Jak pozwałam szpital. Spotkanie z lekarzem

Gdy wszyscy mówili, że to będzie strasznie trudne, że trzeba cierpliwości, wzruszałam ramionami. Co to znaczy „trudne”? Wszystko da się zrobić.

Jedyne, co mnie powstrzymywało, to myśl o lekarzu. Biłam się z myślami tylko z jego powodu. Czułam jednocześnie żal, ale i dużą wdzieczność wobec niego.

Gdy było już bardzo źle, odwoływał te swoje dyżury w drugiej pracy i siedział do nocy przy mnie. A potem, po operacji, dołożył wszelkich starań, żebym miała to, na co NFZ normalnie żałuje. Żeby mąż mógł do mnie wejść tam, gdzie nie wolno wchodzić odwiedzającym. Pewnego dnia powiedział mi i mężowi: – Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że to co się stało, to nasza wina, winny jest szpital.

Zdecydowałam, że nie pozwę lekarza – pozwę szpital.

Znalazłam prawnika, który nie brał zaliczki, a procent od wygranej. Inaczej pewnie nigdy nie mogłabym sobie na to pozwolić.

Najtrudniejsze nie było gromadzenie dokumentacji ani dziesiatki godzin spędzone na czytaniu szpitalnych papierów. Najtrudniejsza była pierwsza rozprawa, na której spotkałam się z tym lekarzem. Sąd wezwał go na świadka.

Podeszłam do niego przed salą. Powiedziałam, że bardzo mi przykro, że spotykamy się w takich okolicznościach. Był przybity, nie wiem, czy rozprawą, czy spotkaniem ze mną, czy tym, co zamierzał powiedzieć za chwilę na sali. Zapytał co słychać, czy udało nam się z in vitro. Mój prawnik przerwał nam rozmowę. Zabrał mnie.

Potem lekarz stanął przed sędzią i zeznawał. Z wielką pewnością siebie wydał opinię, że i tak nie zaszłabym w ciążę przez endometriozę. Że bakterie Escherichia coli w sposób oczywisty mogły się dostać do jamy  otrzewnej z winy mojej złej higieny. Wyparł się swoich słów, że to wina szpitala. Winna jestem tylko ja.

Wiedziałam, że musiał bronić siebie i szpitala, ale z każdym jego słowem schodziło ze mnie powietrze.

Lekarz skończył zeznawać i wtedy zrobił coś bardzo dziwnego, coś poza protokołem. Wychodząc, zatrzymał się przy mnie. Wziął moją rękę, schował w dwie swoje, uścisnął. Powodzenia – powiedział.

To był ostatni raz, kiedy się z nim widziałam.

Najtrudniejsze jest za mną. Nie będzie w tej sprawie nic trudniejszego, niż spotkanie z tym lekarzem.

Nie wiem, jak udawało mi się godzić stres związany z rozprawami i in vitro. Pewnego dnia miałam rano rozprawę, a około południa transfer. Nie miałam nawet czasu zajechać do domu się umyć, ale na transfer zdążyliśmy.

Teraz wszystko się uspokoiło. Z szalonej wartkiej rzeki rozpraw wypłynęłam na ocean spokojny bezruchu. Jestem na etapie oczekiwania na opinie biegłych lekarzy. Sąd powołał kilku. Pierwszy z nich po ponad roku przyznał mi rację w sprawie dwóch na trzy główne zarzuty. Mamy szansę wygrać ten proces. Ale to się okaże pewnie za kilka lat.

Opublikowano Iza | Otagowano | 165 komentarzy

uchylam rąbka tajemnicy

pamiętasz? dawno temu napisałam tutaj, że robię coś ważnego, ale jeszcze nie mogę o tym opowiedzieć.

dziś trochę opowiem.

ten dzień, kiedy się obudziłam po operacji.

otworzyłam oczy. sufit sali pooperacyjnej. nie wiem, co się stało. dotykam dłonią brzucha. czuję miękkie warstwy opatrunków, po horyzont. pamiętam, co mi mówili przed operacją, ale nie mam pojęcia, co mi zrobili. jestem niespokojna. trudno mi się poruszać. co mam w brzuchu, a czego nie mam?

wszystko boli, nie mogę się ruszyć, ale po omacku sięgam po telefon, który przed operacją naszykowałam pielęgniarkom, żeby położyły mi przy łóżku. piszę do męża dwa zdania. w pierwszym kłamię, że czuję się ok, w drugim pytam, czy mam jeszcze jajniki i jajowody. to od męża się dowiaduję, że nie mam obu jajowodów.

