedy mogłam wsiąść na rower, kiedy marmolada w moim brzuch się ścięła.

zadzwoniłam do prawnika – specjalistę od procesów ze szpitalem…

Opublikowano Iza | Otagowano | 370 komentarzy

Wymagania OA wobec rodziców adopcyjnych cz.2 Zaświadczenia lekarskie

Ośrodki adopcyjne są w stanie ocenić nasze kompetencje, ale chcą mieć pewność także co do tego, że będziemy na siłach opiekować się dziećmi. Lub precyzyjniej: chcą wiedzieć, że istnieje na to przynajmniej prawdopodobieństwo.

Pierwsze pismo od lekarza, o które poprosił mnie Ośrodek Adopcyjny to oświadczenie od ginekologa o przyczynach trudności z zajściem w ciążę (jeśli dotyczy, oczywiście, adoptować mogą także pary, które mają naturalnie dzieci, wtedy bez takiego dokumentu). Od razu obalam mit mówiący, że ośrodki żądają zaświadczenia o zakończeniu leczenia. Żaden lekarz nie da gwarancji, że pacjentka skończyła się leczyć, nie leczy się gdzie indziej i nigdy już się nie będzie leczyła.

Ośrodki wymagają, by zakończyć leczenie, ale weryfikują to nie dokumentami, ale na poziomie rozmów z nami, sprawdzania naszych prawdziwych motywacji, dojrzałości do adopcji. I tutaj szczególnie ważne jest przepracowanie straty, żałoby po dziecku, którego nie ma. Bardzo szybko wychodzi z człowieka, jeśli nie opanował tego rozdziału w życiu.

Pozostałe zaświadczenia lekarskie musieliśmy dostarczyć przed rozpoczęciem drugiego etapu procesu.

Zaświadczenie od lekarza internisty o ogólnym stanie zdrowia. Wymagane od obojga małżonków. Zalecane były badania m.in. RTG płuc, ale nie bezwzględnie konieczne. Ośrodek prosił o adnotację od lekarza, że nie ma przeciwwskazań lekarskich do opieki nad dzieckiem. Najlepiej pójść po nie do lekarza rodzinnego, u którego raz czy dwa byliście. My dzięki temu nie musieliśmy robić innych badań, bo lekarz miał nas w swoich kartach i wiedział, że nie mamy poważnych chorób.

Jeśli ktoś choruje na chorobę przewlekłą, może być potrzebne zaświadczenie od specjalisty oraz jego opinia na temat rokowań.

Zaświadczenie od psychiatry. Wymagane od obojga małżonków. Tutaj mieliśmy nerwową spinę, bo z powodów niezależnych od nas mieliśmy na załatwienie tego zaświadczenia 5 dni roboczych (bez obaw, wszyscy mają więcej, u nas tylko okazało się na ostatnią chwilę). O lekarzu na NFZ trzeba było zapomnieć, kolejki na kilka miesięcy. Okazało się też, że po naszej stronie Wisły nie sposób umówić się w kilka dni do psychiatry prywatnie (ciekawe, wszyscy się tak leczą???). A nawet jak już coś znalazłam, psychiatra (poniekąd słusznie) wymagał kilku spotkań (czyli kilku tygodni!!!), nim wystawi zaświadczenie do Ośrodka Adopcyjnego. Warto pamiętać, szukając psychiatry, aby zapytać, czy wystawia takie zaświadczenia, bo można się naciąć tak właśnie.

Zwiększyłam akceptowalną odległość od domu/pracy. Byłam bliska poddania się. Już przez chwilę myślałam, że taka pierdoła nieprawdopodobnie wydłuży nasze przygotowanie do adopcji. Aż wtem… ! Tak, kilkadziesiąt telefonów później znalazłam bardzo sympatycznego pana psychiatrę, który wprawdzie zainkasował kupę kasy za godzinną rozmowę (160 zł od osoby), ale sam miał za przyjaciela kierownika domu dziecka, więc popiera,  szanuje, rozumie, nie będzie mnożył trudności.