gdy po kilku tygodniach wróciłam do domu, w ciągu pierwszej doby usiadłam przy laptopie i spisałam historię obejmującą 2 wcześniejsze miesiące życia.

od dnia, kiedy trafiłam do szpitala na banalny zabieg, poprzez samopoczucie po zabiegu, odczyty temperatury, środki przeciwbólowe aplikowane przez pielęgniarkę. opisałam, jak goiłam się po pierwszym zabiegu, co zjadłam, kiedy miałam biegunkę, kto ścigał mi szwy.

opisałam, kiedy zaczęły się silne bóle blisko miednicy, daty wizyt u lekarza, telefony do szpitala. bezskuteczne prośby, aby przyjęli mnie znowu na oddział.

opisałam okoliczności, w jakich trafiłam do szpitala z zapaleniem otrzewnej i jak przez kolejne dni nikt mnie nie leczył. zapisałam nazwisko i słowa szefa oddziału komentującego, że to mi się mogło zdarzyć nawet od zepsutego zęba, zacytowałam słowa lekarza operującego, gdy mówił szeptem mi i mojemu M., jak niechlujnie szpital zrobił ten błahy poprzedni zabieg i żebyśmy nie odpuścili.

pamiętałam też, jak śmierdziałam strachem, jak co rano pielęgniarki musiały mi zmieniać pościel, pamiętałam pękające żyły i zapach kurczaka z kuchni, gdy miałam żywienie pozajelitowe w święta.

pamiętałam, jak się budziłam w ciągu dnia, a przy łóżku szpitalnym czuwał, zawsze czuwał mąż, nieogolony i pognieciony, zbyt przeciągle żegnając się ze mną późnym wieczorem, pod moim łóżkiem leżały jego kapcie, bo prawie ze mną mieszkał w szpitalu.

opisałam nazwiska, smaki, zapachy, senne koszmary.

pisałam w transie, pisałam jak szalona, jakbym symultanicznie spisywała na żywo oglądany film, bez filtra, co jest ważne, a co nie.

potem schowałam tę opowieść na wiele miesięcy.

wróciłam do niej, kiedy już odzyskałam sprawność. kiedy mogłam wsiąść na rower, kiedy marmolada w moim brzuch się ścięła.

zadzwoniłam do prawnika – specjalistę od procesów ze szpitalem…

Opublikowano Iza | Otagowano | 370 komentarzy

Wymagania OA wobec rodziców adopcyjnych cz.2 Zaświadczenia lekarskie

Ośrodki adopcyjne są w stanie ocenić nasze kompetencje, ale chcą mieć pewność także co do tego, że będziemy na siłach opiekować się dziećmi. Lub precyzyjniej: chcą wiedzieć, że istnieje na to przynajmniej prawdopodobieństwo.

Pierwsze pismo od lekarza, o które poprosił mnie Ośrodek Adopcyjny to oświadczenie od ginekologa o przyczynach trudności z zajściem w ciążę (jeśli dotyczy, oczywiście, adoptować mogą także pary, które mają naturalnie dzieci, wtedy bez takiego dokumentu). Od razu obalam mit mówiący, że ośrodki żądają zaświadczenia o zakończeniu leczenia. Żaden lekarz nie da gwarancji, że pacjentka skończyła się leczyć, nie leczy się gdzie indziej i nigdy już się nie będzie leczyła.

Ośrodki wymagają, by zakończyć leczenie, ale weryfikują to nie dokumentami, ale na poziomie rozmów z nami, sprawdzania naszych prawdziwych motywacji, dojrzałości do adopcji. I tutaj szczególnie ważne jest przepracowanie straty, żałoby po dziecku, którego nie ma. Bardzo szybko wychodzi z człowieka, jeśli nie opanował tego rozdziału w życiu.

Pozostałe zaświadczenia lekarskie musieliśmy dostarczyć przed rozpoczęciem drugiego etapu procesu.

Zaświadczenie od lekarza internisty o ogólnym stanie zdrowia. Wymagane od obojga małżonków. Zalecane były badania m.in. RTG płuc, ale nie bezwzględnie konieczne. Ośrodek prosił o adnotację od lekarza, że nie ma przeciwwskazań lekarskich do opieki nad dzieckiem. Najlepiej pójść po nie do lekarza rodzinnego, u którego raz czy dwa byliście. My dzięki temu nie musieliśmy robić innych badań, bo lekarz miał nas w swoich kartach i wiedział, że nie mamy poważnych chorób.

Jeśli ktoś choruje na chorobę przewlekłą, może być potrzebne zaświadczenie od specjalisty oraz jego opinia na temat rokowań.

Zaświadczenie od psychiatry. Wymagane od obojga małżonków. Tutaj mieliśmy nerwową spinę, bo z powodów niezależnych od nas mieliśmy na załatwienie tego zaświadczenia 5 dni roboczych (bez obaw, wszyscy mają więcej, u nas tylko okazało się na ostatnią chwilę). O lekarzu na NFZ trzeba było zapomnieć, kolejki na kilka miesięcy. Okazało się też, że po naszej stronie Wisły nie sposób umówić się w kilka dni do psychiatry prywatnie (ciekawe, wszyscy się tak leczą???). A nawet jak już coś znalazłam, psychiatra (poniekąd słusznie) wymagał kilku spotkań (czyli kilku tygodni!!!), nim wystawi zaświadczenie do Ośrodka Adopcyjnego. Warto pamiętać, szukając psychiatry, aby zapytać, czy wystawia takie zaświadczenia, bo można się naciąć tak właśnie.

Zwiększyłam akceptowalną odległość od domu/pracy. Byłam bliska poddania się. Już przez chwilę myślałam, że taka pierdoła nieprawdopodobnie wydłuży nasze przygotowanie do adopcji. Aż wtem… ! Tak, kilkadziesiąt telefonów później znalazłam bardzo sympatycznego pana psychiatrę, który wprawdzie zainkasował kupę kasy za godzinną rozmowę (160 zł od osoby), ale sam miał za przyjaciela kierownika domu dziecka, więc popiera,  szanuje, rozumie, nie będzie mnożył trudności.

Nigdy nie byłam u psychiatry i przyznam, że trochę się stresowałam. Wyobrażałam sobie, że oni mają trzecie oko – radar, który pozwala im prześwietlać człowieka na wylot i dostrzegać ten pierwiastek zła, który gdzieś tam chyba w każdym drzemie. Najwidoczniej jednak we mnie nic nie drzemało, bo po kilku formalnych pytaniach (Czy miałam kiedykolwiek myśli samobójcze? Czy cierpię na bezsenność? Czy bez powodu popadam w smutek?) ucięliśmy sobie miłą pogawędkę o adopcji i rodzicielstwie.

Jeśli mogę coś jeszcze doradzić ze spraw zdrowotnych podczas rozmowy z psychologiem w ośrodku adopcyjnym – nie warto narzekać. Jak strzyka w krzyżu albo boli kolano – zostawcie tę wiadomość dla siebie. Tę wiedzę ma się intuicyjnie, ale słyszałam o takich, którym jednak intuicji zabrakło, bo tak serdecznie miło się rozmawia z tymi paniami…

Poza zaświadczeniami lekarskimi, niektóre Ośrodki Adopcyjne stawiają przed bandytami kandydatami (EDIT: autokoretka zrobiła z nas bandytów :) mniej sprecyzowane wymagania dotyczące zarobków i pracy, o których już pisałam TUTAJ.

Opublikowano Iza | Otagowano | 189 komentarzy

Granica. Niepłodność i co dalej?

Tak długo zbierałam się z wpisem o granicy leczenia, że zapomniałam, jak do niej doszłam. Jakimi słowami. To musiało się dziać po trochu. Nie wiem kiedy. Pamiętam urywki.

Przejście granicy to sztuka wielkiej zgody. Nie tylko na to, że nie będziesz miała „swoich” dzieci. Też zgody na to, że czasem, myśląc o sobie, powiesz „poddałam się”.  Że czasem wróci żal. Minięcie granicy to zgoda na to, że coś straciłaś.

Tego uczą psycholodzy – trudnych, wielkich strat w życiu nie zostawisz za sobą jakby nigdy nic. Pogodzenie się ze stratą, to nie udawanie, że jej nie było. To umiejętność takiego objęcia tej kolczastej kuli, żeby móc żyć dalej. Iść dalej, jakoś nad tą kulą panując.

Tak, stało się, to trudne. Ale umiem to nazwać, złapać, zasnąć
z tym, umiem tak nieść swoją stratę, żeby nie zasłaniała mi widoków.