Nigdy nie byłam u psychiatry i przyznam, że trochę się stresowałam. Wyobrażałam sobie, że oni mają trzecie oko – radar, który pozwala im prześwietlać człowieka na wylot i dostrzegać ten pierwiastek zła, który gdzieś tam chyba w każdym drzemie. Najwidoczniej jednak we mnie nic nie drzemało, bo po kilku formalnych pytaniach (Czy miałam kiedykolwiek myśli samobójcze? Czy cierpię na bezsenność? Czy bez powodu popadam w smutek?) ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o adopcji i rodzicielstwie.

Jeśli mogę coś jeszcze doradzić ze spraw zdrowotnych podczas rozmowy z psychologiem w ośrodku adopcyjnym – nie warto narzekać. Jak strzyka w krzyżu albo boli kolano – zostawcie tę wiadomość dla siebie. Tę wiedzę ma się intuicyjnie, ale słyszałam o takich, którym jednak intuicji zabrakło, bo tak serdecznie miło się rozmawia z tymi paniami…

Poza zaświadczeniami lekarskimi, niektóre Ośrodki Adopcyjne stawiają przed bandytami kandydatami (EDIT: autokoretka zrobiła z nas bandytów :) mniej sprecyzowane wymagania dotyczące zarobków i pracy, o których już pisałam TUTAJ.

Opublikowano Iza | Otagowano | 189 komentarzy

Granica. Niepłodność i co dalej?

Tak długo zbierałam się z wpisem o granicy leczenia, że zapomniałam, jak do niej doszłam. Jakimi słowami. To musiało się dziać po trochu. Nie wiem kiedy. Pamiętam urywki.

Przejście granicy to sztuka wielkiej zgody. Nie tylko na to, że nie będziesz miała „swoich” dzieci. Też zgody na to, że czasem, myśląc o sobie, powiesz „poddałam się”.  Że czasem wróci żal. Minięcie granicy to zgoda na to, że coś straciłaś.

Tego uczą psycholodzy – trudnych, wielkich strat w życiu nie zostawisz za sobą jakby nigdy nic. Pogodzenie się ze stratą, to nie udawanie, że jej nie było. To umiejętność takiego objęcia tej kolczastej kuli, żeby móc żyć dalej. Iść dalej, jakoś nad tą kulą panując.

Tak, stało się, to trudne. Ale umiem to nazwać, złapać, zasnąć
z tym, umiem tak nieść swoją stratę, żeby nie zasłaniała mi widoków.

Tego mnie nauczyli chyba w OA. A może po prostu przyszło do mnie samo. Może podczas rozmów z M. Może nadzieja na własne dziecko musiała zniknąć, żeby zrobić miejsce na taką wiedzę. Dwie naraz w głowie zmieścić się nie chciały.

I tak, czuję czasem żal. Zazdrość. Obojętność. Jestem tylko człowiekiem, mam prawo czuć żal, mam prawo włożyć czasem palucha w dziurę po własnym dziecku. Nie muszę udawać, że tego nigdy nie było.

Ale bardziej czuję ulgę. Że nie muszę już. Że mogę pocieszyć się życiem poza korytarzem przychodni – ten czas, który mam z M. jest tylko jeden. Chcę, żeby był jak najpiękniejszy. Jestem też dobra dla siebie. Słucham siebie. Czasem rozpieszczam. Czasem poganiam do pracy (w sumie to codziennie rano). A potem rozpieszczam dwa razy. Pracuję nad tym, żeby już nie było takich sytuacji, gdy tygodniami zaciskam zęby ze stresu. Dobrze mi idzie.

kochamCie

Fot. krotki.blog.pl

Jeśli i tak miałam przegrać walkę o dziecko z in vitro, to cieszę się, że nie przegrałam jej za kolejne siedem lat.

Wygrałam nas.

Opublikowano Iza | Otagowano , , | 431 komentarzy

na nowym

Nowa praca.
Mieszkanie jak nowe.
Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Bardzo.

Trudno mi uwierzyć, że przeszłość sprzed 3-4-6 miesięcy to moja przeszłość. Wszystko się zmieniło tak, jak normalny człowiek by się wyparł – że to niemożliwe.

Wy, Dziewczyny, Kobiety, Matki, które po latach trudnej walki urodziłyście dziecko, czujecie to jeszcze mocniej, prawda? Że rzeczy, w które chwilami już zupełnie się nie wierzyło – zdarzają się czasem.

Nie umiem sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało nasze życie, gdy pojawi się w domu nowy człowiek. Na początku roku nie umiałam sobie wymyślić siebie z dziś.

Trochę testuję swoją siłę w nowej pracy. Na sesji zdjęciowej zorganizowanej dla mojego działu wyszłam – cytuję (znajomych i przyjaciół)  - jak wredna suka :) Bynajmniej nie zabolała mnie ta ocena. Nie jestem taka, ale trochę pieprzu się przyda.

Maluję usta na czerwono.

 

Opublikowano Iza | 253 komentarzy

Remont

W ramach przygotowania się na przybycie dziecka, zaplanowaliśmy remont. Żeby mu/jej/im (hmm?) było miło.

Ale ponieważ  nie wiemy, jakie to będzie dziecko, jaka płeć, jaki wiek, kupiliśmy same uniwersalne rzeczy.

Więc tak. Parawan prysznicowy piękny –  raz. Panel prysznicowy nowy, bo przy starym parawan się nie złoży – dwa. Pasiasta tapeta do salonu – trzy. Farba do salonu w kolorze misty gray (jak ubogą miałam wiedzę o kolorach…) – cztery. Kinkiety do salonu – pięć. Farba do naszej sypialni (kolor Cleopatra????) – sześć. Fuksje i petunie na taras – siedem (to się liczy jako  fundusz remontowy, kochanie, proszę, proszę?!)

I tak uzbrojeni po zęby w sprzęt zaczynamy powoli dłubać wieczorami i weekendami.

Własnymi rękami wszystko to robimy dla nas dziecka. Na pewno mu się przyda… :)

Opublikowano Iza | 246 komentarzy

Zerwałam się ze smyczy

Ze smyczy leczenia i comiesięcznego zachodzenia w ciążę.

Biegnę z wywalonym jęzorem jak pies, nadganiam wszystko, czego odmawiałam sobie wcześniej.

Rzucam pracę. Właśnie dostałam nową. Nie szukałam. Sama mnie znalazła. Zadzwoniła po mnie. W trzech etapach rekrutacji badaliśmy się wzajemnie. Trochę zmieniam branżę. Traktuję to jako inwestycję w siebie, jak studia podyplomowe, za które mi jeszcze zapłacą.

Głupi żart mi się włączył. Są takie teksty, gdy zacierasz ręce, jak to świetnie wymyśliłaś, jak powalająco zabrzmi, a gdy to powiesz głośno, okazuje się, że przegięłaś. Kiedy nowa praca zadzwoniła, że zapraszają, powitałam męża słowami:

- Będzie 500 plus.

Zastygł i wpatrywał się we mnie intensywnie. Z kamienną twarzą. Badał, co kryje się za moimi słowami. Ośrodek adopcyjny zadzwonił? Poczułam, jak głupi to żart, gdy czekamy na  TEN telefon… Okrutnie zabrzmiały te słowa, bez sensu, mogłam powiedzieć o nowinach na sto innych sposobów…

- Do pensji 500 plus… mniej więcej…

Biegnę z wywalonym jęzorem dalej. Zawsze lubiłam ruch, ale teraz oboje regularnie o siebie dbamy. Biegamy. M. bardziej, bo wyskakuje na trening o 5 rano. Ja w tym czasie śnię, że biegnę. Wraca, śniadanie robi, gdy ja się guzdram z łóżka. Taki facet.

Odkryłam, że jestem słaba. Fizycznie. Bo od lat się oszczędzałam. Zakupów nie dźwigałam, bo byłam po transferze. Roweru nie dźwigałam, bo pęcherzyk rośnie, żeby nie pękł. Potem już nic nie dźwigałam, bo nie mogłam tego unieść. Teraz zmiana. Koniec. Ćwiczę. Noszę. Biegam, pedałuję. Chcę być silna i będę silna.

Kolory są ostre, zapachy intensywne. Wszystko się dzieje na maksa. Nawet kwiaty. Nawet stary kaktus, który dostałam od pomarszczonej baboszki we Lwowie 15 lat temu, zaczął teraz kwitnąć. I to mnogo!

kaktus

Może jutro złożę wypowiedzenie. Może we wtorek. Pierwszy raz odchodzę z pracy nie dlatego, że jest mi w niej źle, a tylko dlatego, że liczę, że będzie jeszcze lepiej. Nie ogranicza mnie nic, żadna smycz.

Opublikowano Iza | Otagowano | 485 komentarzy