Tego mnie nauczyli chyba w OA. A może po prostu przyszło do mnie samo. Może podczas rozmów z M. Może nadzieja na własne dziecko musiała zniknąć, żeby zrobić miejsce na taką wiedzę. Dwie naraz w głowie zmieścić się nie chciały.

I tak, czuję czasem żal. Zazdrość. Obojętność. Jestem tylko człowiekiem, mam prawo czuć żal, mam prawo włożyć czasem palucha w dziurę po własnym dziecku. Nie muszę udawać, że tego nigdy nie było.

Ale bardziej czuję ulgę. Że nie muszę już. Że mogę pocieszyć się życiem poza korytarzem przychodni – ten czas, który mam z M. jest tylko jeden. Chcę, żeby był jak najpiękniejszy. Jestem też dobra dla siebie. Słucham siebie. Czasem rozpieszczam. Czasem poganiam do pracy (w sumie to codziennie rano). A potem rozpieszczam dwa razy. Pracuję nad tym, żeby już nie było takich sytuacji, gdy tygodniami zaciskam zęby ze stresu. Dobrze mi idzie.

kochamCie

Fot. krotki.blog.pl

Jeśli i tak miałam przegrać walkę o dziecko z in vitro, to cieszę się, że nie przegrałam jej za kolejne siedem lat.

Wygrałam nas.

Opublikowano Iza | Otagowano , , | 431 komentarzy

na nowym

Nowa praca.
Mieszkanie jak nowe.
Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Bardzo.

Trudno mi uwierzyć, że przeszłość sprzed 3-4-6 miesięcy to moja przeszłość. Wszystko się zmieniło tak, jak normalny człowiek by się wyparł – że to niemożliwe.

Wy, Dziewczyny, Kobiety, Matki, które po latach trudnej walki urodziłyście dziecko, czujecie to jeszcze mocniej, prawda? Że rzeczy, w które chwilami już zupełnie się nie wierzyło – zdarzają się czasem.

Nie umiem sobie wyobrazić, jak będzie wyglądało nasze życie, gdy pojawi się w domu nowy człowiek. Na początku roku nie umiałam sobie wymyślić siebie z dziś.

Trochę testuję swoją siłę w nowej pracy. Na sesji zdjęciowej zorganizowanej dla mojego działu wyszłam – cytuję (znajomych i przyjaciół)  - jak wredna suka :) Bynajmniej nie zabolała mnie ta ocena. Nie jestem taka, ale trochę pieprzu się przyda.

Maluję usta na czerwono.

 

Opublikowano Iza | 253 komentarzy

Remont

W ramach przygotowania się na przybycie dziecka, zaplanowaliśmy remont. Żeby mu/jej/im (hmm?) było miło.

Ale ponieważ  nie wiemy, jakie to będzie dziecko, jaka płeć, jaki wiek, kupiliśmy same uniwersalne rzeczy.

Więc tak. Parawan prysznicowy piękny –  raz. Panel prysznicowy nowy, bo przy starym parawan się nie złoży – dwa. Pasiasta tapeta do salonu – trzy. Farba do salonu w kolorze misty gray (jak ubogą miałam wiedzę o kolorach…) – cztery. Kinkiety do salonu – pięć. Farba do naszej sypialni (kolor Cleopatra????) – sześć. Fuksje i petunie na taras – siedem (to się liczy jako  fundusz remontowy, kochanie, proszę, proszę?!)

I tak uzbrojeni po zęby w sprzęt zaczynamy powoli dłubać wieczorami i weekendami.

Własnymi rękami wszystko to robimy dla nas dziecka. Na pewno mu się przyda… :)

Opublikowano Iza | 245 komentarzy

Zerwałam się ze smyczy

Ze smyczy leczenia i comiesięcznego zachodzenia w ciążę.

Biegnę z wywalonym jęzorem jak pies, nadganiam wszystko, czego odmawiałam sobie wcześniej.

Rzucam pracę. Właśnie dostałam nową. Nie szukałam. Sama mnie znalazła. Zadzwoniła po mnie. W trzech etapach rekrutacji badaliśmy się wzajemnie. Trochę zmieniam branżę. Traktuję to jako inwestycję w siebie, jak studia podyplomowe, za które mi jeszcze zapłacą.

Głupi żart mi się włączył. Są takie teksty, gdy zacierasz ręce, jak to świetnie wymyśliłaś, jak powalająco zabrzmi, a gdy to powiesz głośno, okazuje się, że przegięłaś. Kiedy nowa praca zadzwoniła, że zapraszają, powitałam męża słowami:

- Będzie 500 plus.

Zastygł i wpatrywał się we mnie intensywnie. Z kamienną twarzą. Badał, co kryje się za moimi słowami. Ośrodek adopcyjny zadzwonił? Poczułam, jak głupi to żart, gdy czekamy na  TEN telefon… Okrutnie zabrzmiały te słowa, bez sensu, mogłam powiedzieć o nowinach na sto innych sposobów…

- Do pensji 500 plus… mniej więcej…

Biegnę z wywalonym jęzorem dalej. Zawsze lubiłam ruch, ale teraz oboje regularnie o siebie dbamy. Biegamy. M. bardziej, bo wyskakuje na trening o 5 rano. Ja w tym czasie śnię, że biegnę. Wraca, śniadanie robi, gdy ja się guzdram z łóżka. Taki facet.

Odkryłam, że jestem słaba. Fizycznie. Bo od lat się oszczędzałam. Zakupów nie dźwigałam, bo byłam po transferze. Roweru nie dźwigałam, bo pęcherzyk rośnie, żeby nie pękł. Potem już nic nie dźwigałam, bo nie mogłam tego unieść. Teraz zmiana. Koniec. Ćwiczę. Noszę. Biegam, pedałuję. Chcę być silna i będę silna.

Kolory są ostre, zapachy intensywne. Wszystko się dzieje na maksa. Nawet kwiaty. Nawet stary kaktus, który dostałam od pomarszczonej baboszki we Lwowie 15 lat temu, zaczął teraz kwitnąć. I to mnogo!

kaktus

Może jutro złożę wypowiedzenie. Może we wtorek. Pierwszy raz odchodzę z pracy nie dlatego, że jest mi w niej źle, a tylko dlatego, że liczę, że będzie jeszcze lepiej. Nie ogranicza mnie nic, żadna smycz.

Opublikowano Iza | Otagowano | 485 komentarzy

Wizyta pracownika Ośrodka Adopcyjnego w domu

To moim zdaniem miało być jedno z najbardziej stresujących spotkań. 

Co innego, kiedy my tam maszerowaliśmy, ubierając się stosownie i przez godzinę czy dwie starając się wypaść jak najlepiej.

Umówiła się do nas pracownica OA, z którą nie mieliśmy wcześniej żadnego kontaktu. To po to, żeby obiektywnie spojrzeć na nas spojrzeć. Wszyscy dla siebie całkowicie obcy. Denerwowaliśmy się „kontrolą” w domu, ale pewnie i dla osoby OA to jest krępujące – wchodzić do mieszkania obcym ludziom i oglądać, jak żyją.

Jak długo można szorować podłogi, skąd jeszcze zetrzeć kurze, żeby było już na pewno dość?

Może wystawić inne książki grzbietami na wierzch?

Zdjęcia w ramkach z podróży zmienić na te z rodzicami?

Czy pracownik OA będzie zaglądał do szafy? A w kuchni? No raczej nie. Ale jednak może lepiej wyjąć wszystkie naczynia ułożyć od nowa w ładzie i składzie? Czy u nas jest „tak jak u innych”?

Stół jest trochę odrapany, może ustawić go jakoś inaczej?

No i pokój, który ma być dla dziecka… Życie nie znosi próżni, już dawno go zagospodarowaliśmy. Maszyna do szycia, stosy tkanin, uszytki, Burdy, gitary męża, w tym elektryczna, piecyk, skrzypce, kable, karton z przydasiami, suszarka, drukarka, ryzy papieru, pełno kwiatów… Yyyy…
Co z tym zrobić? Czy ten pokój podlega ocenie? Musimy być gotowi na przyjęcie dziecka, czy pokój, który się wypełnił naszym życiem, świadczy o naszej niegotowości?

Staliśmy nad tą niepłodną pustką zapełnioną przez, niech policzę, 7 lat, po brzegi. W końcu M. stanowczo odmówił upychania dobytku z pokoju dla dziecka pod dywan.
- Nie będziemy udawali, że tutaj niczego nie ma – zdecydował.

Pani z Ośrodka zapukała punktualnie.
Weszła i od razu poczułam, że jest dość skrępowana tym, że musi oglądać cudze mieszkanie. Kiedy pokazywaliśmy jej pokoje, wsadzała głowę na 2 sekundy i wycofywała się dyskretnie. Nie miała najmniejszej ochoty zaglądać do szaf, nie zwróciła uwagi, że stół jest odrapany.
Na nasz komentarz, że w pokoju dla dziecka na razie trzymamy nasze rzeczy, machnęła tylko ręką.

Po krótkich oględzinach usiadła z nami przy stole.

Zrobiłam kawę. Mąż dzień wcześniej upiekł ciasto („czy może lepiej piec je o świcie, żeby jeszcze pachniało, jak przyjdzie????”).
Usiedliśmy przy stole. Wcześniej obawiałam się, co ona będzie u nas robić, o co nas jeszcze wypyta, skoro wszystko wiedzą. Ale pracownicy OA są mądrzejsi od kandydatów.

Nasz gość wyjął kilkustronicową ankietę z pytaniami na temat pracy, zarobków, wykształcenia itp. Wypełniała ją powoli, pozwalając nam i sobie na dygresje, opowieści, żarty.

Sympatycznie. Taka kawowa przyjemna pogawędka.

Wszystko trwało ok. 1,5 h. W sumie, kiedy wyszła, miałam poczucie niedosytu. O to jeszcze mogłam zapytać. To powiedzieć. Zapomniałam.

Jedna z najbardziej stresujących części procesu adopcyjnego za nami. Będę to długo mile wspominać.

Opublikowano Iza | Otagowano | 214 komentarzy

#pragnienie nie do zniesienia

Z perspektywy czasu myślę sobie, że dobrze, iż rodzicielstwo to jest coś nieznanego tak do końca, bo gdyby człowiek miał świadomość, co traci przez to, że nie może mieć dzieci, to by tego chyba nie zniósł tak po ludzku.
(„Wyjątkowe rodzicielstwo. Adopcyjne historie”, TPD, Warszawa, 2010 r.)

Na tych słowach zatrzasnęłam książkę (bardzo cichym trzaskiem, bo M. już chyba zasnął) i zgasiłam światło. Na wszelki wypadek powtórzyłam je sobie po ciemku, ale to zbędna nadgorliwość, bo samo przykleiło się do mnie jak żywica do swetra i nie chce odejść.

Doprawiam to uczucie nie do zniesienia własnymi przyprawami. I dochodzę do takich miejsc w głowie, do których wstyd się przyznać przed samą sobą. Wstyd przed swoją własną krótką historią.

Macam żywicę i zastanawiam się, czy naprawdę tak bardzo pragnę dziecka.

Kiedyś na pewno tego chciałam. Wiele lat temu. Wstawałam z łóżka ze słowem „chcę” tysiące razy.

Ile w tym dziś pragnienia, a ile… rutyny?

Może się przyzwyczaiłam do tego uczucia, stało się jak drugie imię – ani dobre, ani złe, po prostu jest.

Nie stworzyłam nawet tagu  #pragnienie albo  #marzenie.

Jestem w życiu na etapie robienia porządków. W szafie, zadaniach, myślach. Wywalam rozgoryczenie, zostawiam miejsce na pragnienia.

Wiem, że naprawdę tego chcę, ale wiem też, że nie da się żyć, zabijając się codziennie myślą o tym, co tracę – i tak latami. To dlatego to marzenie spreparowałam, ścisnęłam, żeby jak najłatwiej co wieczór połykać jego brak.

Opublikowano Iza | Otagowano | 211 komentarzy

Badania w kierunku chlamydia trachomatis za darmo

Czasu mało, więc przekazuję zaproszenie na badania!

Zapraszamy pacjentki zmagające się z problemem niepłodności do udziału w badaniu w kierunku Chlamydia trachomatis (wymaz z kanału szyjki macicy i diagnostyka metodą PCR) realizowanym na terenie Szpitala im. Św. Rodziny przy ul. Madalińskiego 25 w Warszawie.

Badanie jest całkowicie bezpłatne do dnia 30.06.2017 r. i realizowane w ramach grantu naukowego we współpracy z Wojskowym Instytutem Medycznym.

Aby otrzymać szczegółowe informacje dotyczące udziału w badaniu, bardzo prosimy o kontakt na podany adres e-mail: chlamydiamadalinskiego@gmail.com

Opublikowano Iza | 34 komentarzy